Romans, pokrzywa i kometa

Myślicie, że tak łatwo zdradzić męża? Jeśli los zdecyduje, że Wasze małżeństwo jest karmiczne, nie dopuści do tego, przynajmniej dopóki nie wypełni się boski zamysł. Tak właśnie myślę, kiedy wracam pamięcią do tamtej historii. Jako świeżo upieczona inżynier podjęłam pracę w laboratorium chemicznym pewnego dużego zakładu pracy. Od dwóch lat byłam już szczęśliwą mężatką, dziecko planowaliśmy dopiero, kiedy otrzymamy mieszkanie. Na razie wynajmowaliśmy pokój w willi na przedmieściu Lublina.

Romans, pokrzywa i kometaJuż drugiego dnia pracy poznałam Andrzeja - był kimś ważnym w fabryce - wyniki moich badań musiały przechodzić przez jego ręce. Wpadał do laboratorium codziennie, potem przesiadywał w nim po kilka godzin, przyjmując tu interesantów. W końcu urządził sobie u mnie gabinet. Nie przeszkadzaliśmy sobie - on w jednym końcu sali robił swoje, ja w drugim - swoje. Po jakimś czasie zorientowałam się, że przychodzi tu tylko z mojego powodu. Początkowo ukradkiem na mnie zerkał, a potem już nie spuszczał ze mnie oka.

Do dzisiaj żaden mężczyzna, choć od tamtego czasu minęło 25 lat - tak na mnie nie patrzył. On po prostu rozbierał mnie wzrokiem. Wreszcie wyznał, że jest we mnie śmiertelnie zakochany. Bardzo mi to pochlebiało - był ode mnie 15 lat starszy, inteligentny, mądry i przystojny. Ale miałam przecież męża! Zdradzić go już dwa lata po ślubie to byłoby obrzydliwe - myślałam wtedy.

Jednak romans platoniczny kwitł. I może wkrótce przerodziłby się w poważny związek, gdyby nie wmieszało się właśnie przeznaczenie. Była sobota, wybraliśmy się z mężem do restauracji. Przy stoliku nieopodal naszego dojrzałam Andrzeja z żoną i znajomymi. I znowu nie spuszczał ze mnie oka. Orkiestra zaczęła grać, tańczyłam z mężem, ale cały czas czułam na sobie wzrok Andrzeja. Nagle widzę kątem oka, że podchodzi do orkiestry i coś szepcze do saksofonisty - szefa kapeli.

Za chwilę słyszę przez głośniki: "Dla pani Elżbiety tango Milonga"... Tańczę z mężem, Andrzej z żoną, ale tak wymownie patrzy w moją stronę, że nie mam wątpliwości, iż melodia dedykowana jest mnie. Za chwilę oboje zbliżają się do orkiestry, przystają. Saksofonista - chwilowo nie grający - coś szepcze do jego żony. (Na drugi dzień dowiem się, że muzyk zapytał: "Pani Elu, czy podoba się pani melodia?", a ona ma na imię Maria.) Ona zaczyna się szamotać z Andrzejem, ale za chwilę znowu tańczą. On jakby stracił rozum - bez przerwy patrzy na mnie, ona - idzie za jego wzrokiem. Już mnie namierzyła. Orkiestra kończy, wracamy z mężem do stolika, żona Andrzeja za nami.

Dopada mnie i pyta:
- Pani Elżbieta?
Potwierdzam, bo nie mam wyjścia, mąż patrzy zdziwiony.
- Ja panią znam - kontynuuje ona.
- A ja pani nie - ucinam.
- To mnie pani pozna! - krzyczy ona.
Łapię męża za rękę i uciekamy. Oczywiście za chwilę mówię mu prawdę - że to znajomy z pracy i że się we mnie kocha...
Mąż przyjął to spokojnie, ale parę tygodni później już byłam w ciąży, choć dziecko planowaliśmy za dwa lata...

reklama

Mój romans platoniczny został wyciszony przez urlop macierzyński. Ale i wtedy Pan Bóg czuwał. Od czasu do czasu bowiem flirtowaliśmy z Andrzejem przez telefon. Podczas którejś rozmowy, kiedy padały miłosne zaklęcia i dość frywolne teksty, włączył się telefonista (do mnie dzwoniło się przez centralę) i powiedział: "Ja to wszystko powtórzę mężowi". Przeraziłam się, że zrobi to naprawdę i już nigdy nie pozwalałam sobie na coś takiego.

Córeczka miała prawie dwa lata, kiedy męża przeniesiono do Warszawy. Był lipiec 1976 roku, likwidowałam lubelskie mieszkanie, dziecko oddałam na parę tygodni do mamy. Mąż przyjeżdżał w piątki i zostawał do niedzieli. Za tydzień miałam z Lublina wyjechać na zawsze. Zadzwonił Andrzej. - Pożegnajmy się - prosił. - Tylko nie w kawiarni. Zrób tak, żebyśmy chociaż raz byli sami. Przy okazji oddam ci książki (kiedyś pożyczył ode mnie trochę fachowej literatury).
Umówiliśmy się, że przyjdzie w czwartek o 18.00. Ale przeznaczenie czuwało.

Wróciłam tego dnia z pracy przed 16.00, zakrzątnęłam się, żeby przygotować coś do zjedzenia. Po kilkunastu minutach dzwonek do drzwi. Otwieram, a tu mój mąż! Miał sprawę służbową na wyjeździe i udało mu się przyjechać do domu na weekend o cały dzień wcześniej... Zachowałam pokerową twarz. W czasach, gdy nie było telefonów komórkowych, miałam tylko jedno wyjście - powiedzieć całą prawdę, czyli że przyjdzie Andrzej oddać książki. Mąż wykazał ogromną klasę, nie skomentował tego.

O 18.00 dzwonek do drzwi - mój gość jest punktualny. Blednie, gdy za moimi plecami widzi męża. Zapraszamy go do pokoju, mąż podaje kawę, miło rozmawiamy o niczym. Po pół godzinie Andrzej kładzie na stole książki, dziękuje za "uroczy wieczór", wychodzi. Następnego dnia słyszę w słuchawce: - Dziękuję ci za pożegnanie we dwoje...

Mój mąż jest niezwykłym człowiekiem. Jego spokój i zdrowy rozsądek uratowały nasze małżeństwo. Gdyby mi zrobił wówczas awanturę, gdyby zadręczał zazdrością, odeszłabym od niego (skądinąd wiem, że Andrzej jeszcze przez kilka lat na to liczył). On intuicyjnie to wiedział. Dzisiaj, z perspektywy czasu, dziękuję Bogu, że mnie upilnował. Mam wspaniałe małżeństwo, mój mąż z wyrozumiałością patrzy na moje szaleństwa (bo czasem dostaję małpiego rozumu). Ale też cieszę się, że mam co wspominać. Życzę mojej dorosłej córce, by trafił się jej taki platoniczny romans.


Elżbieta z Warszawy



List do redakcji Po przeczytaniu artykułu "Spróbuj mnie zjeść", o myślących roślinach, z 1/2001 numeru "Wróżki", postanowiłam opisać swoje doświadczenia. Sama spotkałam się wielokrotnie z reakcją roślin - negatywną i pozytywną - w różnych sytuacjach. Na przykład, zawsze przed wejściem w pokrzywy prosiłam je, by mnie nie parzyły. A one... spełniały moją prośbę.

Pewnego razu wybrałam się z koleżankami plastyczkami na plener malarski. Jedna z dziewczyn zachorowała na nerki. Oddalone od miasta i najbliższej apteki musiałyśmy szukać sposobu niekonwencjonalnego, by pomóc przyjaciółce. Wiadomo, że na nerki pomaga herbatka z pokrzywy. Poszłyśmy więc szukać młodych, kwitnących chwastów. Koleżanki, poowijane w ręczniki i w rękawicach, zaczęły rwać, uważając, by się nie poparzyć. Wiadomo, że w okresie kwitnienia pokrzywy są najbardziej "jadowite". A ja? Stanęłam cichutko nad zagonem roślin, poprosiłam o pomoc dla mojej koleżanki, a potem zaczęłam je rwać gołymi rękami. Byłam w sukience bez rękawów, układałam sobie całe naręcza pokrzyw na gołych ramionach. Żadna mnie nie sparzyła.

