Magiczny taniec atomów

Był 1 lutego 1964 roku. Tego dnia kalifornijski adwokat, Thomas P. Meehan wyjątkowo wcześnie skończył swoją pracę w stanowym urzędzie. Przed 14.00 zdecydował się na powrót do domu, do pobliskiego miasteczka Eureka. Miał przed sobą około półtorej godziny jazdy samochodem. Nigdy tam jednak nie dojechał. Co było przyczyną jego nagłego zniknięcia i dlaczego jednocześnie widziano go w dwóch miejscach?

Magiczny taniec atomów Marisa Kledwans, recepcjonistka szpitala w Garbervill (Kalifornia) bez większego zdziwienia obrzuciła wzrokiem młodego mężczyznę w czarnym garniturze, który zgłosił się do niej w czasie popołudniowego dyżuru. Ochlapany błotem i ociekający wodą nie wyglądał najlepiej, ale w ciągu swoich dziewięciu lat pracy w izbie przyjęć Marisa widziała już niejedno. Mężczyzna przedstawił się jako Thomas P. Meehan, twierdził, że jest adwokatem i prosił, by przyjęto go na badania, bowiem po nagłym ataku bólu, którego doznał w czasie jazdy samochodem czuje się "jak nieżywy".

Jakby wraz z nim umarł cały świat. Marisa sprawdziła numer karty ubezpieczeniowej adwokata i sięgnęła do stojącej za nią szafki po blankiet przyjęć. Kiedy w sekundę później odwróciła się w stronę przyszłego pacjenta, już go nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu! Wszelkie poszukiwania nie dały rezultatu.

Tuż przed dziesiątą wieczorem patrol policji drogowej natknął się w pobliskiej rzece El na wóz Meehana. Ślady opon świadczyły o rozpaczliwych i bezskutecznych próbach hamowania. Na dachu wozu widniały plamy krwi. Prawa szyba była opuszczona. Kierowca znikł. Krople krwi i odciski stóp w błocie ciągnęły się przez kilkadziesiąt metrów i w pewnym momencie urywały się gwałtownie. Tak jakby zaginiony rozpłynął się w powietrzu...

Rozpoczęte na wielką skalę poszukiwania przyniosły rezultat dopiero po dziewiętnastu dniach. Zwłoki Thomasa Meehana odnaleziono około 30 kilometrów od miejsca wypadku. Szczegółowa obdukcja wykazała, że adwokat odniósł powierzchowną ranę głowy, ale przyczyną śmierci było utonięcie. Ku zaskoczeniu wszystkich, dokładna rekonstrukcja wypadku udowodniła ponad wszelką wątpliwość, że Meehan wpadł do rzeki w tym samym czasie, w którym pojawił się w szpitalu.

Dwudziestego piątego lipca 1943 roku amerykańska eskadra okrętów wojennych w pobliżu Wysp Aleuckich (pomiędzy Alaską a Kamczatką) odkryła na ekranach swoich radarów echa siedmiu japońskich okrętów. Dowódca eskadry wydał więc rozkaz natychmiastowego otwarcia ognia. W ciągu półgodzinnej kanonady wystrzelono 212 ton amunicji, oddając setki salw, ale ku zdziwieniu amerykańskich marynarzy nieprzyjaciel ani razu nie odpowiedział ogniem. Natomiast gdy tylko kanonada ucichła, zniknął bez śladu. Po wojnie, na podstawie dokumentów Marynarki Wojennej USA, udało się ustalić, że w momencie tej jednostronnej potyczki, w tym rejonie w ogóle nie było okrętów japońskich.

reklama

Robert Wyoming pojechał zapolować na łosie 25 października 1974 roku. Będąc już w lesie, gdzieś koło 16.00 dostrzegł w odległości trzydziestu metrów od siebie dorodnego byka. Wycelował i nacisnął spust. Zamiast spodziewanego odrzutu i odgłosu wystrzału - usłyszał kompletną ciszę. Kula jakby w zwolnionym tempie opuściła lufę, przeleciała 15 metrów i łagodnie opadła na leśne poszycie. Wyoming jest w szoku. Nim jeszcze zdołał dojść do siebie, kolejna niespodzianka. W przezroczystej niczym bańka mydlana kuli widzi stojący nie opodal statek kosmiczny, a wokół niego dziwne istoty. Jedna z nich pyta go o samopoczucie. Robert Wyoming traci przytomność. Całe zdarzenie przypomni sobie dopiero w szpitalu, dokąd przywiózł go przypadkowy patrol straży leśnej. Do tego jednak czasu minęły cztery dni...

Raporty wszystkich policji świata pełne są takich opisów. I prędzej czy później lądują one w archiwach z adnotacją - śledztwo umorzono z braku dowodów. Dla policji takie wypadki są faktycznie bez znaczenia. Dla nauki okazać się mogą najważniejszym opisem istniejącej rzeczywistości. Bezpośrednim dowodem na to, że czas i przestrzeń nie są wielkościami rozwijającymi się tylko na płaszczyźnie - przeszłość, teraźniejszość, przyszłość.

Coraz więcej fizyków badających świat na poziomie atomów przychyla się do poglądu, że prócz istnienia we wszechświecie różnych równoległych światów, my sami nie tylko możemy między tymi światami się przemieszczać, ale też istnieć w wielu z nich jednocześnie! Możemy je nawet sami tworzyć!

