Cudem ocaleni

Drugie życie dostali z Nieba. Daniel Gajewski od błogosławionej Urszuli Ledóchowskiej, Justyna Zych – od błogosławionego Józefa Sebastiana Pelczara. Justynka i Daniel żyją dzięki cudowi, a jego „autorów” – 18 maja 2003 roku – papież ogłosił świętymi.

Cudem ocaleni Kiedy śmierć upomniała się o Daniela (2.08.1996 roku) i Justynę (9.01.2001 roku), matka Urszula Ledóchowska, założycielka Zgromadzenia Sióstr Serca Jezusa Konającego, i biskup Józef Sebastian Pelczar, założyciel Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego, mieli w Kościele „zaledwie” status błogosławionych. Tyle można zyskać za wzorowe, cnotliwe życie ziemskie. By zostać świętym – w świetle zasad XVII-wiecznej bulli papieża Urbana VIII, która do dzisiaj określa procedurę przyznawania tego miana – błogosławiony musi dać przynajmniej jeden znak STAMTĄD, czyli uczynić cud.

Świadkiem był tylko pies

W 1996 roku Daniel miał 14 lat. Sierpień spędzał w domu zaprzyjaźnionych sióstr urszulanek w Ożarowie Mazowieckim koło Warszawy. W piątek około godziny 15.00 zabrał się za koszenie trawy na łące przed kaplicą. Trawa była mokra po burzy. Po godzinie pracy postanowił przenieść kosiarkę w inne miejsce. Dotknął końcówki przedłużacza i zesztywniał. Kosiarka była podłączona do gniazdka za pomocą dwóch przedłużaczy, z których jeden – wbrew normom bezpieczeństwa – był zakończony wtyczkami z bolcami po obu stronach. Gdy chciał rozłączyć kable, powstało – fachowo mówiąc – zjawisko łuku elektrycznego. Kiedy Daniel trzymał wtyczkę, nastąpił skurcz mięśni, zaciśnięcie dłoni na końcówce przedłużacza...

– Nie mogłem wydać z siebie głosu, złapać oddechu – opowiada Daniel. – Traciłem siły, byłem pewien, że umieram... „Boże, dlaczego ja?” – myślałem. I nagle zobaczyłem siostrę urszulankę. Mocno zbudowaną, energiczną, twarzy nie widziałem. Przybiegła do mnie, złapała mnie za nogi. Poczułem szarpnięcie, ból i straciłem przytomność.

reklama

Gdy Daniel się ocknął, usłyszał tylko pisk swojego psa, Agasa, jedynego świadka zdarzenia. – Poczułem swąd i zobaczyłem swoją zwęgloną rękę – wspomina dalej Daniel. – Mój kciuk wyglądał jak kikut. Byłem w takim szoku, że myślałem: „To nie jest moja ręka”. Wczołgałem się do kaplicy. Lewą, sprawną dłonią wyjąłem wtyczkę kosiarki. „Żyję!” – krzyczałem. Podbiegłem do tabernakulum i zobaczyłem wiszący po lewej stronie obraz i relikwie Urszuli Ledóchowskiej.

Poczułem mrowienie w całym ciele. Przenikała mnie jakąś niezrozumiała moc... Wtedy weszła do kaplicy siostra Maria Płonka, która pracowała w innej części domu. Zobaczyłem na jej twarzy przerażenie. Podobno wyglądałem jak upiór, z zielono-czerwoną od trawy i krwi twarzą, długimi włosami stojącymi „dęba”, przekrwionymi oczami i poparzoną prawą dłonią. Zszokowany chłopiec nie zadał wówczas siostrze Marii najważniejszego pytania – czy to ona ocaliła mu życie? Dopiero nazajutrz, w szpitalu w Dziekanowie Leśnym, dowiedział się, że żadna z zakonnic tego nie zrobiła, żadna nie widziała wypadku. Daniel nagle zrozumiał, że uratowała go matka Urszula Ledóchowska.

Nie spiesz się, Justyno

9 stycznia 2001 roku padał śnieg. Justyna, uczennica III klasy Liceum Administracyjno-Biurowego w Krośnie, bardzo śpieszyła się do szkoły, bo obiecała koleżankom, że jeszcze przed rozpoczęciem lekcji pomoże im odrobić pracę domową z angielskiego. Przechodziła przez przejście dla pieszych, gdy nagle „coś w nią walnęło”. Potem dowiedziała się, że uderzył w nią samochód-chłodnia i wlókł ją za sobą kilkanaście metrów po jezdni. Niesamowity ból, ciemność, poczucie, że unosi się w powietrzu... Patrzyła z góry na siebie leżącą na ulicy, była przekonana, że umiera.

Helena Zych, matka Justyny, dotarła do wojewódzkiego szpitala w Krośnie godzinę po wypadku. Od lekarza dyżurnego usłyszała, że stan córki jest beznadziejny, że z takiego stłuczenia pnia mózgu się nie wychodzi. Jakaś lekarka powiedziała: „Niech się pani modli, innej nadziei nie ma”. Poproszono ją nawet, by zgodziła się na pobranie od córki nieuszkodzonych narządów do przeszczepu...

Nie chciała tego słuchać, wróciła do Korczyny, do kościoła i zamówiła mszę świętą, którą proboszcz odprawił natychmiast. – Potem – opowiada pani Helena – długo modliłam się przy ołtarzu biskupa Pelczara, który urodził się w Korczynie. W końcu napisałam na kartce: „Bardzo Cię proszę o wstawiennictwo do Boga, o ocalenie życia mojej córki” i wrzuciłam kartkę do skrzynki.

Skąd ta niezłomna wiara, że jej wysłucha? Choćby stąd, że już raz wysłuchał... Kilka lat wcześniej, gdy mąż podżyrował ogromną pożyczkę znajomemu, który wkrótce zbankrutował i komornik groził zajęciem domu państwa Zychów. Wtedy dwukrotnie pani Helena wrzucała do skrzynki w kościele prośby, aż w końcu zjawił się ktoś, kto wyciągnął ich z kłopotów...

Następnego dnia po wypadku, 10 stycznia 2001 roku, Justyna żyła, ale nadal była nieprzytomna. Karmiona przez sondę, oddychała za pomocą respiratora. Badania okulistyczne i tomografia wykazały – ku zdumieniu lekarzy – niezwykłą w takich przypadkach poprawę stanu mózgu i ustąpienie zastoiny z dna oka...

28 stycznia, jak w każdą „miesięcznicę” śmierci biskupa Pelczara, w Korczynie odprawiano nabożeństwo do błogosławionego. – Ksiądz odczytał karteczkę z prośbą o uzdrowienie Justyny – wspomina pani Helena – ucałował relikwie i wtedy poczułam, jakby ktoś położył mi rękę na ramieniu. Obejrzałam się, ale nikogo nie było. Gdy następnego dnia rano zjawiła się w szpitalu, córka leżała z otwartymi oczami.

W nocy odzyskała przytomność, ale nikogo jeszcze nie rozpoznawała. Jednak pamięć wracała szybko. 28 kwietnia, gdy cała rodzina Zychów wybierała się na mszę dziękczynną za ocalenie Justyny, dziewczyna pokrzykiwała zdenerwowana: „Ja też chcę iść!”. I nagle, o własnych siłach, wstała z wersalki! Po raz pierwszy od wypadku. Chwilę później przedreptała kilka kroków, a po miesiącu szła już na mszę całkiem samodzielnie. W czasie wakacji nadrobiła zaległości w nauce i zdała do czwartej klasy. Półtora roku po tragicznych wydarzeniach jakby nigdy nic zdała maturę.

Czy cud da się udowodnić

Cud, czyli co? – może zapytać ktoś dociekliwy.Teologowie wyjaśniają, że to widzialny dowód na Bożą ingerencję, znak bezinteresownego działania mocy i miłości Boga. Zatem uwierzyć w cud to nie znaczy uwierzyć w zaistniały fakt, ale w to, iż sprawcą zdarzenia niewytłumaczalnego z punktu widzenia nauki jest sam Bóg, działający poprzez swoich pośredników: świętych lub zwykłych śmiertelników.