Kroiłam je potem, wyciskałam z nich sok i nie miałam ani jednego bąbelka. Część naszych zbiorów zostawiłyśmy na parapecie okna, by nie zwiędły. Rano, otwierając okno, dotknęłam ich. Poparzyły mnie boleśnie. Bąble miałam kilka dni. Cóż, po prostu "nie przygotowałam się" do zetknięcia z pokrzywami, dlatego zostałam poparzona.

Mam jeszcze inne przykłady ciekawego "zachowania się" tych roślin. Na balkonie hoduję dzikie wino, cytrusy i różne kwiaty. Często w ziemi kiełkują nasiona pokrzyw. Nie wyrywam ich, bo mam do nich szczególną sympatię. Rano, kiedy podlewam kwiatki, witam się z nimi - z pokrzywami też i dotykam ich gołymi rękami. Nigdy mnie nie parzą. Kiedyś na "moich" pokrzywach zalęgły się mszyce.

Jedną roślinkę trzeba było usunąć, by mszyce nie zaraziły innych. Wytłumaczyłam jej, że dla dobra jej sióstr muszę ją wyrwać. Wyrwałam więc i nic mi nie zrobiła, tyle że z rozpędu wyrwałam też drugą, rosnącą obok. Ta poparzyła mnie dotkliwie. Co tu więc działa - czy moje "przygotowanie" na poparzenie, czy raczej "przygotowanie" pokrzywy na to, co się ma z nią stać? Takich doświadczeń mam bardzo dużo.


Wrocławianka



List do redakcji Tę historię znam tylko z opowiadań mojego brata, Pawła, ale na samo jej wspomnienie śmieję się do łez. Otóż Paweł pasjonuje się astronomią i kosmosem, od lat stara się zgłębić tajemnicę wszechświata. Jest członkiem Towarzystwa Astronomicznego, wspólnie z kolegami godzinami obserwują niebo. Któregoś wieczoru zadzwonił do niego Tomek, "świeżo upieczony" kolega z Towarzystwa.
- Właśnie odkryłem nową kometę! - krzyknął w słuchawkę podekscytowany, kazał Pawłowi natychmiast ustawić sprzęt do obserwacji i wytłumaczył, gdzie szukać "gwiezdnej nowości".

Pawłowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko ustawił lunetę i zaczął wypatrywać komety. Niestety, bez skutku. Zadzwonił więc do Tomka, by ten podał mu jeszcze raz dokładne wytyczne. Kiedy nawet one nie pomogły w poszukiwaniach, zatelefonował ponownie, że coś jest nie tak i że chyba koledze coś się po prostu przywidziało.
- Ty chyba chcesz mi zabrać moje odkrycie! - wkurzył się Tomek.

Wiadomo, takie odkrycie to nie lada gratka. Komu się to uda, staje się przecież sławny. No, ale przede wszystkim musi zgłosić ten fakt jak najszybciej komu trzeba. Tomek zadzwonił więc do prezesa Towarzystwa. Tyle że jemu też nie udało się nic na niebie "wypatrzyć". Tomek stwierdził, że wszyscy spiskują przeciwko niemu i postraszył prezesa, że zaraz zadzwoni do międzynarodowych stowarzyszeń astronomicznych, bo tam na pewno potraktują go poważnie.
Na domiar złego, sprawa rzekomego "odkrycia" zrobiła się już głośna wśród znajomych, którzy zamęczali Tomka telefonami, nie żałując mu złośliwości. Kilku nawet - w tym mój brat - postanowiło "pogratulować" mu osobiście i wpadło do niego do domu.
- Proszę bardzo, przekonajcie się sami - ruchem ręki obrażony Tomek wskazał im lunetę. Koledzy spojrzeli w okular i zamurowało ich. Kometa rzeczywiście była!

Już mieli winszować Tomkowi odkrycia, gdy nagle któryś z nich zaczął coś "majstrować" przy lunecie i zaraz wybuchnął śmiechem. Śmiał się tak, że nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Gdy w końcu się opanował, wszystko się wyjaśniło. Okazało się, że rzekoma kometa to nic innego, jak tylko... poświata ulicznej latarni padająca pod pewnym kątem na okular lunety. Szkoda, że ta w sumie zabawna historia zakończyła się raczej niewesoło. Udręczony docinkami kolegów, Tomek wystąpił z Towarzystwa.


Krzysztof z Mińska Mazowieckiego

Źródło: Wróżka nr 3/2001
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020