Ani chwili dłużej

Pewnego dnia mają wszystkiego dość. Więc odchodzą. Przeważnie tak jak stoją, bez pieniędzy i dokumentów.

Ani chwili dłużej Piotr ma dwadzieścia trzy lata, z czego ostatni rok był najtrudniejszy w całym jego życiu. Zresztą sam już nie jest tego pewien, bo i wcześniej było dość strasznie. Wszystko z powodu ojca, nauczyciela matematyki w niedalekiej szkole podstawowej. Odkąd pamięta - bał się go. Bał się z nim rozmawiać, bał się każdego ojcowskiego powrotu z pracy, każdego jego spojrzenia.

Skąd ten strach? Ojciec pił jak przeciętny Polak, nie więcej, nie mniej. Nie robił w domu awantur większych niż sąsiedzi za ścianą, nie bił żony, co za ścianą niekiedy się zdarzało. Nie pozwalał żonie mieć własnego zdania, więc ona przez całe lata prawie się nie odzywała. Wobec dzieci był surowy, zimny. Żadnego pocałunku w czoło, żadnego przytulania, żadnego przesiadywania na ojcowskich kolanach. Pewien rodzaj kontaktu fizycznego, dość częsty i intensywny, miał z ojcem starszy brat. Ojciec lał go pasem po tyłku albo otwartą dłonią tak ze dwa razy na tydzień. To Piotr pamięta doskonale. Te krzyki, jęki, płacz.

Nie pamięta natomiast, by kiedykolwiek sam oberwał od ojca.


Takiego wspomnienia w głowie Piotra nie ma. Ale jest strach: uczyć się dobrze, wracać do domu punktualnie, mieć posprzątany pokój, prosto siedzieć przy stole, pozmywać po jedzeniu, wyrzucić śmieci bez ponaglania, nie słuchać za długo i za głośno muzyki, nie robić tego, nie robić tamtego. Żyć tak, jak ojciec chce. Dostać się do liceum - dostał się. Zdać maturę - zdał. Zostać lekarzem - nie dostał się na medycynę. Przystąpić po roku do egzaminów raz jeszcze - przystąpił, oblał. Iść gdzieś do pracy, żeby nie być darmozjadem - dla człowieka z maturą, który nic nie potrafił, w okolicy nie było żadnej pracy.

- Nieudacznik, chuchro, laluś, synuś mamusi, z którego nic sensownego nie wyrośnie - słuchanie tego od najmłodszych lat było gorsze od razów wymierzonych pasem. Tak przynajmniej Piotr myśli. Brat, który regularnie dostawał lanie, jest dziś lekarzem (tak, jak chciał ojciec), ma żonę lekarkę (tak, jak chciał ojciec) i dwójkę zdrowych ładnych dzieci. - Ciebie żadna nie zechce - tak ojciec mówił do Piotra, od chwili, kiedy zaczął dorastać i pożądliwie spoglądać na dziewczyny. - Nie masz zawodu, pracy, pieniędzy - to ojcowski refren od kilku już lat.

reklama

- Nie masz rozumu, nie masz nawet mięśni, żeby pracą rąk coś zarobić. Skąd ja mam takiego syna? No skąd? Piotr wyszedł z domu po chleb. Schodząc po schodach poczuł, że nienawidzi ojca. Nie do piekarni powinien teraz pójść, ale na dworzec. Kupić bilet dokądkolwiek. Kupił, zajął miejsce przy oknie, dojechał do Krakowa, potem do Warszawy.

Nocował dwa dni na Centralnym, na hotel nie miał pieniędzy. Spacerował po mieście, robił zakupy w spożywczym, jadł na ławce w parku. Kiedy poczuł, że trochę niedobrze już pachnie, odnalazł łaźnię dla bezdomnych. Tam powiedzieli mu o możliwości spania w noclegowni. Tam dowiedział się, jak uczciwie zarabiać pieniądze: stać na parkingach i przekonywać kierowców, by dali złotówkę "za popilnowanie". Idzie z tego przeżyć, choć najgorzej w zimie.

Nadeszła zima, bo minęło lato, jesień. Ktoś przyniósł gazetę, pokazał Piotrowi. Zobaczył w niej swoje zdjęcie: Fundacja ITAKA poszukuje go, jako zaginionego. Zadzwonił pod podany numer. Miła pani psycholog rozmawiała z nim tak, jak nikt dotąd w całym jego życiu: ciepło, spokojnie, bez pośpiechu. Rozmawiali chyba z godzinę. Nazajutrz znowu godzinę. Opowiedział jej, że czuje się wolny, jak nigdy dotąd. Robi, co chce, choć nie jest łatwo, bo nie raz, nie dwa był już głodny. Opowiedział o ojcu.
Pani psycholog zapytała, jak często o nim myśli. - Codziennie - odpowiedział. - I co pan wtedy czuje? - zapytała. - Strach, wciąż ten sam strach, choć ojca nie widziałem już od prawie roku. - Mama bardzo się o pana martwi - usłyszał w słuchawce. - I ojciec też.

