W blasku bursztynów

W promieniach ostrego wiosennego słońca bryła bursztynu ożywa. Moim oczom ukazuje się - zatrzymany w kadrze przed milionami lat - mikroświat jakiegoś pradrzewa. 

 

Zastygłe w skamieniałej żywicy fragmenty dawnego świata - resztki roślin, owady - są dodatkową atrakcją bursztynowej biżuterii.

Jego żywiczne soki - niczym łzy wzruszenia - płynęły leniwie... Porywały drobiny próchnicy, resztki liści i uśpione owady, nie przeczuwające lepkiego zagrożenia. Ale przecież, zamknięte w skamielinie, odtąd będą żyły wiecznie. Uwięziła bowiem także ich dusze, o ile ją w ogóle miały. Na pewno jednak tę cząstkę energii, która sprawiała, że mogły się poruszać, jeść i rozmnażać...
Henryka Sutkowska, prezes firmy "Polsrebro" z Warszawy i miłośniczka bursztynu, wierzy, że właśnie ta energia nadaje mu niezwykłe właściwości.
Oglądam przepiękne okazy zastygłej żywicy. Skąpo otulona srebrem, szlifowana bryła na grubym sznurze, zdobi dekolt Henryki, a przegub jej ręki - wielka bransoleta z podłużnym okiem barwy spadziowego miodu. Całą długość kciuka zajmuje pierścień.
- To jest biżuteria tylko do celów reklamowych - tłumaczy pani prezes. - Żeby było wiadomo, że wizytówką firmy są bursztyn i srebro. Na co dzień trudno coś takiego nosić - śmieje się. - Za ciężkie i niewygodne.
Warto za to zapatrzyć się w żywiczną głębię bursztynu. Podświetlona, ukazuje prawdziwie zaczarowany świat.
- Zobacz, tu w dole, zastygły drzazgi drewna. Wyglądają jak góry - Henryka podsuwa mi pod oczy bryłkę oszlifowanej skamieliny. - Nad nimi unoszą się bąbelki powietrza. Razem wygląda to jak podmorskie górskie pasmo. Zresztą, każdy dojrzy tu coś innego, swojego...



Kamienie odpowiedniej wielkości i koloru do Bursztynowej Komnaty dobierano kilka lat.

