Odnalazłem, bo szukałem

Droga do "Mandali" jest kręta, wąska, miejscami stroma. Żeby ją sforsować, trzeba nieźle się natrudzić. Ale nagrodą jest widok zapierający dech w piersiach, przenikliwa cisza i wszechogarniające uczucie wolności.

Odnalazłem, bo szukałem Stylowy góralski dom przyklejony do zbocza góry Leskowiec. Sprawia wrażenie, jakby z niej wyrastał. Wiatr porusza zawieszone u drzwi dzwonki feng shui. Zapach żywicy miesza się z zapachem dymu z komina. U stóp panorama Beskidu Niskiego, nad głową niebo, które zdaje się wisieć, niczym baldachim, na wyciągnięcie ręki.
Janusz Olenderek - z wykształcenia artysta plastyk, z wyboru psychoterapeuta, założyciel Ośrodka Twórczych Działań "Mandala" - wypatruje gości. Kto da się uwieść temu miejscu, tak jak na początku lat dziewięćdziesiątych dał się uwieść Janusz, ten będzie tu wracać, choćby nie wiadomo co się działo.

Uśmiech losu?

Janusz chciał mieszkać w górach od zawsze. Dlaczego akurat w górach, choć urodził się na Mazurach, a większość życia spędził w Warszawie? - Z górami związane były moje trzy ostatnie inkarnacje, pewnie dlatego góry to mój żywioł, moje środowisko naturalne! Tak naprawdę nie można odpowiedzieć, dlaczego, bo to są kategorie głębokich przeczuć - mówi. - Szukałem, żeby odnaleźć, odnalazłem, bo szukałem. A kiedy odnalazłem, nie miałem cienia wątpliwości, że to jest to.

Droga Janusza do Targoszowa była długa i równie kręta, jak ta, wiodąca do "Mandali". Skończył ASP w Warszawie, pracował jako nauczyciel plastyki w liceum plastycznym, które wcześniej ukończył, przez jakiś czas był wolnym strzelcem - żył ze sprzedaży obrazów, prac konserwatorskich.

reklama

Mandala w ujęciu tybetańskim oznacza pełnię człowieczeństwa, w harmonii z Kosmosem.W przełomowym momencie naszej historii, gdy upadał poprzedni system i wielu ludzi traciło grunt pod nogami, dostał od kolegi propozycję pracy w zabytkowym kompleksie pałacu natolińskiego, rezydencji Urzędu Rady Ministrów. Przyjął ją bez wahania. Pomyślał, że to świetna okazja do nauki i sprawdzenia się w nowej roli. A rola była nie byle jaka - został kierownikiem zespołu konserwatorów rezydencji w Natolinie. Wkrótce utworzono tam filię Uniwersytetu w Brugii, którą administrowała specjalnie w tym celu powołana Fundacja Centrum Europejskie Natolin. Janusz stanął na jej czele.

- Nagle znalazłem się w samym środku historycznych wydarzeń - wspomina. Natolin odwiedzali przywódcy państw, osobistości świata kultury, nauki. Janusz świetnie zarabiał, miał wszelkie profity wynikające z rangi zajmowanego stanowiska: służbowy samochód, spory fundusz reprezentacyjny.
- Miałem wszystko, co można mieć, pracowałem w wyjątkowym miejscu, w miłej atmosferze, otoczony przyjaznymi ludźmi, ale cały czas towarzyszyło mi dziwne poczucie tymczasowości. Czułem, że nie jestem na swoim na miejscu. W głębi duszy tęskniłem za bardziej kameralnym życiem.

Nie krył zamiaru odejścia z pracy. Wszyscy sądzili jednak, że żartuje. A on rzucił ją naprawdę. - Dla mnie nie była to żadna rewolucja, tylko ewolucja. Decyzji nie podjąłem z dnia na dzień. Po prostu odszedłem w głębokim przeświadczeniu, że tak należy zrobić.
reklama

Janusz Olenderek
Janusz Olenderek podczas medytacji. Obok wizerunek Rinpocze, wielkiego świętego Tybetu, uważanego za cudotwórcę.
wizerunek Rinpocze

Chata na zboczu

Zanim trafił do Targoszowa, prawie dwa lata krążył po Tatrach, potem przyjechał z rodziną do Suchej Beskidzkiej. Stamtąd postanowili robić wypady do pobliskich wsi. W przeddzień wyjazdu, zrezygnowani, że poszukiwania są bezowocne, wybrali się w pobliże Targoszowa. Okolica ich zahipnotyzowała. Rozpalili na polanie ognisko.

Dróżką obok przejeżdżał chłop wozem drabiniastym. Janusz zapytał go o chałupę do kupienia. – Ano jest tam, na górze – odparł chłop i kazał czekać, aż wróci z sianem. Wsiadł potem z nimi do samochodu, ale długo się nie najechali. Okazało się, że na samej górze droga prowadzi wąwozem, za wąskim dla samochodu. Dzisiaj jest tu dojazd, ale wtedy końcówkę trasy musieli forsować pieszo. Gdy zziajani dotarli do celu, z wrażenia odebrało im mowę. Babia Góra lśniła w zachodzącym słońcu. Obok, jak na dłoni, Pilsko i feeria barw późnego lata.

– Poczułem, że tylko to miejsce, żadne inne. A przecież na pierwszy rzut oka niczego atrakcyjnego tam nie było. Rozpadająca się chałupa na stromym zboczu, zarośnięta zielskiem. Poczułem z tym miejscem niewyobrażalnie silną jedność. Uczucie to można porównać do radości z powrotu do domu po latach spędzonych w dalekiej podróży. Czułem, że jestem u siebie.

Teraz dom ma wszelkie wygody: dwie łazienki, ogrzewanie, kominek, przeszkloną werandę, z której można podziwiać wspaniałe widoki, kilka przytulnych pokoików, w tym jeden do medytacji. Janusz sam zaprojektował przebudowę, nadzorował remont, a potem urządzał wnętrza.

Dom łączy w jedną całość to, co wydawałoby się nie do połączenia: góralski styl (podsufitowe belki, kamienny piec, ławy i zydelki) z klimatami rodem z Dalekiego Wschodu (jedwabne, kolorowe narzuty, kadzidełka). Całość daje dość oryginalny efekt. Najważniejsze dla Janusza jest jednak to, jak czują się w tych wnętrzach goście.

- Ich reakcje dowodzą, że nie trzeba bać się łączenia elementów różnych kultur. To dotyczy nie tylko sztuki, ale przede wszystkim życia, we wszystkich jego aspektach.

Kredką malowane

Janusz jest pewien, że tylko w tym miejscu może w pełni realizować to, do czego tak naprawdę został powołany, czyli pomagać ludziom. Uważa przy tym, że trudno pomagać innym bez życiowego doświadczenia. W terapii przydaje mu się wszystko, czego w życiu dotknął. Wzrastał w rodzinie, gdzie religijność sprowadzała się do rytuału świąt. Potem przeżywał okres fascynacji religią katolicką, był zaangażowany w działalność charytatywną Kościoła. Aż wreszcie zetknął się z buddyzmem. Dopiero ta filozofia dała mu odpowiedź na wiele pytań dotyczących sensu i istoty życia.

– W niej odnalazłem wolność myśli, dzięki niej uwolniłem się od wewnętrznego rozdarcia między rozumem a wiarą. Tak jak ten dom był moim powrotem do siebie, tak buddyzm okazał się powrotem do Źródła. Kto inny, jak nie artysta plastyk zna lepiej moc twórczej ekspresji? Janusz postanowił wykorzystać ją w terapii. I tak narodził się pomysł Ośrodka Twórczych Działań "Mandala". "Mandala" pełna jest... mandali, czyli rysunków, od których zaczyna się terapia. Wiszą na ścianach, w oknach i do złudzenia przypominają łowickie wycinanki. Janusz wręcza na wstępie każdemu podopiecznemu kredki, pisaki, farbki i prosi o narysowanie w kole dowolnego obrazu. Można rysować, co się chce. I wszystko ma swoje znaczenie.

Źródło: Wróżka nr 12/2003
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020