Gdy rozum śpi

Doniesienia, jakimi ostatnio raczą nas korespondenci z ogarniętego wojną Iraku, elektryzują świat. Oto "normalni" żołnierze demokratycznego kraju, wychowani na ideałach wolności i szacunku dla praw człowieka, nagle przemieniają się w bestie.

Gdy rozum śpi To jednak, co dla opinii publicznej zdaje się być szokiem, dla neurologów badających właściwości naszego mózgu jest oczywistością... W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku psycholog Stanley Milgram z Uniwersytetu Yale przeprowadził eksperyment, którego wyniki zaszokowały środowiska psychologów na całym świecie. W zadaniu wzięło udział kilka grup psychiatrów, studentów i osób należących do amerykańskiej klasy średniej. Prowadzący w ten oto sposób przedstawił im założenia eksperymentu:

"Wyobraźcie sobie, że dobrowolnie bierzecie udział w badaniach na temat zdolności uczenia się. W doświadczeniu chodzi o zapamiętywanie informacji. Jeden z was będzie pełnił rolę nauczyciela, a drugi ucznia. O przydziale ról zdecyduje los. Powiedzmy, że wam przypadnie rola nauczyciela. Jesteście w pomieszczeniu, w którym znajduje się pulpit sterowniczy połączony kablami z fotelem, przypominającym krzesło elektryczne. "Uczeń" siada w fotelu i zostaje do niego przypięty. Do jego czoła mocuje się taśmę ze stykami. Siadacie za pulpitem.

Są na nim przełączniki, za pomocą których można wyzwalać coraz silniejsze wstrząsy elektryczne - od 15 do 450 V. Jako "nauczyciel" macie odczytać "uczniowi" listę słów, które ten musi zapamiętać. Jeśli "uczeń" zapomni jakiegoś słowa, pomagacie mu odświeżyć pamięć, aplikując coraz silniejsze elektrowstrząsy. Jest to dla ucznia dość bolesne - już nawet 45 V. "Uczeń" zaczyna popełniać błędy. Aplikujecie mu lekkie elektrowstrząsy. On nie potrafi się jednak skoncentrować, tylko jęczy i błaga, żeby przestać. Kierownik doświadczenia każe wam jednak kontynuować."

Po tym wprowadzeniu Milgram zadał swoim słuchaczom pytanie: jak zachowalibyście się pełniąc rolę nauczyciela? Niemal wszyscy wyrazili mocne przekonanie, że nigdy nie posunęliby się do rzeczywistego dręczenia "ucznia". Psychiatrzy natomiast byli zdania, że nie więcej niż 3% reprezentatywnej grupy społeczeństwa posunęłoby się w takim eksperymencie do porażenia "ucznia" prądem o sile 300 V, nie mówiąc już o 450 V. No, może jeden uczestnik na tysiąc.

reklama

Proszę kontynuować

Taki eksperyment przeprowadzono naprawdę, a liczba osób gotowych zaaplikować "uczniowi" maksymalny, śmiertelny 450-voltowy wstrząs była 600 razy większa niż przewidywali to psychiatrzy. Mniej więcej 60% społeczeństwa USA w imię niezbyt jasno określonych celów "naukowych" jest gotowa zabić całkiem niewinnego człowieka, jeśli tylko autorytet w białym kitlu powie: "Proszę kontynuować". Eksperyment, powtórzony w Europie, w Afryce Południowej, Kanadzie i Australii, przyniósł identyczne wyniki.

Powiało grozą, zwłaszcza kiedy ujawniono kilka pikantnych szczegółów. Oto trzydziestodziewięcioletni pracownik socjalny, ojciec dwojga dzieci, głowa rodziny, nie mógł powstrzymać się od śmiechu na widok podskakującego na krześle "ucznia". Gospodyni domowa w czasie wstępnej rozmowy zapewniała gorąco o swoim humanizmie i zaangażowaniu w obronę pokrzywdzonych, w czasie eksperymentu wprawdzie dygotała, ale mimo to doszła do 450 V.

