Bezkrwawa operacja

Jose Segundo dopadłam w Kaliszu, gdzie przez dwa dni przyjmował pacjentów przed oficjalnym pokazem na Festiwalu Ezoterycznym w Nowej Hucie.

Poprosiłam Filipińczyka, którego specjalnością są operacje samymi dłońmi bez skalpela, by pozwolił mi asystować przy kilku zabiegach. Pertraktacje w mojej sprawie prowadziła tłumaczka.
- Najpierw musi obejrzeć twoją aurę - oświadczyła. - Jeśli będzie w porządku, nie zakłócisz mu pola energetycznego. Wówczas pozwoli ci zająć miejsce bezpośrednio przy kozetce, na której przeprowadza zabiegi. Stanęłam w drzwiach. Segundo spojrzał na mnie. Miałam wrażenie jakby jego skośne oczy przewiercały mnie na wylot. Potem uśmiechnął się i zaprosił szerokim gestem do wezgłowia kozetki.

Pierwszym pacjentem był kilkunastoletni chłopiec z poważną wadą oczu. Obserwowałam dłonie Filipińczyka i jego pomocnika. Były na pewno puste. Nawet duże pierścienie, które zwykle nosi na palcach, teraz leżały na tacy, obok wody i oliwki...

Po chwili skupienia Segundo zaczął "myszkować" palcami po powiekach chłopca. Za chwilę trysnęła krew. W jego palcach zobaczyłam oko chłopca. Trwało to ułamek sekundy. Coś tam ściągał, coś wyciągał... Asystent szybko przemył wacikami umoczonymi w wodzie okolice oczu. Segundo dotknął środkiem dłoni czoła chłopca i posadził go na kozetce. Ten rozglądał się zdumiony dookoła...
Następny pacjent to 5-letni chłopiec z retinopatią. Zupełnie niewidomy.

- Panie Sfilipińczyku, panie Sfilipińczyku, proszę mi nie grzebać w oczkach - krzyczał, kiedy uzdrawiacz zatopiony w myślach i nieobecny trzymał nad nim dłonie w modlitewnym geście. Tylko jego asystent przemywał oczy chłopca wodą. Tym razem nie było krwi. To był już trzeci zabieg u tego dziecka. Postawiony na podłodze malec - zapytał na pożegnanie. - Czy wszystkim pan wpuszcza takie światełka do oczu?
- Czy on będzie widział? - zapytałam.
- Trzeba cierpliwości i modlitwy, ale nadzieja jest. To bardzo poważny przypadek.

reklama

Kobieta z dużą nadwagą i problemami hormonalnymi poddaje się palcom healera. Przez chwilę zagłębiają się w jej w brzuchu. Potem przeskakują po różnych punktach. Znów chwila skupienia. Potrzebny jest jeszcze jeden zabieg... mówi Segundo.
- Bałam się, co to będzie, gdy on mi otworzy brzuch, a potem nie potrafi połączyć powłok brzusznych - zwierza mi się potem. - Ale gdy tylko dotknął dłonią mego czoła, strach minął. Czułam jakby mi coś wyciągał z brzucha, coś tam przestawiał. Po trzech tygodniach - znów jestem w Kaliszu, gdzie ponownie przyjmuje Jose Segundo. Rozmawiam z tą samą kobietą. Wydaje mi się jakby odrobinę smuklejsza. Ona sama twierdzi, że straciła już parę kilogramów i nie ma zupełnie ochoty na niektóre potrawy. Inna pacjentka Jose Segundo - Jola Sturgólewska - rozpowiada uradowana, że po zabiegu pozbyła się sporego guzka piersi.

Znana malarka obrazów ezoterycznych - Halina Szejak z Pabianic - przyjechała podziękować Filipińczykowi, za "usunięcie" kamieni żółciowych. Potwierdziło to badanie USG. Najbardziej chyba przekonujący jest przypadek pana Jarosława Kalińskiego z Łodzi, który z powodu złamania z rozszczepieniem kości ramieniowej poddał się dłoniom Segundo. Zdjęcia rentgenowskie wykazały, że kość w ciągu kilku dni zrosła się bez śladu. Niepotrzebna też była długotrwała rehabilitacja.

Filipiński uzdrowiciel podkreśla, że jest tylko narzędziem w rękach Boga. "Uzdrawia Bóg". Dlatego potrzebna jest wiara i modlitwa - powtarza. - Każdy człowiek ma zapisany tam w górze swój ziemski czas. I jeśli przyszła na niego pora, to nic nie pomoże - mówi spokojnie. - Ale nawet wtedy nie odmawiam pomocy. Byłoby to nieludzkie. Można przecież ulżyć choćby cierpieniom. Najczęściej wtedy bywa tak, że komuś usunę np. rakowatą tkankę, a on za parę dni umiera na zawał lub ginie w wypadku samochodowym.