Zgodził się, by fundacja powiadomiła rodziców, że żyje. Ale na razie nic więcej, żadnych szczegółów. Podczas kolejnej rozmowy zgodził się na spotkanie z matką. Przyjechała do Warszawy i cały dzień płakała z radości, z ulgi. Wreszcie - po dwudziestej już chyba rozmowie z ITAKĄ - zgodził się pojechać do domu. Bał się, ale obiecał matce, nie chciał jej zawieść. Ojciec przyjął go życzliwie, jakby nie był tym samym człowiekiem.

Jakby ktoś wymienił mu coś w mózgu. Przytulił go na powitanie. Powiedział, że znalazł dla niego pracę w sklepie ogrodniczym, niedaleko. Że musi spróbować.
- Tak, spróbuję - skinął głową, bo bał się ojcu odmówić. - Może warto spróbować - powiedziała mu pani psycholog, kiedy zadzwonił do ITAKI.
- Może kiedy będzie pan miał własne pieniądze, pozna pan nowych ludzi, poczuje pan więcej siły i więcej odwagi.
- Spróbuję - obiecał.

Ewa od dziecka była optymistką. Nic dziwnego: mądra i ładna, miała powodzenie u chłopców, potem u mężczyzn, dobre wyniki w nauce, a po studiach - interesującą i dobrze płatną pracę w dobrej firmie. Tam poznała Filipa - ciepłego, opiekuńczego, inteligentnego. Zawsze twierdziła, że u mężczyzny najbardziej sexy jest inteligencja. Pracowali wspólnie od rana do wieczora, realizowali coraz to nowe pomysły, ona wierzyła w niemożliwe, on sprowadzał ją na ziemie. Jej nadmierny optymizm w parze z jego rozsądkiem przynosiły świetne rezultaty, firma powiększała zyski, a Ewa z Filipem zyskiwali coraz większy podziw szefów i godziwe podwyżki.

Wzięli ślub, urodził się Janek, potem Marysia. Byli szczęśliwą rodziną: Ewa postanowiła rzucić pracę i być razem z dziećmi w domu, Filip wciąż dużo pracował, wreszcie awansował na dyrektora. Coraz później wracał do domu, coraz częściej wyjeżdżał w delegacje na drugi koniec Polski, potem do Berlina, Londynu, Paryża. Rodzinne wakacje na Krecie, raptem dwa tygodnie w roku - tyle mieli czasu dla siebie. Ewa nigdy o tym z mężem nie rozmawiała, wiedziała, że ktoś w domu musi zarabiać. Rozumiała to i akceptowała, ale takie życie przestało ją cieszyć. Coraz częściej chodziła przygnębiona, smutna. Nie miała ochoty na spotkania z koleżankami ani na rozmowy przez telefon. Czasem myślała o powrocie do pracy, ale brakowało jej siły i odwagi.

Wreszcie przestała o tym myśleć. Uznała, że nic już nie potrafi i do żadnej pracy się nie nadaje. Jeszcze nie tak dawno lubiła wieczorne wyjścia na służbowe kolacje Filipa, teraz prosiła go, by poszedł sam. On wychodził, ona - zmęczona całym dniem - natychmiast kładła się do łóżka, od razu zasypiała, budziła się o trzeciej nad ranem i czuła niepokój. Gniótł ją gdzieś w środku, za mostkiem, uwierał. Nie wiadomo, skąd się brał i czego się Ewa lękała: mąż spał obok niej, dzieci za ścianą.

Wszystko było w porządku, ale nie dla niej. Bała się kolejnego dnia. Przyszłość wydawała się jej ciemna, czarna, groźna, beznadziejna. Coraz mniej jadła, sporo schudła, a jej cera nabrała koloru ziemi. Pomyślała: Filip zasługuje na lepszą żonę, najlepiej byłoby się usunąć i zrobić dla niej miejsce. Kiedy Filip wrócił wieczorem do domu, jej już nie było. Zastał kartkę, że dzieci są u babci. Pomyślał, że i żona tam jest, poszedł spokojnie spać. Rano pojechał do pracy, zadzwonił na komórkę żony - abonent był chwilowo niedostępny. Zadzwonił do teściowej. Wyszedł z pracy, pojechał do komisariatu policji. Oficer dyżurny był zatroskany, ale rzeczowy: wiek, wzrost, znaki szczególne itd.

