Czarownice bardzo proszę!

Półtora roku temu ukazał się we "Wróżce" mój artykuł z dawnych reporterskich czasów - o poszukiwaniach polskich czarownic w latach 70. i 80. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu napłynęło po nim bardzo wiele listów od... prawdziwych, "czynnych zawodowo" czarownic. Oferowały mi swój udział w filmie, gdybym raz jeszcze, po dwudziestu latach, chciała powrócić do tego tematu. 

Agata z Lublina zdolności paranormalne odkryła w sobie już jako nastolatka. Jakiś czas później redakcja "Rozmów w toku" TVN zaproponowała mi udział w programie o urokach i klątwach. Wystąpiły w nim osoby dotknięte czarami, a także wróżki, czarownice, ksiądz, bioenergoterapeuta i doktor Wiesław Bator - wykładowca z Uniwersytetu Jagiellońskiego zajmujący się białą i czarną magią. To wszystko sprawiło, że wróciłam do pomysłu zrealizowania filmu o czarach w Polsce dzisiaj. Dałam do "Wróżki" ogłoszenie, iż poszukuję kontaktu z czarownicami.

Odezwało się ich wiele. Ale także sporo osób poszukujących lekarstwa na rzucony czar czy klątwę. Pierwsza umówiła się ze mną pani Joanna. W warszawskiej kawiarni Telimena. Powiedziała, że ma wielką moc i że boją się jej nawet inne czarownice. Ma zbiór ksiąg tajemnych, które otrzymała w spadku po swojej babci - kochance Ossowieckiego.

- Znalazłam tam takie przepisy, że mogę każdą złą osobę eliminować i robię to! - chwaliła się. - Już parę złych bab przeze mnie zmarło. I umrze jeszcze więcej... jak będą tak postępować... Jak się okazało, zagrały tu prawa rynku. Joanna eliminuje konkurentki, które mają więcej klientów. Jakich czarów do tego używa, nie przyznała się. Z kontekstu wynika, że jest to wudu.

Uroki ziemi biłgorajskiej

Znany tarocista, Krzysztof Sierżęga, podpowiedział mi, że za czarownicami warto jechać do Biłgoraja. Wielu jego klientów proszących o pomoc w uwalnianiu od uroku pochodzi właśnie stamtąd. Ledwo przekroczyłam granice miasta, do którego nie dochodzą pociągi, a Pekaes rzadko, a już dopadła mnie pani Krysia, ciekawa, po co samochód z warszawską rejestracją tu przyjechał. Czarownice?! Proszę bardzo! Tu jest ich pełno - w mieście i w okolicznych wsiach.

Pani Krysia żyje z nimi na co dzień - leczą ją i jej rodzinę. Są też złe, co rzucają uroki. U nich można nieszczęście albo śmierć na wrogów kupić. Zaprosiłam Krysię do samochodu i ruszyłyśmy do Derlaków koło Biłgoraja, gdzie przyjmuje najbardziej wzięta czarownica. Po drodze Krysia zobaczyła znajomego. Zatrzymałyśmy się, bo chciała mu koniecznie powiedzieć, dokąd jedziemy. Pan Kazimierz, ogromnie zaciekawiony, poprosił, byśmy choć na chwilę wstąpiły do niego na herbatę, to mi coś opowie.

reklama

Jak się okazało, on i jego żona często korzystają z porad miejscowych czarownic, ponieważ mają kłopoty ze zdrowiem i żyją tylko dzięki ich kuracjom. Wspomnieli też, jak rzucić na kogoś urok lub spowodować nieszczęście. Wystarczy kupić "trupiej wody" i przed domem tego kogoś wylać. Jeszcze lepiej zakopać kawałek kości nieboszczyka albo (w najgorszym razie) kawałek jego ubrania, tyle że to najsłabiej działa.

- Pani sobie nawet nie wyobraża, jakie nocą stoją kolejki do tego, co trupy obmywa, aby tej wody w buteleczkę dostać - mówił z przejęciem. - A szmatka, co się ją trupowi brodę podwiązuje, to może i 500 złotych kosztować. Wreszcie jesteśmy w Derlakach. Dom czarownicy stoi na końcu wsi, tuż po lasem. Wokół wiele samochodów z różnych, odległych nawet części Polski.

W ogromnej izbie, na ławach pod ścianami, siedzi kilkanaście osób. Na środku, nad dużym paleniskiem, topi się w kotle wosk. Czarownica czerpie go metalową chochlą, wylewa do wiadra z zimną wodą, szepcząc przy tym jakieś zaklęcia. Przy niej siedzi przejęty chłopak, któremu "przestrach rzucił się na żołądek i nerki".
Przyszła kolej na mnie. Uczciwie przyznałam, że zbieram materiały do filmu, że bardzo mnie interesuje magia wykorzystywana w dobrych celach. Czarownica dostała furii. Kazała się nam natychmiast wynosić. - Bo psami poszczuję! - krzyczała. - A jak nie, to chłopy i koła w samochodzie przestrzelą... Sytuacja zaczęła wyglądać groźnie, bo z ław rzeczywiście podniosło się paru wielkich chłopów - bodyguardów czarownicy. Jak niepyszna uciekłam. Jednak kolejne adresy czarownic - Stara Wieś i Polichna - okazały się trafione.