- Lubię medytować w samotności z bursztynem, nic tak nie koi moich nerwów po ciężkim dniu - mówi Henryka. Zmienia biżuterię na "wygodniejszą": naszyjnik z miodowomlecznymi bursztynami, do tego klipsy i bransoletka. Co chwilę będzie dotykać największego wisiorka przy naszyjniku.
- Robię to odruchowo - tłumaczy. - Bursztyn daje wrażenie ciepła. To tak, jakbym dotykała ciepłego, miłego ciała. A przy okazji neutralizuje dodatnie ładunki.
- Skąd wzięła się miłość do żywicznej skamieliny? - pytam. Henryka jest bowiem kolekcjonerką jej pięknych okazów.
- Skoro jestem Koziorożcem, znakiem ziemskim, muszę kochać wszystko, co z ziemią związane - tłumaczy. - Także srebro, chociaż ono jest zimne. Ogrzane bursztynem daje niepowtarzalne kompozycje. Nie sposób się im oprzeć...
Że potrafią kogoś oczarować, przekonała się nie raz. Na przykład, kiedyś, na targach w Luksemburgu, jakiś klient uparł się, by Henryka sprzedała mu wisior zdobiący jej dekolt.
- Kosztował nie więcej niż 20 dolarów - wspomina - a ten facet dawał mi tysiąc. Odmówiłam, bo za nic nie zrezygnuję z biżuterii, z którą jestem emocjonalnie związana. Ale bywa, że jeżeli komuś podoba się jakiś mój bursztynowy drobiazg, to mu go po prostu oddaję.
Z naturą związana jest od wczesnego dzieciństwa. I choć od wielu lat mieszka w Warszawie, obrazy łąk, złocistych łanów zbóż i ich niepowtarzalne zapachy tkwią jak żywe w jej pamięci. Wraca do nich, kiedy dopadają ją smutki i nostalgia. Bywa, że siada wtedy za kierownicą i pędzi w okolice Nałęczowa. - Bo przypominają mi Trzebieszów - rodzinną wieś na Podlasiu - mówi w zadumie. - Jest tam tak samo pięknie.
  Miała być chłopcem. Tak sobie wymarzył jej ojciec, także Koziorożec. Tymczasem Bóg, który zesłał mu już trzy córki, znowu obdarzył go dziewczyną. Czy to, że ochrzcił ją męskim imieniem - Henryka - miało mu dać namiastkę upragnionego potomka? Trudno powiedzieć. Dość, że dziewczyna była potem jego oczkiem w głowie. Jako jedyna spośród sióstr odziedziczyła charakter ojca, jego konsekwencję i upór. Także niespożytą energię i pracoholizm, czyli wszystkie cechy właściwe typowym Koziorożcom.
Nie znaczy to jednak, że było jej łatwiej. Dwie identyczne natury musiały się ścierać. Nieraz więc przebijała się przez ojcowskie zakazy. Ale ona zawsze to lubiła.
- Im jest trudniej, tym ciekawiej - taką właśnie zasadę wyznaję - mówi Henryka. - Tata też tak uważał. Żył 94 lata i potrafił się z losem boksować. Był młynarzem, jak jego ojciec. Mielił w swoim wiatraku zboże okolicznym rolnikom. Godzinami potrafiłam się wpatrywać w jego wirujące skrzydła.
Przyszły lata 50. Życzliwi donieśli socjalistycznej władzy, że ojciec Henryki - kułak - mieli nocami zboże. Przyszło trzech ponurych panów w długich gabardynowych płaszczach.
- Albo zdejmiesz skrzydła z wiatraka, albo idziesz za kratki - taki dali mu wybór. Byłam wtedy przerażona, co z nami będzie. Ojciec zdjął te skrzydła. I nigdy już ich nie założył. Wiatrak niszczał i wreszcie został rozebrany w końcu lat 60. Tak sobie dzisiaj myślę, że tamta historia ze skrzydłami w jakiś symboliczny sposób odcięła mnie od sielankowego wiejskiego dzieciństwa...
Henryka skończyła technikum i od razu rzuciła się w wir życia samej stolicy.
- Rozpoczęłam karierę zawodową od pracy w PZL - wspomina. Ale dobry Bóg wiedział, że miejsce Henryki jest gdzie indziej. W 1978 roku skierował jej kroki do kombinatu "Polsrebro". Tam właśnie stanęła oko w oko z bursztynem. Był jak wyrwana z podświadomości tęsknota za matką ziemią z czasów dzieciństwa.
- Zaczytywałam się historiami sprzed wieków o szlaku bursztynowym, o tym, jak wydobywano tę drogocenną, skamieniałą żywicę. Poznawałam współczesne sposoby. "Polsrebro" miało wtedy wyłączność na wydzieranie jej ziemi - wodą pod ciśnieniem.


Wśród znakomitych dzieł sztuki wykonanych z bursztynu znajdują się również takie, które pełnią funkcję użytkową.

Henryka ukończyła wszelkie możliwe kursy, by o bursztynie i srebrze wiedzieć możliwie wszystko. Nic w tym dziwnego - Merkury z Marsem w znaku Koziorożca czynią z niej typ badacza, osobę skrupulatną, która nie pozwoli sobie na ryzykanctwo i improwizację.
Praca ją uskrzydlała, chociaż musiała całe tygodnie spędzać w podróżach, wizytując rozrzucone po kraju złoża żywicznej kopaliny. A przecież miała męża i syna (Mars w Koziorożcu dodaje jej sił).
Ambitna pani Koziorożec postanowiła sięgnąć po władzę i wygrała w 1987 roku konkurs na dyrektora kombinatu "Polsrebro". A gdy na fali przemian został, w październiku, dwa lata później, rozwiązany, doprowadziła do usamodzielnienia się rentownych zakładów. Przynoszące straty wzięła pod swoje skrzydła. Po roku wyprowadziła przedsiębiorstwo na prostą. Zaczęła prywatyzować firmę. I wtedy, w październiku 1991 roku, dopadło ją to nieszczęście. Mąż nie przeżył operacji serca.
- Zostałam sama ze studiującym synem - wspomina Henryka. - Ale nie mogłam sobie pozwolić na rozpacz. Proces prywatyzacji "Polsrebra" był na finiszu.
W grudniu tego samego roku firma została przekształcona w spółkę z o.o.
- Ale kiedy wracałam do pustego domu, łzy płynęły same... - pozwala sobie na chwilę słabości. - Więc nie wracałam - dodaje za chwilę twardym głosem. - Po pracy zajmowałam się do późnej nocy remontem domu, który teściowa podarowała synowi. Zrywałam się o piątej rano, by wydać dyspozycje robotnikom i jechałam do firmy. Ale były jeszcze niedziele - bardzo samotne. Pustka po ukochanym człowieku stawała się nie do zniesienia. I wtedy przyszedł sen.
- Parę tygodni po śmierci, pod koniec listopada, przyśnił mi się mój mąż - wspomina. - Stał około trzech metrów przede mną. Patrzył chwilę, po czym powiedział: "Daj wreszcie spokój z tym płaczem. Poradzisz sobie na pewno. Żyj normalnie, mnie tutaj jest dobrze..." To mnie postawiło na nogi.
Henryka wierzy swoim snom. Często bywały prorocze.
- Mąż albo teściowa ostrzegają mnie w snach, że powinnam się kontrolować, by nie popełnić błędów. To zawsze się zdarza, kiedy czeka mnie podjęcie poważnej decyzji.
W prezes Sutkowskiej drzemie prawdziwy twardziel. Nie może być inaczej, jeśli ktoś jak ona ma Księżyc w Baranie, a ascendent w Skorpionie. Do tego dochodzą wpływy wspomnianego już Słońca i Marsa w Koziorożcu. Pewne więc jest, że jak sobie pani prezes coś umyśli, musi tak być. I już! W bitwie na słowa zawsze wygrywa.
Wiedzą to pracownicy, wiedzą partnerzy w interesach.
Prywatnie jest ciepła i chętna do pomocy. Tę wrażliwość na ludzkie nieszczęście daje jej Wenus w Rybach. - Praca pochłania mnie w pełni - mówi Henryka. - Mam wielu przyjaciół, ale się z nikim nie wiążę na stałe. Wolny czas poświęcam na działalność charytatywną w Radzie Pań - przedwojennej organizacji, która została reaktywowana w 1994 roku. Rada wspiera finansowo i rzeczowo domy dziecka, organizuje maluchom z ubogich rodzin letni wypoczynek. Jest jeszcze Fundacja Paderewski Im Memoriam, której Henryka jest współfundatorem.
Bo uwielbia muzykę poważną.
- Ładne wnętrza, dobra muzyka w mistrzowskim wykonaniu i bursztyn zaciśnięty w dłoni leczą moją duszę - mówi głosem rozmarzonego melomana.
Od niedawna ma jeszcze jedną miłość - bursztyn zielony. Zachwycały się nim w Chicago panie ze Związku Polek w Ameryce, zrobiona z niego biżuteria szła jak ciepłe bułeczki na tamtejszych targach.
- A teraz pokażę Ci najlepszy lek na świecie... To bursztynowa nalewka. Mnie pomaga na wszystko. Nawet rozwesela, bo zrobiona jest na spirytusie - śmieje się i robi porozumiewawcze oko. Po chwili znów dotyka dłonią bursztynowego wisiorka i gładzi go delikatnie...

Ewa Rącza

 

reklama
Źródło: Wróżka nr 4/2003
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl