Jak wędruje nasza dusza

Świadomość istnieje we wszystkich wymiarach nadprzestrzeni...

Christian Barnard"Działo się to w połowie 1982 roku. Leżałem w jednej z prywatnych klinik Londynu wracając do zdrowia po ostrym zapaleniu wątroby. Moje łóżko stało blisko dużego okna. Minęła już dziewiąta wieczorem, w pokoju nadal było jasno. W pewnym momencie weszła jakaś kobieta. Zbliżyła się do mojego łóżka, położyła mi ręce na piersi i zaczęła mnie masować. Była bardzo szczupła i blada. Miała niebieskie oczy i siwe włosy. Kiedy nacisk jej rąk stawał się coraz silniejszy, chwyciłem ją za nadgarstki i odsunąłem łagodnie jej ręce od siebie. Zauważyłem, że są lekkie jak piórko. Wtedy kobieta uniosła się nad ziemią i wypłynęła przez okno."

Zszokowany pacjent nacisnął dzwonek wzywając pielęgniarkę. Ta jednak pojawiła się dopiero po dłuższej chwili, przepraszając za zwłokę. Tłumaczyła, że usłyszała dzwonek akurat w momencie, gdy umierała jedna z jej pacjentek.

"Gdy poprosiłem pielęgniarkę, by opisała mi wygląd zmarłej, z najwyższym zdumieniem usłyszałem, że była szczupła, miała niebieskie oczy i siwe włosy. A więc zobaczyłem widmo tej kobiety, gdy szła w zaświaty". Autorem tej relacji jest nie kto inny, tylko kardiolog, profesor Christian Barnard. Ten sam, który po raz pierwszy w historii medycyny dokonał udanego przeszczepu serca.

Po wyjściu ze szpitala dokładnie przebadał okoliczności tego niesamowitego zdarzenia i z całą odpowiedzialnością potwierdził je przed kamerami telewizji oraz na łamach najpoważniejszych pism medycznych świata. Choć zdawał sobie sprawę, że wystawia na szwank całą swoją karierę kardiochirurga. Ale to właśnie wyznania Bernarda nakłoniły fizjologa mózgu, laureata Nagrody Nobla, sir Johna C. Ecclesa do rozpoczęcia badań naukowych nad zjawiskiem "wędrującej świadomości".

Jak wędruje nasza dusza Opierając się na podstawowym w fizyce prawie zachowania masy i energii, wyszedł z założenia, że bioenergia człowieka nie może zaniknąć. Musi się gdzieś podziać, w myśl zasady, że w przyrodzie nic nie ginie, a ilość energii pozostaje zawsze ta sama. Pytanie tylko, czy energia naszej świadomości, po śmierci organizmu, pozostaje nadal całością, czy też błąka się po Wszechświecie rozbita na cząsteczki?

Zastanawiające było również dlaczego coś, co istnieje w formie żywotnej energii jest przez nauki fizyczne niedostrzegane. Teoretycznie problem rozwiązał David Bohm - angielski profesor fizyki teoretycznej. Na podstawie precyzyjnych obliczeń potwierdził istnienie we Wszechświecie przynajmniej dwunastu wymiarów, w jakich rozgrywa się nasza rzeczywistość. Przeprowadził też doświadczenie, które wykazało, że coś zupełnie fizycznego przestaje być widzialne.

Wyobraźmy sobie dwa cylindry, jeden w drugim, między które wlano oleistą ciecz, na przykład glicerynę. Kiedy jeden z cylindrów zaczniemy obracać, gliceryna również wprawi się w ruch wirowy. To nasz wymiar. Teraz do gliceryny wpuśćmy kroplę atramentu. Stopniowo rozciągnie się ona w cienką nić i wreszcie przestanie być widoczna.

reklama

Nikt i nic nie potrafi jej obecności wykryć, a przecież ona tam będzie. Nadal dla nas dostępna, pod warunkiem, że znajdziemy sposób na jej przywrócenie do naszego dostrzegalnego świata. Kiedy powoli zmienimy kierunek obrotu cylindra, po pewnym czasie najpierw się pojawi cienka nić atramentu, a potem "złożona" w całość kropla.

Skoro więc jest możliwy ruch materii za granicę dostrzegania i jej powrót, nic nie stoi na przeszkodzie, by działo się tak z naszą jednostkową świadomością. Pod warunkiem jednak, że jest ona przez cały czas "w jednym kawałku".

Przesłanki, że jest to możliwe przyniósł niespodziewanie przypadek trzynastoletniego chłopca, który uległ ciężkiemu wypadkowi. Choć umierał w szpitalu przez jedenaście dni, cały ten czas logicznie myślał i mówił. Po jego śmierci, w czasie sekcji zwłok, lekarze doznali szoku. Okazało się bowiem, że po wypadku mózg chłopca nie mógł funkcjonować, gdyż był zaatakowany przez wielki ropień i oddzielony od rdzenia kręgowego! Co więc mówiło i myślało?