Dorota, z zawodu lekarka, czaruje za pomocą płatków błękitnych róż i maku.W Starej Wsi trafiłam do sympatycznej dziewięćdziesięcioletniej babci Franciszki, która od młodości leczy wylewaniem wosku. Zaproponowała lanie wosku nad moją głową, żeby zobaczyć, co mi dolega. Robiąc to, modliła się do Matki Boskiej o oświecenie. Potem interpretowała dziwne woskowe figurki, które utrwaliły się w zimnej wodzie. Miałam "przestrach" i nerwicę, i fatalnych sąsiadów, co mi "złe" pod progiem podkładają. Radziła pić zioła melisy i pokrzywy, wylewać sobie samej wosk nad rozłożoną na łóżku koszulą nocną, a także wykonywać bardzo skuteczne zaklęcie z jajkiem.

- Należy wziąć szklankę napełnioną do połowy wodą, na wierzchu szklanki położyć dwie skrzyżowane witki brzozowe i przez ten krzyż wbić do szklanki jajko, odmawiając cały czas modlitwę. Wtedy do wody z tym jajkiem spłyną wszystkie choroby i uroki.
Wróżka z Polichny stosowała podobne metody. Wiele nowego nie wniosła, poza trafnymi obserwacjami na temat zwiększonego obecnie zapotrzebowania społecznego na czary.
- Bieda zawsze w Polsce na wsi była, ale teraz, jak naszły te zmiany, jak PGR-y rozwalili, jak bezrobotnych tyle, to ludzie coraz większą złość do siebie mają. Kiedyś to przychodzili tylko z chorób się leczyć, a teraz to głównie uroki chcą odczyniać, jak pracę tracą - mówiła.
We wsi nieopodal Turobina czarownica podała mi sposób na odczynienie pecha:
- Pecha można odczynić, zamykając go w butelce, do której należy nalać trochę miodu. O północy trzeba postawić butelkę na czystej, białej serwetce i trzy razy gestem wsypywania wpuścić pecha do miodu. Następnie butelkę zakorkować, korek zalakować i wrzucić butelkę do płynącej rzeki ze słowami: "Płyń mój pechu, aż się rozpłyniesz i w morzu zginiesz".

Na koniec biłgorajskich wędrówek trafiłam do dwóch czarownic w Tworyczowie koło Frampola. Matka i córka od wielu lat stawiają karty, wróżą z ręki, a także udzielają porad magicznych. Obie opowiedziały mi, jak to przed wyborami prezydenckimi, w których startował Aleksander Kwaśniewski, przyjechali do nich dziennikarze z Warszawy z prośbą o prognozę. Powiedziały wtedy, że Kwaśniewski zostanie prezydentem na dwie kolejne kadencje, a jego żona zajmie się działalnością charytatywną. Od tego czasu sława wiedźm z Tworyczowa dotarła do Warszawy. Podobno nadal ważne osobistości przyjeżdżają do nich z prośbą o wróżbę.

Marianna z Tworyczowa, wróżka i matka wróżki.Czarowny Lublin

W Lublinie poznałam trzy czarownice: Dorotę, Annę i Agatę. W odróżnieniu od swoich wiejskich koleżanek po fachu, były młode i wykształcone. Dorota jest lekarzem, szefem ośrodka zdrowia. Magią zajęła się przed kilku laty. Nazywa siebie "błękitną wróżką", ponieważ czaruje za pomocą płatków błękitnych róż, maku i błękitnych amuletów. Można u niej zamówić czar na miłość i dobrą pracę. Ale przede wszystkim czary stosuje wobec pacjentów, którym medycyna konwencjonalna nie jest w stanie pomóc.

Anna jest psychologiem. Od lat zajmuje się psychologiczną stroną białej i czarnej magii. Prowadzi też gabinet magii i czarów, stosując przepisy z wielu kultur: Dalekiego Wschodu, indiańskie i afrykańskie. Od klątw i uroków uwalnia przyrządami i preparatami nabywanymi w specjalistycznych sklepach. Przy okazji dowiedziałam się, że w dużych miastach działają również sklepy "podziemne", w których można nabywać "trupią wodę", trupie czaszki, kości, laleczki wudu itp.

Agata, najmłodsza z tej trójki, jest dziennikarką. Zdolności paranormalne odkryła w sobie już jako nastolatka. Teraz - poza normalną pracą - studiuje zasady wiedzy tajemnej, uczy się kart tarota i widzenia aury. O skuteczności czarów Agaty wiedzą przede wszystkim jej przyjaciele i rodzina. Nie chce bowiem swoich umiejętności traktować komercyjnie. A potrafi wiele. Pokazała mi, jak przygotowuje z wosku świece na miłość, na powodzenie i pieniądze, także "woreczki ochronne" na podróż. W skład takiego skórzanego woreczka wchodzi sól, sierść zwierzęcia w rui, kamień i specjalne zioła. Mąż Agaty - rockers, zapalony motocyklista - zapewnia mnie o skuteczności tej ochrony. Agata posiada również zdolności płanetnicze, potrafi przywołać deszcz z bezchmurnego nieba i odwrotnie - powstrzymać opady.

Stołeczne sabaty

Niektóre czarownice postanowiły mnie odwiedzić w Warszawie. Tak poznałam Jolę - siedemnastoletnią uczennicę ze Starogardu, która od dwóch lat jest uznaną w swoim mieście czarownicą. Opowiedziała mi o swoich seansach połączonych z afrykańskim tańcem, podczas którego przeżywa objawienia dotyczące przeszłości i przyszłości. Prócz tego stawia tarota oraz specjalne "karty ekonomiczne", które dotyczą wyłącznie finansowej kondycji klientów. Wioletta z Konina przywiozła na spotkanie Księgę Wróżb kupioną w antykwariacie. Stosując jej przepisy, dorobiła się ogromnej klienteli, a w konsekwencji własnego mieszkania.

Najbardziej ujęła mnie Aldona - czarownica spod Siedlec - specjalistka od oczyszczania miejsc i ludzi ze złej energii, klątw i uroków.
- Nie zamierzam występować w żadnym filmie - powiedziała - ale chciałabym pani pomóc. Spotyka się pani i rozmawia z wiedźmami, to może się do pani przykleić zła energia; zaszkodzi pani i rodzinie. Nauczę panią łatwych sposobów oczyszczania się ze "złego". I nauczyła.

W Warszawie spotkałam się z panią Alicją - ofiarą bardzo silnej klątwy, rzuconej przez jej teściową. W mieszkaniu Alicji na Woli pojawiały się nocą różne światła, spadały ze ścian obrazy, wylatywały z wazonów kwiaty, zegary uruchamiały się lub stawały o dziwnych porach. Drzwi zamknięte na patentowe zamki otwierały się nocą, zupa gotowana w kuchni kipiała i wypływała do korytarza. Podczas snu kobieta miała uczucie duszenia i bólu, który nie mijał po obudzeniu. Najdziwniejsze było uruchamianie się nocą faksu, który drukował jedynie rzędy szóstek. Szóstka to symbol szatana.

Egzorcyzmy na Żoliborzu

Pani Alicja, szukając pomocy, trafiła do małego kościółka przy ulicy Czarneckiego na Żoliborzu, gdzie egzorcysta - ksiądz Jan - w każdą środę odprawia mszę egzorcystyczną. Przychodzą na nią ludzie, którzy szukają pomocy przeciw rzuconym na nich klątwom. Należy wziąć ze sobą wodę i sól, które ksiądz podczas mszy święci. Potem pić tę wodę i posypywać solą wszystkie kąty mieszkania oraz drzwi wejściowe, aby złe duchy nie miały dostępu.

W którąś środę pojechałam na Żoliborz, by tę mszę egzorcystyczną zobaczyć (rozpoczynała się o 19.00). Szukając kościółka, spóźniłam się prawie kwadrans. Wewnątrz zastałam tak wielu ludzi, że z trudem udało mi się wcisnąć do środka. Klęczały tam staruszki obok brodatych intelektualistów, seksowne panienki obok gospodyń domowych w średnim wieku, ogoleni na łyso dresiarze obok panów o wyglądzie biznesmenów. Wszyscy powtarzali tekst wydrukowany na małych kartkach rozdanych przed mszą. Powtarzały się tam słowa: "Od klątwy i uroku uchroń nas Panie". Po mszy udało mi się zamienić parę słów z żołnierzem służby zasadniczej, który zerkając na zegarek, klęczał tuż koło mnie. Jak się okazało, wykorzystywał przepustkę, by w kościele odczynić urok, który ktoś rzucił na niego w wojsku. Od tego uroku dostawał karcer, nagany, psuła mu się broń.

- Mama kazała mi iść na egzorcyzmy - powiedział. - Moja dziewczyna ma do mnie złość, to i moją służbę psuje, z diabłem trzyma. Teraz listy od niej posypuję solą święconą.
Przede mną jeszcze wiele spotkań. Ciekawe, że kiedyś ja szukałam czarownic, dzisiaj one zgłaszają się same. Niegdyś skrzętnie ukrywana wiedza tajemna, dzisiaj modna i skomercjalizowana, wychodzi na światło dzienne. A filmu jak nie było, tak nie ma...


Beata Postnikoff
Fot. Autorka

Źródło: Wróżka nr 1/2003
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019