Jeden z "nauczycieli" odszedł nawet od swojego pulpitu, aby mocniej przycisnąć ręce "ucznia" do elektrod. Niektórzy "nauczyciele" ulegali załamaniu nerwowemu, dostawali spazmów, ale... nadal aplikowali swoim "uczniom" coraz potężniejsze elektrowstrząsy. Spieszę uspokoić czytelnika. W eksperymencie Stanleya Milgrama nikt nie poniósł śmierci ani nie doznał obrażeń. Wszystko było zainscenizowane. W roli ucznia zawsze występowała ta sama osoba - pracownik instytutu, który jedynie wyśmienicie udawał cierpienia. Co ciekawe, podczas trwania eksperymentu kilku mężczyzn załamało się i odmówiło udziału w dalszym dręczeniu "ucznia". Nigdy nie wycofała się natomiast żadna z kobiet...

Drugie podejście

Wyniki badań były tak szokujące, że długo środowiska psychologów i psychiatrów nie mogły ich zaakceptować. W 1971 roku Philip Zimbardo z Uniwersytetu Stanforda doszedł do wniosku, że eksperyment Milgrama mógł być za bardzo ukierunkowany na przemoc i postanowił zaaranżować taką sytuację, w której nie będzie nikogo, kto mógłby sławnym: "proszę kontynuować" zachęcać do stosowania przemocy. Utworzył więc fikcyjne więzienie.

Wcześniej losowo wyznaczył swoim studentom role więźniów i strażników. Nie sugerował żadnego szczególnego zachowania, rzucił tylko niewinne zdanie: - Macie ich pilnować i utrzymać porządek. Niestety, ku rozpaczy naukowca, już po kilku dniach wzorowi i łagodni dotychczas studenci, wcieleni w role strażników, zaczęli się znęcać nad kolegami "więźniami"! Na podstawie tego eksperymentu w 2001 roku powstał nawet film fabularny "Das Eksperiment" w reżyserii Oliviera Hirchbiegela. Jak widać, mimo całego bagażu cywilizacji, ludzki mózg z łatwością uwalnia tkwiące w nas czarne instynkty.

Szyszynka Pandory

Dlaczego tak się dzieje? Przypuszcza się, że za sprawą dwóch odmiennych charakterów, które w nas tkwią. Dwie półkule mózgu, mimo że zsynchronizowane ze sobą pd względem funkcji, tak naprawdę stanowią dwa różne światy. Półkula prawa jest bardziej "pierwotna". To tam znajdują się ośrodki twórcze człowieka, ale też jest ona źródłem wszelkich atawizmów, wyniesionych przez nas z długiego procesu ewolucji, odruchów obronnych i agresji. Mieszkają w niej nasze najlepsze i najgorsze instynkty. Jest niczym zamek Frankensteina, do którego klucz tkwi w bardziej "ucywilizowanej" lewej półkuli.

Synchronizacją pracy między nimi zajmuje się szyszynka - tajemniczy gruczoł wytwarzający równie tajemniczą substancję, zwaną serotoniną. Substancja ta, której największe ilości występują w organizmach naczelnych, zdaje się mieć decydujące znaczenie w regulowaniu pracy mózgu. Badania, polegające na blokowaniu za pomocą środków farmakologicznych dopływu serotoniny do mózgu, ujawniły zadziwiającą rzecz. Brak tej substancji powoduje całkowite zamroczenie lewej półkuli i intensywniejszą, czy raczej bardziej szaloną, pracę prawej. To tak jakby ktoś nagle otworzył pokój z demonami i w dodatku usunął strażnika.

Zdaniem psychologa Philipa Zimbardo, takie zakłócenie pracy lewej półkuli i uwolnienie naszych agresywnych cech dokonuje się w wypadku długotrwałego stresu, zagrożenia życia lub pod wpływem jakiejś silnej sugestii, na przykład ze strony kogoś, kogo uznajemy za autorytet. Agresja może też pojawić się w warunkach poczucia... absolutnej wolności, czy raczej przekonania o bezkarności działań. Colin Wilson, autor "Zamku Frankensteina", słynnej pracy o demonach naszego mózgu, jest przekonany, że ze wszystkich możliwych demonów najłatwiej wyzwolić w nas agresję.

Dowodem na to są też wyniki doświadczeń Zimbardo i Milgrama. Toteż bez względu na to, jakie mamy o sobie zdanie, powinniśmy pamiętać, że jako ludzkość stanowimy zagrożenie przede wszystkim dla siebie samych... W takim kontekście przestaje dziwić zachowanie amerykańskich żołnierzy. Wystarczyło, by ktoś - w białym kitlu - powiedział: "Proszę kontynuować". Lub choćby tylko niczego wyraźnie nie zakazał.


tekst: Jerzy Gracz,
ilustr.: smok, zbyta

Źródło: Wróżka nr 7/2004
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020