W komisariacie, w gablocie na ścianie, Filip spostrzegł pomarańczową tabliczkę: "Zaginął Ci ktoś bliski? Jesteśmy po to, by pomóc". Był tam numer telefonu do Fundacji ITAKA. Zanotował go, wrócił do domu i rozpłakał się. Zupełnie nie wiedział, co robić. Nie wiedział, co się mogło stać. Na pewno coś złego. Podniósł słuchawkę. Po drugiej stronie odezwał się mężczyzna, przedstawił się, powiedział, że jest psychologiem. Pytał Filipa o to, jak żona spędzała ostatnio czas, czy zajmowała się domem i dziećmi jak dawniej, czy może coś się zmieniło? I o wiele innych spraw. Razem doszli do wniosku, że Ewa prawdopodobnie cierpi na depresję. Psycholog poprosił o wypełnienie stosownego formularza (można go znaleźć w Internecie albo otrzymać faksem) i o zdjęcie Ewy, najlepiej e-mailem, bo najszybciej. Dwie godziny później można je już było zobaczyć w Internecie na stronie: www.zaginieni.pl. W bazie danych ludzi zaginionych.

Po dziesięciu dniach do fundacji zadzwoniła pracowniczka socjalna ze szpitala w Poznaniu. Pani Ewa trafiła do nich na oddział kilka dni temu. Przywiozła ją policja, kiedy spała zmarznięta na ławce w parku. Wszystko z nią w porządku. No, prawie wszystko. Prawdopodobnie cierpi na ciężką depresję. Filip natychmiast pojechał do żony. Ewa bała się, że będzie na nią zły. Narobiła mu tyle kłopotów, wstydu. Nie był zły. Tulił ją mocno, przepraszał.

Przez chwilę czuła, że jest mu bardzo potrzebna, za chwilę dokładnie na odwrót - jest mu tylko ciężarem. Lekarze dali Ewie receptę, nakazali brać leki. Filipowi przybyło obowiązków: rano odwoził dzieci do szkoły, a żonę do teściowej. Starał się kończyć pracę najpóźniej o piątej. Po pół roku Ewa zaczęła zostawać sama w domu, po ośmiu miesiącach lekarz oświadczył, że żona Filipa może zakończyć branie leków. Po roku małżonkowie napisali do ITAKI list: byliśmy na krawędzi, ale się udało. Uratowała nas siła naszej miłości. I Wasze wsparcie.

Każdy może mieć dość

Co roku w Polsce ginie bez wieści około dwudziestu tysięcy ludzi. Giną z rozmaitych powodów: cierpią na różnego rodzaju choroby ciała albo duszy. Tracą pamięć, bo poślizgnęli się na lodzie i uderzyli głową o ziemię. Albo są już starzy i dopadło ich któreś z tak zwanych otępień starczych. Albo padli ofiarą wypadku, na przykład utonęli w rzece, kiedy nikt nie widział i nie mógł pospieszyć z ratunkiem. Albo ktoś zrobił im krzywdę: zabił, ukrył ciało. Jednak bywa i tak, że ludzie odchodzą dobrowolnie i świadomie.

Mają dość dotychczasowego życia. Mają dość najbliższych i nie potrafią im o tym powiedzieć prosto w twarz. Albo w tajemnicy przed rodziną narobili długów i nie mają pieniędzy, by je spłacić. Albo mają młodszą kochankę, poza którą świata nie widzą.
Zniknąć - to o wiele łatwiejsze niż rozstania w złości, płaczu. Ale życie poza domem, często bez pieniędzy i dokumentów, z tygodnia na tydzień bywa coraz trudniejsze. Jest zimno, ciemno, mokro. Jest głód, świerzb, niepokój, depresja. Niektórzy tego nie wytrzymują - popełniają samobójstwo. Inni chcą wrócić, by wyjaśnić w domu wszystkie sprawy. I odejść na zawsze do nowego życia albo spróbować jeszcze raz zamieszkać z rodziną.

Dla zaginionych, którzy chcą dać znak życia, Fundacja ITAKA prowadzi
"Linię Żadnych Pytań" (telefon w Warszawie 654 70 70).

Dzwoni wielu. Każdy ma prawo oczekiwać, żeby go nie szukano. Jak to zrobić? Wystarczy zadzwonić do fundacji. Tu nikt nie ocenia postępowania tych, którzy porzucili swych najbliższych bez jednego słowa. Każdy może mieć w życiu chwilę słabości, zwątpienia. Każdy może mieć dość.

Źródło: Wróżka nr 9/2004
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020