Aby jednak cud został uznany przez Kościół „na papierze”, ani zaistnienie niezwykłego zdarzenia, ani wiara, że to dzieło Boskie, nie wystarczą. Ojciec Paweł Krupa, dominikanin, wyjaśnia: „Cud jest faktem: uzdrowieniem, objawieniem itp. A fakty domagają się nie wiary, ale stwierdzenia, że takie to a takie nadzwyczajne wydarzenie miało miejsce lub nie. Jeśli dojdziemy do wniosku, że taki fakt zaistniał, przystąpić należy do badania jego przyczyny, aby ustalić, czy nie mamy do czynienia z oszustwem lub nietypowymi bądź nieznanymi wcześniej działaniami natury. Dopiero gdy stwierdzimy, że tak nie było, można przyjąć, iż autorem danego zdarzenia jest Bóg. Przy czym jest istotne, aby dane wydarzenie było umiejscowione w kontekście religijnym.

Nie każde naukowo niewytłumaczalne zjawisko nazwiemy cudem.” Matka Justyny najpierw powiadomiła o ocaleniu córki zakonnice ze Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego w Krakowie, którego założycielem był biskup Pelczar. Siostry poprosiły o opinię dwóch uznanych krakowskich lekarzy. Orzekli na piśmie, że z punktu widzenia współczesnej wiedzy medycznej dziewczyna nie miała prawa przeżyć i jej wyzdrowienia medycyna wyjaśnić nie potrafi.

W grudniu 2001 roku siostry powiadomiły o cudzie biskupa przemyskiego. Sprawa Daniela Gajewskiego do komisji diecezjalnej trafiła dopiero w 1998 roku. Gdy rozpoczęło się postępowanie ustalające, czy cud zaistniał, czy nie, Daniel miał 16 lat, Justyna – 18. Przed przesłuchaniami musieli poddać się testom psychologicznym dowodzącym, że są w pełni władz umysłowych i nie mają skłonności do zmyślania. Musieli przysiąc na krzyż i Biblię, że będą mówić prawdę.

Józef Sebastian Pelczar i Urszula LedóchowskaWiem, że jest Bóg

Gdy udało się ustalić dokładny przebieg wydarzeń, zasięgnięto opinii ekspertów (w przypadku Daniela – elektryków i lekarzy, w przypadku Justyny – neurochirurgów). Kiedy dowiedziono, że powrót do zdrowia młodych ludzi był czymś nadzwyczajnym, rozpoczął się etap szukania dowodów na to, iż było to dzieło Boskie, dokonane za pośrednictwem błogosławionych Urszuli i Józefa Sebastiana.

Udział matki Ledóchowskiej w dziele ocalenia Daniela był dla rodziny Gajewskich jasny jak słońce. Przecież to właśnie jej opiece matka Daniela – wówczas studentka teologii – poleciła syna zaraz po urodzeniu. W ciąży przeszła zapalenie opon mózgowych i bardzo bała się o zdrowie noworodka. Świeżo beatyfikowana przez Jana Pawła II zakonnica (20.06.1983 r.) wydała się jej doskonałą pośredniczką w wypraszaniu zdrowia dla synka. Nie miała wówczas pojęcia, że wyprasza mu drugie życie...

Dzisiaj Daniel żyje na własny rachunek. Wyprowadził się z rodzinnego domu w Koszalinie do Poznania, zaocznie studiuje socjologię. Znalazł pracę – jest magazynierem w wydawnictwie. Wynajmuje mieszkanie, sam opłaca sobie naukę. Często uczestniczy w spotkaniach, na których publicznie daje świadectwo cudownego ocalenia. Gdy pierwszy raz jechał na takie spotkanie, bał się, że zostanie wyśmiany. Ale okazało się, że młodzież słuchała w ciszy. Zdarza się, że zaczepia go ktoś nieznajomy. – Pokaż rękę – mówi – i Daniel pokazuje. – O, nie widać blizn – dziwią się ludzie.

