Cud w Oławie

Kapłan z trudem opanował ogarniające go wzruszenie i chęć natychmiastowego ogłoszenia wiernym nowiny o kolejnym cudzie. Bo trzeba wiedzieć, że nie był to pierwszy znak Pana, którego doświadczyli wierni oławskiego sanktuarium.

Cud w OławieCzternaście lat wcześniej, 8 czerwca 1983 roku mieszkaniec podwrocławskiej Oławy, emeryt Kazimierz Domański przeżył pierwsze objawienie. W małej, skleconej przez niego naprędce altanie pojawiła się postać Matki Boskiej. Jak później zrelacjonował, przybyła, by go uzdrowić i za jego pośrednictwem przekazać całemu krajowi i Europie swoje przesłanie. Od tego czasu Kazimierz Domański doznał blisko trzystu objawień, a mocą daną mu przez Matkę Boską uzdrowił licznych wiernych, którzy od tamtego dnia tłumnie odwiedzali jego altanę.

Wieść o tych wydarzeniach rozeszła się po całym kraju błyskawicznie. Tłumy wiernych przybywające do świętego miejsca grubo przekraczały liczbę mieszkańców samej Oławy. Miejscowe władze robiły wszystko, by w jakiś sposób zniechęcić pielgrzymów. Ale wszelkie represje łącznie z aresztowaniami i wymierzanymi przez kolegium grzywnami nie dawały rezultatu. Publicznie ujawniono więc, że Kazimierz Domański cierpi na rodzaj padaczki pourazowej i uszkodzenie centralnego układu nerwowego, czego skutkiem mogą być zjawiska świetlne i halucynacje wzrokowe.

W czasie badań, w 1982 roku, wykryto też u niego krwiaka mózgu. Wspomniany komunikat przyniósłby spodziewany efekt, gdyby nie to, że pan Kazimierz poddał się, już po objawieniu, kolejnym badaniom w szpitalu specjalistycznym przy klinice Neurochirurgii Akademii Medycznej we Wrocławiu! Ich wynik zaskoczył samych lekarzy, a brzmiał: "Badania EEG nie dają żadnych podstaw do rozpoznania patologii centralnego układu nerwowego p. Domańskiego". W trzy lata później, 6 października 1986 roku, o godzinie siódmej rano, stojąca w altanie figura Niepokalanego Serca Maryi zaczęła płakać krwawymi łzami. Kiedy wieść o tym obiegła Oławę, do akcji wkroczyła milicja i... aresztowała figurę oraz Kazimierza Domańskiego.

reklama

Ksiądz KazimierzChcąc przyłapać wizjonera na gorącym uczynku, poddano jego ciało szczegółowym oględzinom, szukając miejsca skaleczenia, z którego mógł pobierać krew, by fabrykować krwawe łzy. Sama figura była także szczegółowo badana w Zakładzie Medycyny Sądowej we Wrocławiu. Wyników nigdy nie ujawniono. Wiadomo tylko, że krew pobrana z figury nie była krwią zwierzęcą lecz ludzką, ale nie Kazimierza Domańskiego. Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych w Oławie ograniczył się jedynie do suchego komunikatu: "...Informujemy, że w toku dochodzenia nie zebrano dowodów uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa (...) stąd ustały przyczyny dalszego zatrzymywania posągu". Po trzech miesiącach Matka Boska odzyskała wolność. Pod jej oczami widać było głębokie otwory - ślad po poszukiwaniach przez ekspertów ukrytych zbiorniczków.

Co najciekawsze, figura nadal krwawiła! Całe zdarzenie sprawiło, że nagle ustały wszelkie prześladowania Domańskiego i wiernych. Wyglądało to tak, jakby funkcjonariusze SB nagle się czegoś przestraszyli. Teraz już można było spokojnie przystąpić do budowy kościoła sanktuarium. I choć nie było to łatwe, po kilku latach zakończyło się powodzeniem.

Tymczasem kuria we Wrocławiu zakazała swoim księżom odprawiania mszy w nowym domu bożym. Władze kościelne, które przez 14 lat nie zdecydowały się na powołanie komisji do zbadania nadprzyrodzonych zjawisk w Oławie, z góry założyły, że wszystko, co dzieje się niejako bez ich zezwolenia, musi być oszustwem. Postawa ta dziwi tym bardziej, że zjawiska podobnych objawień we Włoszech, pod bokiem Watykanu, są natychmiast badane, zarówno przez władze świeckie jak i kościelne. U nas w takich przypadkach kończy się zazwyczaj na przestrogach kierowanych do duchownych i wiernych.

Ale wróćmy do chwili, kiedy ksiądz Kazimierz zobaczył w swoim kielichu zakrwawione hostie. Odłożył je bez słowa do tabernakulum i czym prędzej poszedł dokładnie obejrzeć swoje dłonie, czy nie ma na nich śladu skaleczeń. Były czyste, bez draśnięcia. Po cichu przeprowadził więc małe śledztwo, by upewnić się, czy nikt przed nim nie otwierał pancernego tabernakulum. Wprawdzie klucz do niego posiadał tylko on, ale lepiej było się upewnić, czy ktoś wcześniej nie dorobił duplikatu. Wychodziło na to, że nie.

Cud w OławieKsiądz Kazimierz Barzycki jest wprawdzie człowiekiem ogromnej wiary, ale posiada też duży zmysł praktyczny i postępuje z niezwykłą precyzją. Stara się ją zresztą zaszczepić wiernym. Ostatnio - specjalnie dla nich - opanował sztukę układania kostki Rubika. W 8 sekund! Nie chodzi tylko o zabawę. Zależy mu, by wszyscy zrozumieli, iż tak jak tę kostkę, tak i własne życie, przy odrobinie wysiłku, można poukładać. I choć każda jego strona zwrócona jest w innym kierunku - razem stanowią całość. Również gorącą wiarę w Pana można pogodzić z współczesną nauką i zrozumieć, że nawet w najrealniejszym życiu zawsze jest miejsce na cud. Przez całą noc ksiądz nie mógł zmrużyć oka.

Wreszcie nad ranem postanowił, że podzieli się z wiernymi wiadomością o zdarzeniu. Zrobił to na popołudniowej mszy. Ale choć był przekonany, że przyszło mu po trzydziestu latach kapłaństwa przeżyć prawdziwą łaskę cudu, to właśnie ta odpowiedzialność przed wiernymi i Bogiem ciągle siała w nim ziarna niepewności. Aż do sylwestrowej nocy 1997 roku. Tuż po północy, już po rozdaniu komunii, sięgnął po pozostałe opłatki, by przełożyć je na patenę i wyczyścić kielich. W tym momencie pod jego palcami hostia znowu zaczęła krwawić...

Oświadczenie księdza KazimierzaKsiądz Kazimierz nie miał już wątpliwości. W obecności ministrantów Jana, Krzysztofa i Kazimierza Domańskiego złożył pod przysięgą skierowane do kurii wrocławskiej oświadczenie: Odpowiedzialny przed Bogiem w Trójcy Św. Jedynym, przed Matką Bożą i Kościołem Świętym, rzymskokatolickim. Odpowiedzialny przed Ojcem Świętym Janem Pawłem II i moim Zwierzchnikiem, Ordynariuszem - J. Em. Ks. Kard. Henrykiem Gulbinowiczem - Metropolitą Wrocławskim, donoszę co następuje: Sam Pan Jezus na sobie uczynił znak zakrwawionych Hostii. A było tak:

8 XII 1997 r. przed rozpoczęciem głównej Mszy Św. o godz. 12 rozdawałem Komunię Św. w Kaplicy Miłosierdzia Bożego. W tabernakulum stwierdziłem leżącą na korporale dużą białą Hostię (wyjęta z monstrancji po nocnej adoracji - brakowało kustodii). Komunikanty brane z cyborium - puszki też wszystkie były białe, dlatego stanowczo twierdzę, że do czasu otwarcia tabernakulum podczas rozdawania Komunii Św., nikt nie otwierał tabernakulum, aby tam zakrwawić Hostie: jedną dużą i dwie małe, bo kluczyk od tabernakulum miałem cały czas przy sobie w czasie Mszy Św. Przy otwarciu tabernakulum, kapłan niemiecki O. Konrad stwierdził zakrwawione Hostie i natychmiast pokazał ministrantom i Kazimierzowi Domańskiemu, na oczach wiernych... Zaraz odśpiewano Te Deum...

Drugi Cud Eucharystyczny jest całkowicie związany z moją osobą. Sam nakładałem do kielicha zakonsekrowane komunikanty w sobotę 27 XII i stwierdziłem, że są wszystkie białe. Natomiast rozdając Komunię Św. w noc sylwestrową - na Mszy Św. po północy, gdy wyjmowałem resztę komunikantów, aby kielich wypuryfikować - ostatni komunikant zakrwawił na moich oczach /.../.
ks. Barzycki Kazimierz

Oświadczenie to wysłał do kurii w nadziei, że ktoś przyśle komisję do zbadania okoliczności cudownego zdarzenia. Niestety, nic takiego się nie stało. Za to ks. bp Pazur z Kurii Metropolitalnej we Wrocławiu uznał za stosowne przypomnieć, że msze w Oławie odbywają się nielegalnie, a księdzu Barzyckiemu za złamanie zakazu może grozić nawet ekskomunika! Ks. Kazimierz nie bardzo rozumie, jak spotkania wiernych z Bogiem mogą być nielegalne, ale bardzo martwi się postawą swych wyższych władz.
- Proszę popatrzeć - prowadzi mnie do jednej z kaplic kościoła. - Tu stoją kule tych, którzy ledwo tu przyszli prowadzeni przez rodziny, a odeszli o własnych siłach. A tu cały stos okularów ludzi, którzy wyleczyli wzrok.

Ksiądz nie bardzo wie, co o tym sądzić. Nie zna się na medycynie. Nie zaprzecza, że cudowne ozdrowienia, które mają tu miejsce mogą być spowodowane autosugestią popartą głęboką wiarą. Ale jakie to ma znaczenie. Liczą się fakty i te fakty należy dokładnie zbadać. Kapłan jest gotowy do wszelkiej współpracy. Nie ucieka nawet przed wahadełkiem, którym bada go towarzysząca mi warszawska wróżka i znawczyni zjawisk ezoterycznych - Iza. Gwałtowne ruchy wahadełka nad jego dłonią wykazują ogrom energii płynących z jego wyższych czakramów. Aura wokół księdza zdaniem Izy wskazuje to na bardzo rozwiniętą duchowość graniczącą z dobrotliwą naiwnością i łatwowiernością. To wprawdzie eliminuje go z kręgu oszustów, ale też sprawia, że łatwo sam mógłby paść ich ofiarą. Na drzwiczkach tabernakulum nie ma śladów włamania, a jedyny klucz do pancernego schowka jest w posiadaniu księdza.

Drugi cud (z 31.12.97) dokonał się na hostiach, które z całą pewnością były białe przed włożeniem ich do kielicha. Krew znalazła się na ich obrzeżach dopiero, gdy ksiądz ich dotknął! Nikt więc wcześniej nie mógł tego zrobić, nawet gdyby jakimś cudem dostał się do tabernakulum. Odpada też wersja o gwałtownym rozwoju kolonii bakterii, zawartych w mące, z której przygotowano hostię, barwiących ją na czerwono. Gdyby tak było, kolonia rozwijałaby się nadal (opłatki przechowywane są cały czas w tych samych warunkach) barwiąc na czerwono coraz większą ich powierzchnię. Tak się nie dzieje, choć od dnia cudu minęły prawie dwa miesiące! Czymże są więc te czerwone plamy?

Odpowiedź na to pytanie może dać jedynie szczegółowa analiza chemiczna. By ją jednak przeprowadzić, ktoś musiałby powołać komisję badającą sprawę cudu i za badania zapłacić. Na razie nie ma chętnych. Ci którzy wierzą, nie potrzebują badań. Kpiący z tajemnych mocy na wszelki wypadek wolą pozostawić sprawę bez wyjaśnienia. Jeśli jednak ktoś wreszcie zdecyduje się na rozwikłanie tajemnicy, stanie przed naprawdę ciekawym problemem. Do czego np. porównać próbki krwi z hostii? Czy ktoś zna grupę krwi Chrystusa?


Jerzy
Gracz

Źródło: Wróżka nr 4/1998
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020