Najprostszym przykładem takiego zjawiska jest sen. Kiedy śnimy, wierzymy, że wszystkie zachodzące w nim zdarzenia dzieją się naprawdę. Nasza świadomość (czy raczej podświadomość) bierze w nich udział. Śniąc żyjemy więc w innym od naszego świecie, a czas naszych sennych marzeń staje się zupełnie niezależny od tego, jaki rzeczywiście poświęcamy na sen. W ciągu przeciętnie ośmiu godzin snu przeżywamy w marzeniach sennych wiele dni i tygodni. Nagle czas staje się "elastyczny" i tylko od nas samych zależy (od naszej podświadomej wyobraźni) jak bardzo czas ten rozciągniemy. Dlaczego więc nie można by czegoś takiego dokonać na jawie?

Cały nieskończenie wielki wszechświat składa się najogólniej rzecz biorąc z atomów. Na swoim podstawowym poziomie są one wiecznie drgającą energią, która dla nas jest niewidoczna. Dopiero kiedy atomy połączą się z sobą w większe cząsteczki (molekuły), a te w jeszcze większe grupy, dostrzegamy je w formie materii. Dla naszych niedoskonałych przecież zmysłów staje się ona czymś bardzo trwałym w swej budowie, choć wciąż jest zbudowana z atomów i nadal jest wiecznie poruszającą się, drgającą z ogromną częstotliwością - energią.

Tyle tylko, że my nie jesteśmy w stanie tego drgania i ciągłego ruchu zobaczyć. Zupełnie tak samo, jak nie widzimy fal elektromagnetycznych czy radiowych, choć dziś już nikomu nie przyjdzie do głowy zaprzeczać ich istnienia. Zatem wszystko we wszechświecie faluje, pędzi i drga. My sami też, nasze ciało, ubrania i inne przedmioty, których używamy. W zależności od rodzaju i struktury atomów, falowanie to ma inną częstotliwość, inną prędkość i inny sposób przemieszczania się w przestrzeni. Właśnie dlatego, że istnieją te różnice, w ogóle możemy istnieć.

Co by się jednak stało, gdybyśmy nagle zaczęli "drgać" tak jak ściana naszego pokoju? Wtedy moglibyśmy się wtopić w nią bez większego trudu. Dla obserwatora z zewnątrz wyglądałoby to tak, jakbyśmy przez ścianę tę przechodzili! W ten sam sposób potrafilibyśmy pokonywać przestrzeń nie tylko na ziemi, ale i w całym wszechświecie.

Załóżmy więc na przykład, że w jakiś sposób opanowaliśmy umiejętność wprowadzenia naszego ciała w częstotliwość fal radiowych. Nagle z ogromną prędkością okrążylibyśmy kulę ziemską i znowu stanęli w tym samym miejscu. Dla nas byłby to czas potrzebny na odbycie takiej podróży, na tyle długo, by uważnie przyjrzeć się kontynentom i oceanom, nad którymi przelatujemy. Dla kolegi, który stałby obok, zginęliśmy tylko na moment z oczu. Może by tego nawet nie zauważył, myśląc, że na chwilę stanęliśmy pół kroku za nim.

Według wielu fizyków takie zdarzenia mają nieustannie miejsce w naszym życiu. Dzieją się jednak tak szybko, iż w większości wypadków nasza świadomość nie jest w stanie tego zarejestrować. Ale podświadomość robi to zawsze. Czasami przypomina nam to w marzeniach sennych lub w momentach, kiedy odnosimy wrażenie, że miejsce, w którym jesteśmy (świadomość podpowiada, że po raz pierwszy) już kiedyś widzieliśmy. Toteż nic dziwnego, że od czasu do czasu mieszkańcy różnych światów i różnego czasu spotykają się nagle w jednym punkcie.

Nagłe zakłócenia w drgającym wszechświecie, tak jak zakłócenia w odbiorze fal radiowych podczas burzy, mogą spowodować, iż otwiera się przed nami droga do innej przestrzeni. Zdarza się, że wpadłszy w nią, ktoś nie ma możliwości powrotu. Wtedy mamy do czynienia z niewytłumaczalnymi zjawiskami nagłego "rozpłynięcia" się kogoś lub czegoś w powietrzu. Raz na zawsze. Czasem wracamy, nie mając nawet pojęcia, że gdziekolwiek byliśmy. I dopiero hipnoza wyciąga to z naszej podświadomości.

A UFO? Nie jest wykluczone, że istniejące gdzieś inne cywilizacje opanowały technikę zmiany "drgań" własnych organizmów i struktury swoich pojazdów. Umożliwia im to nieograniczone wędrówki w czasie i przestrzeni? Wszystkim spotkaniom z UFO zawsze towarzyszą zjawiska zakłócenia fal elektromagnetycznych. Przestają działać silniki elektryczne, radia, nadajniki. Obserwowane są anomalie atmosferyczne i czasowe. Być może gwałtowne wtargnięcie obcych tworzy na pewien czas dziurę w strukturze atomowej naszego świata, lub otwiera go niczym zamek błyskawiczny, rozrywając jego wiązania atomowe. Takie czasowe rozerwanie rzeczywistości grozi katastrofą, z której jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, więc przybysze unikają nawiązywania łączności z nami. Pewnie czekają cierpliwie, aż sami nauczymy się skutecznie budować światy inne od tego, który znamy.


Jerzy Gracz

Źródło: Wróżka nr 2/1998
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl