Tajemnice Gwiazdy Betlejemskiej

Tajemnice Gwiazdy BetlejemskiejJedno jest pewne. Promienie Gwiazdy Betlejemskiej musiały rozsiewać niezwykły blask, skoro tak zafascynowały trzech magów – perskich kapłanów, których tradycyjnie zwiemy królami.

Wyruszywszy w długą drogę z rodzinnej Persji (dziś Iran) do Betlejem, byli święcie przekonani, że gwiazda prowadzi ich ku miejscu narodzin nowego mesjasza. A trzeba wiedzieć, że magowie uchodzili za biegłych astrologów, których byle kometa czy zwykła gwiazda nie mogły zaskoczyć.

Czym więc była Gwiazda Betlejemska? Na to pytanie szukały odpowiedzi kolejne pokolenia uczonych. Najstarsze próby odkrycia gwiezdnej tajemnicy znajdujemy w pismach Orygenesa, żyjącego na przełomie II i III wieku greckiego filozofa, teologa i astronoma. Twierdził on, że gwiazdą prowadzącą wędrowców była wyjątkowo duża kometa lub rój spadających „niebiańskich kamieni”, czyli meteorytów.


Cudowna kometa

Tym tropem poszli średniowieczni uczeni. Chociaż odrzucili teorię o meteorytach, bo te spalają się w ziemskiej atmosferze w kilkanaście sekund, to za dobrą monetę przyjęli koncepcję, w myśl której Gwiazda Betlejemska była kometą. I to kometą niezwykłą, w cudowny sposób prowadzącą Trzech Króli do miejsca narodzenia Jezusa. A kiedy w 1301 roku na niebie pokazała się kometa Halleya, za którą ciągnął się szczególnie długi i dobrze widoczny przez ludzi „ogon”, przekonanie o słuszności słów Orygenesa stało się powszechne.

I dopiero gdy czasy renesansu rozbudziły na nowo ludzkie umysły, astrolodzy znów zaczęli dociekać, czym mogła być Gwiazda Betlejemska. Uważniej studiując starożytną historię, zrozumieli, że nie można utożsamiać gwiazdy z kometą. Po pierwsze dlatego, że dla przedchrześcijańskich astrologów kometa nie była niczym wyjątkowym. Po drugie, uchodziła ona za zwiastun nieszczęść, a nie radosnych zdarzeń. Po trzecie, kometa nie mogła ani przez chwilę pozostać nieruchoma, a zgodnie z relacją z Ewangelii według św. Mateusza, gwiazda stanęła w miejscu narodzin Jezusa i zaświeciła nad Betlejem.

Jeśli więc nie kometa, to co? Brano pod uwagę szczególne zaćmienie Księżyca lub wyjątkowo jasne świecenie planety Wenus. Ale i te tłumaczenia zdawały się niedoskonałe, bo starożytnych astronomów ani nie zaskakiwały, ani nie były przez nich interpretowane jako cudowny znak.

reklama

Trzy planety Keplera


Wątpliwości te podzielał niemiecki astrolog Jan Kepler (1571-1630). I to jemu udało się wpaść na nowy, wiodący do odkrycia tajemnicy Gwiazdy Betlejemskiej trop. Keplera zastanawiały nadzwyczajne zjawiska, nienotowane do jego czasów w dziejach astronomii europejskiej. Oto w stosunkowo krótkim odstępie czasu doszło do rozbłyśnięcia na niebie trzech supernowych. Są to niezwykle jasne obiekty, powstające w wyniku eksplozji kończących istnienie gwiazd. Do takich eksplozji doszło w 1572 roku w gwiazdozbiorze Kasjopei, w 1600 roku w konstelacji Łabędzia i w 1604 roku w gwiazdozbiorze Wężownika.

Szczególnie ostatnia eksplozja dała Keplerowi dużo do myślenia. Oto 9 października 1604 roku, czyli na kilka dni przed pojawieniem się supernowej w Wężowniku, doszło do koniunkcji (zbliżenia się w jednej linii) trzech planet: Jowisza, Saturna i Marsa. Do takiej wielkiej koniunkcji dochodzi tylko raz na 800 lat. Astronoma ogarnęły wątpliwości, czy niemal jednoczesne „spotkanie się” trzech planet i eksplozja supernowej to tylko zbieg okoliczności. Przebadał dostępne materiały i doszedł do wniosku, że do wybuchu supernowej dochodzi właśnie w czasie koniunkcji tychże trzech planet. Taka eksplodująca gwiazda potrafi przez jakiś czas wysyłać w kierunku Ziemi mocny blask.

Światło magów


Kepler doszedł więc do wniosku, że identyczne zjawisko miało miejsce w chwili narodzin Jezusa. Perscy magowie, zobaczywszy wielką koniunkcję Jowisza, Saturna i Marsa, mogli uznać, że jest to znak zwiastujący nadzwyczajne wydarzenie. Wyruszyli więc w podróż, traktując kolejno pojawiające się i „wędrujące” po niebie planety jak drogowskaz. A że światło planet się zlewało, mieli wrażenie, iż widzą jedną gwiazdę. Kiedy dochodzili do Betlejem, nastąpił wyjątkowo potężny wybuch supernowej, której blask na moment oświetlił miejsce narodzin Jezusa. Według obliczeń Keplera, do takiej koniunkcji doszło w roku 41 p.n.e. kalendarza juliańskiego.

Teoria niemieckiego uczonego wyglądała przekonująco, ale miała jeden słaby punkt. Według chrześcijańskiej tradycji, do narodzin Jezusa doszło w roku 45 p.n.e. kalendarza juliańskiego, czyli cztery lata przed koniunkcją. Jednak już w 1605 roku w Grazu ukazała się książka polskiego jezuity i filozofa Wawrzyńca Susliga o chronologii Nowego Testamentu. W tej to książce zakonnik udowodnił, że narodzenie Jezusa miało miejsce właśnie w 41 roku p.n.e. kalendarza juliańskiego. Wydawało się, że tajemnica Gwiazdy Betlejemskiej została ostatecznie odkryta.

Ale obok teorii Keplera pojawiły się też inne. W połowie XIX wieku odkryto zapiski chińskich astronomów, według których w roku narodzenia Jezusa doszło do niezwykle rzadkiego zjawiska – wybuchu w niemal jednakowym czasie dwóch lub trzech supernowych. Miały one być w taki sposób widoczne w trzech punktach Ziemi, że tworzyły „linię” łączącą Jerozolimę z Betlejem. Co ciekawe, zapiski uwiarygadniają współcześni astronomowie, którzy w jednym z miejsc opisywanej przez Chińczyków supernowej odkryli gwiazdę zwaną pulsarem. A taka gwiazda jest właśnie pozostałością po eksplozji supernowej. Czyżby więc drogę do Betlejem znaczyły kolejne gwiezdne katastrofy?

Astrologiczna moneta

Niekoniecznie – stwierdził astrofizyk amerykański, doktor Mike Molnar. Jego zdaniem rozwiązania zagadki należy szukać na... rzymskiej monecie, którą znalazł w zasobach muzealnych. Moneta przedstawia astrologiczny znak Barana i jasnego kosmicznego obiektu. Według astrofizyka, obiektem jest Jowisz, który ulegał dwukrotnie zaćmieniom przez Księżyc właśnie w konstelacji Barana w 6 roku p.n.e. Zaćmienie planety powodowało pojawienie się na niebie smug, które mogły być drogowskazem dla Trzech Króli.

Nie jest również wykluczone – twierdzi Molnar – że opisana w Ewangelii gwiazda była w rzeczywistości całą serią następujących po sobie zjawisk astronomicznych. Gdy jedno się kończyło, to drugie zaczynało, przez długi czas prowadząc wędrowców przez pustynię. Na początku doszło do wielkiej koniunkcji planet, a przy tej okazji do zaćmienia Jowisza przez Księżyc. Następnie połączone pola grawitacji Jowisza, Saturna i Marsa przyciągnęły komety, a na koniec doszło do eksplozji gwiazd supernowych, z których ostatnia wybuchła tak, że oświetliła niebo nad Betlejem.

Prawdopodobieństwo wystąpienia tych wszystkich zjawisk astronomicznych w tak krótkim czasie jest bliskie zeru, ale... jednak istnieje. Być może właśnie taki niezwykły zbieg okoliczności jest prawdziwym cudem Gwiazdy Betlejemskiej.


Jerzy Gracz


Źródło: Wróżka nr 12/2008
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020