Rok niespokojnego słońca

 Czy zaburzenia elektromagnetyczne, wywołane następstwami zeszłorocznego zaćmienia Słońca, a teraz wybuchów na naszej gwieździe mogą być przyczyną katastrof lotniczych? Wiele wskazuje, że tak. Teraz właśnie mamy okres niespokojnego Słońca. I od września ubiegłego roku zdarzyło się kilka poważnych katastrof lotniczych i kilka tzw. "sytuacji nadzwyczajnych", czyli zagrożeń w ruchu lotniczym. Miały też miejsce dwie wielkie katastrofy kolejowe. Razem pochłonęły one około tysiąca ofiar śmiertelnych. Czy są to efekty zaburzeń elektromagnetycznych wywołanych plamami na Słońcu? Pewne okoliczności pozwalają właśnie tak sądzić...

Rok niespokojnego słońcaChuck Yeager, jeden z najsłynniejszych amerykańskich pilotów myśliwców USA AF w czasach II wojny światowej i wojny koreańskiej oraz pilot-oblatywacz wielu maszyn o napędzie odrzutowym i rakietowym twierdził, że za katastrofy lotnicze w 90 procentach odpowiedzialny jest człowiek.

- Jeżeli zawiedzie technika, to na ogół pilot - jeśli ma dostateczną wiedzę, mocne nerwy i nie straci głowy - może spokojnie sprowadzić maszynę na ziemię. Nawet samolot pasażerski! Dlatego najwięcej katastrof powoduje "czynnik ludzki" - lotnik, który czegoś nie wiedział albo nie potrafił się opanować - przekonywał ekspert.

Za czasów Yeagera nie wiedziano jednak, że największe nawet umiejętności i opanowanie nie wystarczą, jeśli pilot akurat danego dnia jest apatyczny, nie może się skoncentrować, a każdą czynność wykonuje z trudem. I to bynajmniej nie z powodu nocnej hulanki. Takie dziwne stany zmęczenia, często połączone z lękiem, biorą się znikąd i mijają po jednym, dwóch dniach. Tyle, że dni te mogą być najważniejsze...

Niebezpieczne plamy

Jeszcze na początku XX stulecia niektórzy fizjologowie wiązali apatię, niezborność motoryczną i zaburzenia nerwowe z plamami na Słońcu. Pogląd ten przez wiele lat lekceważono. Jednak w 1985 roku w "The Lancet", największym światowym periodyku lekarskim, ukazały się doniesienia o wyraźnym wpływie szybkozmiennych pól elektromagnetycznych na organizm ludzki. Jeśli mają odpowiednią moc, mogą powodować zaburzenia nawet wtedy, gdy działają z dużej odległości, np. ze Słońca. Naukowcy sporządzili zestawienie katastrof lotniczych i lat tzw. niespokojnego Słońca, czyli okresów, kiedy zaburzenia elektromagnetyczne, wywołane eksplozjami w jego koronie, osiągają maksimum.

reklama

Okazało się, że właśnie wtedy częstotliwość wypadków lotniczych jest wyraźnie wyższa, niż kiedy na Słońcu panuje spokój. Ale w dwóch przypadkach rok niespokojnego Słońca nastąpił przed katastrofami. Dlatego do dziś hipotezy te uchodzą za "wysoce prawdopodobne, ale nie całkiem udowodnione." Nie ma się jednak czemu dziwić - badania prowadzili naukowcy. Nikt nie pytał o zdanie pilotów. - Widziałem "sytuacje nadzwyczajne", z których facet za sterami wyprowadzał maszynę w takich okolicznościach, że z ziemi dawano mu 5, w najlepszym razie 10 procent szans. W końcu większość zależy od pilota... - upiera się Yeager.

Ale wyprowadzenie samolotu z sytuacji beznadziejnej można przecież zawdzięczać wyjątkowo szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. A że wielkie katastrofy zdarzały się już po zakończeniu roku niespokojnego Słońca? Być może długotrwałe zaburzenia elektromagnetyczne powodują trwalsze efekty, niż się przypuszcza? W końcu nikt dotąd nie przeprowadził długofalowych badań tej kwestii...

Katastrofa w Argentynie

Argentyński Boeing 737 prywatnych linii lotniczych LAPA, który 1 września 1999 roku miał lecieć z Buenos Aires do Cordoby, opóźniał start. Przy lewym silniku pracowali mechanicy. Turbina "nie wydawała mocy". Już przy poprzednim locie były z tym problemy. Nic dziwnego - maszyna miała 30 lat i należał się jej kapitalny remont. Wprawdzie po 60 tys. km przelotu dokonano dokładnego przeglądu, usunięto wszystkie usterki i wymieniono zużyte podzespoły. Od tego czasu samolot przeleciał kolejne 10 tys. km. Ale aż do tej chwili większych problemów nie było. Feralnego dnia, około 20.45, ekipa techniczna zdecydowała, że boeing jednak poleci. Wieża dała zgodę.

Samolot podjechał na stanowisko startowe, osiągnął 3/4 mocy, potem całą na próbie ciągu, więc załoga przełączyła sterowanie silnikami na moc startową. Kiedy jednak maszyna nabrała rozpędu, w lewym silniku coś strzeliło i obroty spadły do zera. Z prędkością 200 km na godzinę maszyna przeleciała przez pas startowy, przerwała ogrodzenia lotniska i wpadając przez pole golfowe na autostradę, stanęła w ogniu. Przeżyli tylko nieliczni, którzy zdołali uciec przez jedyne nie zablokowane drzwi. Zginęło 80 osób - jedni spłonęli żywcem, inni zmarli w szpitalu od poparzeń. Niektórych w ogóle nie można było zidentyfikować. Ocalały - choć poparzone - 23 osoby. Oficjalna przyczyna katastrofy - awaria lewego silnika. Uratowani twierdzili, że zaraz po lewym stanął także prawy silnik...

Samobójstwo czy wypadek?

Dwa miesiące później, 31 października 1999 roku Boeing 767 EgyptAir szykował się do powrotnego lotu do Kairu przez Londyn, Paryż i Frankfurt. Załoga nie sygnalizowała żadnych problemów. Maszyna - stosunkowo nowa - pierwszy remont eksploatacyjny miała mieć za dwa lata. Na pokładzie samolotu było 217 osób. Jedna się spóźniła - Amerykanka, wiceprezes wielkiego koncernu. Potem, usłyszawszy o katastrofie, zamówiła 100 mszy w katedrze św. Patryka w Dublinie - w podzięce za ocalenie i w intencji tych, którzy zginęli.

Na razie jednak nic nie zapowiadało tragedii. Maszyna wystartowała z lotniska JFK w Nowym Jorku, weszła na pułap przelotowy, osiągając prędkość podróżną i 5 minut później... zniknęła z ekranów radarów. Nie pomogły wywoływania i lot patrolowy myśliwca, by sprawdził, co się właściwie z samolotem stało. Żadnych śladów nie znaleziono. Boeing runął do Atlantyku. Nikt się nie uratował. Analiza czarnej skrzynki ujawniła, że maszyna nagle załamała tor lotu i spadła jak kamień w wodę. Czyżby zamach terrorystyczny? Wydawało się to prawdopodobne, bo natychmiast odezwały się liczne organizacje, chętne do przyjęcia odpowiedzialności.

Eksperci z FBI przesłuchując taśmę z "czarnej skrzynki" nie wierzyli własnym uszom. Poprosili więc o współpracę specjalistów z CIA i arabistów z Harvardu. Ci nie mieli wątpliwości. Na chwilę przed śmiertelnym nurkowaniem pierwszy pilot zaczął odmawiać arabską modlitwę za umarłych. Czyżby więc samobójstwo? Do tej pory EgyptAir i specjaliści z Federal Air Security (FAS) - amerykańskiej organizacji rządowej zajmującej się bezpieczeństwem ruchu lotniczego - nie wydali oficjalnego komunikatu. Sprawa jest wyjątkowo niejasna, a w sądach znalazły się już pierwsze pozwy rodzin ofiar.

Rozbity o fale

Kenijski Airbus A-300 lecący do Abidżanu 1 lutego 2000 roku zaczął schodzić z pułapu lotu, zmieniając korytarz powietrzny. Nad morzem, już u Wybrzeża Kości Słoniowej, nagle zniknął z ekranu radarów. Okazało się, że zaczepił o... fale i po prostu rozbił się o powierzchnię wody. Ze 168 osób znajdujących się na pokładzie, ocalało 10. Czarna skrzynka nie wykazała żadnych uszkodzeń silników. W tym typie samolotu system sterowania przy lądowaniu jest kontrolowany przez komputer pokładowy. Wyglądało na to, że maszyna po prostu zeszła zbyt nisko. Zamach terrorystyczny? Według specjalistów izraelskich, którzy pomagali Kenijczykom w ustaleniu przyczyn katastrofy, nie jest to wykluczone, chociaż mało prawdopodobne.

Źródło: Wróżka nr 5/2000
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl