Pech bywa wybawieniem

Page 8Czasem czujemy, że los nam zwala na głowę całe zło świata. Pech nas nie opuszcza i jedna chwila wywraca nasze życie do góry nogami. Ale bywa też, że to, co uważaliśmy za katastrofę, staje się wybawieniem.

 

Jeremi uważał się za pechowca. Już na starcie rodzice zadbali, by czuł się jak odmieniec, bo kto w latach 80. XX wieku daje dziecku na imię Jeremiasz?

Jedno jest pewne: od chwili, kiedy los dokona rewolucji w naszym życiorysie, wszystko będzie INNE. Cóż, wspaniale jest się mu poddać, bowiem ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Tak właśnie było z Jeremim. W grupie przedszkolaków, pełnej Michałów i Krzysiów, on był jeden. W dodatku przedszkolanka przydzielała mu w szatni szafkę z różowym króliczkiem (inni chłopcy mieli piłki, ciężarówki i strzelby).

Z tym dziewczyńskim króliczkiem szedł przez życie trzy lata, jak na pośmiewisko. Potem było gorzej. Dziadek do pierwszego szkolnego piórnika włożył mu własne wieczne pióro. Efekt? Całą I klasę Jeremi miał brudne od atramentu palce i już do końca podstawówki przezwisko „Kleks". Koledzy używali cienkopisów i pisaków. Za to po latach, gdy w przychodni wypisał pierwszą w swoim życiu receptę, prezent dziadka doceniła pacjentka: – Och, panie doktorze, ależ pan ma piękny charakter pisma! Zupełnie jak nie lekarz...

Barbarę poznał w pracy. Zakochał się najpierw w niej, a potem w zdjęciu rentgenowskim jej stopy. Basia była uroczą blondynką. Wielokrotne złamanie z przemieszczeniami jej śródstopia stanowiło z kolei piękne wyzwanie dla młodego ortopedy. Na stopie Basi zrobił I stopień specjalizacji i jeszcze gdy noga była w gipsie, dał jej klucze do swojego mieszkania. Było bez windy, ale na szczęście mieszkał na parterze.

Urlop po ślubie planowali długo. – Marzę o spokojnym zwiedzaniu Barcelony wczesną wiosną – wyznała Barbara. – A potem chciałabym powłóczyć się po Europie. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym przed laty, wuj w Düsseldorfie był najbliższym krewnym Basi. Jeremi, człowiek poukładany, kupił bilety na samolot u niemieckiego przewoźnika, bo ufał tylko sprawdzonym, rzetelnym liniom. Polecieli z Barbarą do Hiszpanii.

Jeremi czuł, że coś musi się wydarzyć. Sprawy szły zbyt pięknie, więc on, urodzony pechowiec, nie mógł uwierzyć, że złośliwy los mógłby mu odpuścić. – Kraczesz, skarbie! – ucięła lekko Basia. – Jutro stąd wylatujemy. Jest pięknie i tylko to się liczy. Stali objęci pod Sagrada Familia, czyli kościołem Świętej Rodziny, największym dziełem Gaudiego, któremu artysta poświęcił ponad 40 lat.

reklama


Nagle od rusztowania przy świątyni oderwała się śruba. Jeremi nie zauważył niebezpieczeństwa, dopiero gdy poczuł ostry ból w ramieniu, zrozumiał, że los o nim jednak pamięta.
Kiedy lekarze prześwietlali Jeremiaszowi ramię, Basia odwołała lot do Düsseldorfu. Uraz nie był poważny, ale jeden dzień Jeremiasz musiał spędzić w szpitalu. Barbara została przy nim. Następnego dnia w przyszpitalnym bistro razem pili kawę.

I razem w zawieszonym pod sufitem telewizorze zobaczyli rozpacz rodzin czekających na pasażerów samolotu, który zaginął. – O Boże – wyszeptała Basia. Jeremi zamarł. Właśnie zrozumiał, że los, którego całe życie się obawiał, dał mu największy prezent w życiu. Był 24 marca 2015 r. W Alpach rozbił się Airbus A320-211 linii Germanwings, lecący z Barcelony do Düsseldorfu.

Pilot samobójca zabił 150 osób, w tym dwójkę pasażerów, którzy w ostatniej chwili kupili bilety na miejsca zwolnione przez Basię i Jeremiasza. 

Przyjaźnili się od podstawówki.
Pierwsze poznały się dziewczyny – nie miały wyboru, bo już w I klasie nauczycielka posadziła je w tej samej ławce. Za nimi Tomka i Januszka. Jedna decyzja belferki połączyła na wiele lat chmurną, ciemnowłosą, nieco pulchną Marysię i smukłą, zielonooką Olę. I tak już było do matury. Szły przez szkoły i życie razem, przyjaciółki od serca, papużki nierozłączki.

Pierwsza zakochała się Marysia. Wcześniej wiele godzin przegadały na ten temat. Miało być romantycznie, wzniośle i pięknie. Jak w „Annie Kareninie" albo, ostatecznie, w „Pretty woman".
Z krainy dziewczęcych fantazji jedną z nich wyciągnął lekko pryszczaty młody człowiek, który wpadł na Marię, gnając na deskorolce. Podciął jej nogi, padła na ziemię jak długa. Potem nachylił się, wyciągnął rękę i spojrzał jej w oczy.

Źródło: Wróżka, nr 11/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020