Czy zawsze wie, ile komu życia pisane? Wie. Jeżeli po kilku zabiegach choroba nie mija, a człowiekowi pisane jest życie - wówczas trzeba zrobić egzorcyzmy. Na Filipinach są one połączone z krwawą ofiarą i zabiciem psa.
- Dla was Europejczyków brzmi to okrutnie. Ale przecież głosicie, że życie i zdrowie ludzkie jest bezcenne - mówi Jose z delikatnym uśmiechem na ustach. Trudno uwierzyć, by mógł skrzywdzić jakiekolwiek stworzenie.


Anna Głogowska


Krótki ucisk i palce lekarza bez najmniejszego oporu zagłębiają się w ciele pacjenta. Brunatnoczerwona krew zalewa wszystko wokół miejsca zabiegu, a wprawne dłonie buszują bezkarnie po wnętrzu jego ciała, by w chwilę później zręcznie wydobyć na zewnątrz część chorej tkanki. Wszystko dzieje się tak szybko, że nawet pacjent nie jest się w stanie zorientować, czy operacja jeszcze trwa, czy już dobiegła końca. Mimo że przez cały czas pozostaje przytomny, a przed zabiegiem nie otrzymuje żadnych środków znieczulających, ani przez moment nie czuje bólu. Jakby na tę jedną chwilę cały jego system nerwowy wraz z miliardami receptorów przestał działać!

Jose Segundo, filipiński uzdrowiciel czy raczej "chirurg ludowy" jest chyba jedynym człowiekiem w wypełnionej po brzegi sali Nowohuckiego Centrum Kultury, który w tych zabiegach nie dostrzega niczego nadzwyczajnego. W jego ojczyźnie tzw. bezkrwawe operacje, czyli bez użycia skalpela, a także zespołu anestezjologów, sprzętu monitorującego, lśniących narzędzi i całej medycznej oprawy zachodnich szpitali są czymś naturalnym. Od dziesiątków pokoleń praktykuje się je na Filipinach. Zadziwiające zjawisko operacji bez użycia skalpela badane było przez zachodnich medyków odkąd hiszpańscy żeglarze rozpoczęli kolonizację filipińskich wysp. Przez dziesiątki lat żaden ze specjalistów nie potrafił wyjaśnić związanych z operacjami tajemnic. Jedni uznawali to za sztuczki typowe dla iluzjonistów. Inni doszukiwali się w tym śladów czarnej magii.

Na poważnych badaczy i dokumentalistów musiały one poczekać aż do drugiej połowy XX wieku. Szybko okazało się, że przebiegają na dwa sposoby. Pierwszy, prostszy jest faktycznie rodzajem iluzjonistycznego spektaklu. Ma on na celu wyzwolenie w chorym - za pomocą silnej sugestii - ogromnych sił, które tkwią nie wykorzystane w każdym z nas. Filipiński "lekarz" nie przecina dłońmi skóry pacjenta. Sugeruje mu jedynie, że tak się właśnie stało. By jego przekonanie o tym jeszcze wzmocnić, rozgniata ukrytą w dłoni ampułkę z farbą lub zwierzęcą krwią i przez moment pokazuje pacjentowi jakiś - też zwierzęcy - organ, który ma być ową chorą tkanką wydobytą z organizmu. Wszystko jest więc czystą iluzją, ale - o czym warto pamiętać - iluzją prowadzącą do samouleczenia się przekonanego o prawdziwości operacji pacjenta.

Najbardziej jednak interesująca częścią filipińskich zabiegów są te, w których faktycznie uzdrowiciel rozcina ciało pacjenta za pomocą dłoni. Wieloletnie badania tych zjawisk doprowadziły część uczonych do wniosku, iż filipińscy lekarze wykorzystują zjawisko, o którym współczesna nauka wie dopiero od niedawna! Otóż okazało się, że cząsteczki atomów tworzących miliardowe wiązania tkanek, nie są połączone absolutnie trwale i nierozerwalnie. Każde wiązanie posiada punkt stanowiący swoistą "piętę Achillesową" - miejsce, które pod wpływem umiejętnie skierowanych sił otworzy się niczym zamek błyskawiczny. Kiedy siły te przestaną działać, równie łatwo potrafi się zamknąć. I właśnie tę właściwość wiązań międzycząsteczkowych (siły Van der Waalsa) wykorzystują filipińscy chirurdzy.

Wchodząc w trans, przy ogromnej koncentracji, wyzwalają wokół swoich dłoni bioenergię, która stanowi dla tych wiązań swoisty lancet. Kiedy po zabiegu odsuwają dłonie, tkanka automatycznie się "zsuwa". Pacjent nie czuje bólu, ponieważ rozejście się tkanki odbywa się bez pogwałcenia jej naturalnych struktur i komórki nerwowe nie widzą powodu do wszczynania alarmu. Ta sama energia - zdaniem zwolenników tej teorii - potrafi naprawić wiązania i zwyrodnienia chorych tkanek. Natomiast mechanizm tej naprawy nadal pozostaje tajemnicą. Tajemnicą, której nie znają także sami uzdrowiciele. Im jednak wystarcza świadomość, że taka moc istnieje i że działa.


Krystian Zielba

Źródło: Wróżka nr 8/1997
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019