Dwa lata później podobny przypadek miał miejsce w życiu młodego robotnika rolnego. Jego mózg i móżdżek uległy całkowitemu zniszczeniu w sensie fizycznym. A mimo to pacjent nie tylko mówił i myślał logicznie, ale nawet poprosił o zwolnienie go ze szpitala na dwa dni, by mógł uporządkować swe sprawy. Zaraz po powrocie z przepustki zmarł.

Opisane przez poważne gremia medyczne przypadki skłoniły innego badacza "wędrującej świadomości", neurologa Waltera Grey'a, do przeprowadzenia nieco makabrycznego eksperymentu. Z nieuleczalnie chorych pacjentów stworzył grupę, która podłączona elektrodami do monitorów nauczyła się je włączać myślą. Założenie badacza było takie: jeśli po śmierci mózgu świadomość nadal istnieje, to będzie mogła włączyć monitor, nawet kiedy zanikną rejestrowane czynności mózgu.

Jak się miało okazać już po śmierci pacjentów i całkowitym zaniknięciu fal na elektroencefalogramie na polecenie "włącz monitor" jakaś energia włączała go, dając tym samym znak z innych wymiarów. Doktor Grey stwierdził, że może to być ostatnie pozdrowienie zza kurtyny "nicości", dające znak, iż odchodzi tylko nasza fizyczna powłoka. Że pozostająca po niej świadomość może być wykorzystana do załatwienia całkiem przyziemnych spraw.

Kapitan Frederick Marryat był kapitanem okrętu amerykańskiej marynarki wojennej. Właśnie odbywał patrol na ogromnych przestrzeniach oceanu. Pewnej nocy do jego kabiny ktoś wszedł bez pukania. Okazało się, że był to jego brat. Nim kapitan zdążył zapytać, skąd się tu wziął, usłyszał słowa: "Fred, przyszedłem ci powiedzieć, że nie żyję", po czym postać rozpłynęła się w powietrzu. Kapitan natychmiast sięgnął po dziennik okrętowy i dokładnie wszystko opisał, nie zapominając o dacie i godzinie zdarzenia. Po powrocie na ląd dowiedział się, że właśnie dokładnie wtedy jego brat zginął w wypadku samochodowym!

Przeciwnicy teorii istnienia samodzielnej świadomości niezależnej od egzystencji biologicznej człowieka sugerowali, iż wypadki takie mogą być jedynie przejawem "najzwyklejszego" kontaktu telepatycznego. Osoba ginąca gwałtownie myśli o kimś najbliższym, a myśl ta trafia do mózgu żyjącego, pozwalając mu nie tylko na odebranie wiadomości, ale i zmuszając, by w swojej wyobraźni na chwilę zbudował obraz postaci. Byłoby to możliwe, gdyby nie setki takich przygód, jak ta, która przydarzyła się Henremu Purdy z Anglii.

Pewnej letniej nocy Henry nagle się przebudził i zobaczył przy oknie postać żony. Patrzyła na niego i wcale nie zamierzała wrócić do łóżka. Henry odruchowo sięgnął ręką tam, gdzie powinna leżeć jego żona. I... leżała. Spała spokojnie najwyraźniej nic nie wiedząc o swoim rozdwojeniu.

Inna przygoda przytrafiła się pani Olivii Sennerg. Pewnego dnia miała sen, w którym zobaczyła siebie w nowym domu, w Szkocji. Dom jej się podobał i postanowiła w nim zamieszkać. Był tylko jeden problem. Właścicielka domu ciągle przed nią uciekała. Ten sen powtarzał się kilka razy w miesiącu. Po dwóch latach firma pani Sennerg oddelegowała ją do pracy w Szkocji, wcześniej wynajmując jej dom od pewnej kobiety. Pierwsze spotkanie wprawiło w zdumienie obie panie: Olivia rozpoznała kobietę ze swojego snu, a właścicielka - "ducha", który od pewnego czasu nawiedzał jej dom.

Zdaniem fizyków z punktu widzenia fizyki kwantowej nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli bowiem świadomość człowieka istnieje, to musi się ona poruszać w nadprzestrzeni wszystkich wyliczonych teoretycznie dwunastu wymiarów. A tam nie istnieje nic takiego jak przyszłość i przeszłość, więc wszystkie zdarzenia zachodzą równocześnie.

Zatem Olivia Sennerg mogła odwiedzać swe przyszłe miejsce zamieszkania, nic o tym nie wiedząc. Wędrówka naszej świadomości poza czasem i przestrzenią jeszcze za życia może być wytłumaczeniem wszelkich zjawisk reinkarnacji i zupełnie racjonalnej zasady nieśmiertelności. Ale o tym następnym razem.


Jerzy Gracz

Źródło: Wróżka nr 3/2000
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020