– Rzeczywiście, po wielu operacjach i przeszczepach prawa ręka jest tak samo sprawna jak przed wypadkiem – wyjaśnia Daniel. – Niestety, z pewnością nie będę nigdy bramkarzem i nie rysuję tak dobrze, jak kiedyś. Mam za to w sobie taką niewytłumaczalną radość, która nie pozwala mi się załamać. Nawet gdy wszystko wali mi się na głowę. Nawet gdy zimą, o czwartej rano, jadę tramwajem do pracy...

Przecież tak dużo zostało mi dane. Wiem, że jest życie po życiu, wiem, że jest Bóg. Pewnie skończę w zakonie... – wybucha śmiechem. – A matka Urszula Ledóchowska to wspaniała postać. Idealnie nadaje się na patronkę Wspólnej Europy. Pomagała prawosławnym, Żydom, mahometanom i niewierzącym. Znajdowała ze wszystkimi wspólny język.

Chody w niebie

Rodzin o nazwisku Zych jest w Korczynie dużo, ale „święta” jest tylko jedna. Podobno specjalnie „z okazji” cudu położono asfalt na krętej, wąskiej górskiej drodze, przy której znajduje się rodzinny dom Justyny. Niełatwo jest żyć „po cudzie”. Rodzina Zychów jest teraz pod specjalnym nadzorem ludzkich oczu i języków. Mieszkańcy Korczyny w każdą niedzielę śledzą, czy Zychowie przystępują do komunii świętej, czy dosyć nabożnie się modlą w kaplicy świętego biskupa. Niektórzy uważają, że Justyna powinna już dawno wstąpić do zakonu. Ale ona na razie ma inne plany. Cud budzi zazdrość. – U tych „świętych” to nawet ziemniaki lepiej rosną – szepczą na boku złośliwcy, a potem zwracają się do pani Heleny, by wymodliła im pracę, uwolnienie od nałogów, pomyślne zdanie egzaminu... Ma przecież „chody” w niebie i powinna co trzeba załatwić.

Justyna, od czasu wypadku, bardzo się zmieniła. Kiedyś wszędzie było jej pełno. Pędziwiatr – nazywała ją mama. Miała mnóstwo przyjaciół i ukochanego chłopaka. Planowała studiowanie filologii angielskiej lub administracji. Teraz najchętniej w ogóle nie wychodziłaby z domu. Zamknęła się w sobie i w swoim pokoju z niebieskimi zasłonami – takimi, jakie sobie wymarzyła. Całymi godzinami rozmyśla, żyje jakby za szybą... Nad jej kanapą wisi olbrzymi portret świętego biskupa, który kiedyś zszedł z płótna, złapał ją za rękę i powiedział: „Poczekaj”. Dlatego nigdzie się nie śpieszy, ma zawsze czas. Krucha, blada, przekonuje mnie: – Najważniejsze jest dla mnie odzyskanie zdrowia. I dodaje: – Przez te kilka lat zdarzyło się w moim życiu tyle niezwykłego... Wypaliło się to, co „stare”, a teraz, powoli, wyrasta „nowe”. Tylko do końca nie wiem, jakie to „nowe” jest...


tekst: Małgorzata Szamocka
ilustr.: Małgorzata Woźniczka


Cud przed urzędem

By wyjaśnić, czy niezwykłe zdarzenie było cudem czy nie, właściwy miejscowo biskup najpierw wyznacza swojego reprezentanta – delegata (odpowiednik sędziego), który czuwa nad całym przebiegiem procesu, szczególnie jego poprawnością proceduralną. Zazwyczaj delegat bada sprawę wraz z promotorem sprawiedliwości (odpowiednik prokuratora) i notariuszem. Powołuje też osobę zainteresowaną pozytywnym wynikiem procesu – postulatora (odpowiednik adwokata), który ma za zadanie przedstawić fakty i wskazać świadków.

Komplet materiałów z postępowania przed komisją diecezjalną przekazuje się do Watykanu, gdzie Kongregacja do Spraw Świętych powołuje swoich niezależnych specjalistów i ekspertów, i badanie sprawy rozpoczyna się od początku. W trakcie trwania procesu wszystkich obowiązuje tajemnica; wolno o nim mówić dopiero po wydaniu decyzji przez Watykan.

Źródło: Wróżka nr 3/2004
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019