Gilma, jasnowidztwo i choroba

Chcę opowiedzieć swoją historię, ponieważ wiem, że wielu ludzi znajduje się w podobnej sytuacji, kiedy w ciężkiej chorobie traci się już nadzieję. Tymczasem właśnie nadziei stracić nigdy nie wolno.

Miałam 42 lata i troje dzieci do odchowania, kiedy dopadła mnie choroba. Najmłodszy synek miał iść do komunii. Zaczęło się banalnie - najpierw gorączkowałam, bolał mnie brzuch. Lekarze jednak orzekli, że mam zapalenie płuc. Faszerowali mnie antybiotykami, które nie skutkowały. Wreszcie po kilku tygodniach trafiłam do szpitala, natychmiast na stół operacyjny. Stwierdzono kamicę przewodów żółciowych. Operacja trwała ponad 5 godzin. Po niej byłam bardzo słaba, a temperatura się utrzymywała. Wypisano mnie jednak do domu. Ordynator powiedział mężowi, że jest ze mną źle. Ale tak naprawdę nie nazwał tego, co mi było.

Powoli doszłam trochę do siebie, chociaż ciągle się fatalnie czułam. Niebawem znowu wylądowałam w szpitalu, gdzie przeszłam drugą operację. I nadal nie postawiono jednoznacznej diagnozy. A ja słaniałam się na nogach. Kilka miesięcy później okazało się, że mam wodę w płucach. Znowu szpital. Tym razem mąż zawiózł mnie do innego miasta, żeby obejrzeli mnie nowi lekarze. Wodę wypompowywano mi z płuc przez tydzień. Zeszło jej ponad 4 litry! Wtedy już powiedziano mężowi, że mam raka wątroby z przerzutem na trzustkę i żeby szykował się na najgorsze. Ale ja nadal żyłam.

Trzymałam się tego życia uparcie, bo przecież dzieci mnie potrzebowały. Nie mogłam odejść, zostawić ich wszystkich, chociaż cały czas leżałam w łóżku bezsilna. Ale żyłam. Mogłam rozmawiać i przytulać córki i syna. Całe noce nie spałam, bolało mnie ciało. Zaciskałam zęby i udawałam, że jest lepiej. I ani razu, tak na poważnie, nie pomyślałam, że umrę. Wydałam wprawdzie dyspozycje, w czym mają mnie pochować, ale nawet przez chwilę nie straciłam nadziei.

Wreszcie któregoś dnia moja mama szukająca wszędzie ratunku namówiła mnie, żebym skorzystała z pomocy uzdrowiciela Henryka Urbaniaka. Cieszy się on w Kaliszu bardzo dobrą sławą, pomógł wielu ciężko chorym, więc czemu nie miałam spróbować. Zgodziłam się. Wprawdzie w uzdrowicieli, ani innych cudotwórców nie wierzyłam, ale było mi już wszystko jedno.

Podtrzymywana przez mamę i brata wczołgałam się dosłownie do pokoju, gdzie przyjmował. I już od drzwi poczułam dziwny spokój. Henryk Urbaniak popatrzył na mnie, skupił się, usiadł przy stole i szybko narysował na białej kartce jakieś pogmatwane esy floresy. Kazał mi ten rysunek przykładać do bolących miejsc. Powiedział, że te znaczki na kartce to mój kod genetyczny, że trzeba go naprawić. Pocieszył, że wszystko będzie dobrze.

reklama

Noc po wizycie przespałam wreszcie normalnie. Rano poczułam się silniejsza, po raz pierwszy od bardzo dawna. Nosiłam rysunek przy sobie i z każdym dniem było coraz lepiej. Wstałam z łóżka, zaczęłam zajmować się rodziną. Jeździłam też do pana Urbaniaka co dwa tygodnie, by napełniał mnie swoją energią. Po kilku miesiącach zrobiłam badania. Wyniki były dużo lepsze. Już nie mówiono mi o raku. Wycofano się z tej diagnozy, na co są dokumenty. Napisano, że na wątrobie mam torbiel, a nie nowotwór, a później - że wątroba jest bez zmian. Kto sobie wyobrazi radość moją, męża i dzieci. Miałam żyć!

Dziś skończyłam pięćdziesiąt lat. Mój syn zdał maturę, córki też są już dorosłe. A ja mam nadzieję dożyć starości. Jestem wdzięczna Bogu i panu Urbaniakowi za cud, jakiego doświadczyłam. Ktoś może powiedzieć, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Ale ja jestem żywym dowodem na to, że jednak się zdarzają.


Anna Dudek

Kalisz



Za Waszym pośrednictwem chciałabym podziękować jasnowidzącej Aidzie Kosojan, która pomogła w odnalezieniu mojego męża. Ostatnie święta Bożego Narodzenia zapowiadały się sympatycznie. Nasza córeczka urodziła się w Wigilię, więc postanowiliśmy uczcić ten dzień jakoś szczególnie i po raz pierwszy zabrać ją na Pasterkę. Planowaliśmy też wspólne z nią zimowe wakacje. 22 grudnia mąż, jak zwykle, wyszedł do pracy - tego dnia miał wypłatę. Zapowiedział, że po pracy odwiedzi mamę i rzeczywiście tak zrobił. Wyszedł od niej około wpół do piątej i słuch po nim zaginął.

Teściowa opowiadała potem, że spieszył się do domu, bo chciał jeszcze wyprać kurtkę, którą miał na sobie i pomóc mi w świątecznych porządkach. Kiedy nie wrócił do domu na noc, zgłosiłam jego zaginięcie na policję. Minęły cztery miesiące i nic się nie wyjaśniło. Policja twierdziła, że pewno uciekł ode mnie za granicę. Nie chciałam w to wierzyć, bo byliśmy szczęśliwi, mieliśmy tyle planów. Czułam, że mężowi przydarzyło się coś złego. Tym bardziej, że 10 dni po jego zaginięciu zadzwonił do mnie jakiś mężczyzna mówiąc, że łowił nad Wartą ryby i na brzegu znalazł kurtkę męża z dowodem osobistym. Rzeczywiście, to była kurtka męża z dokumentami, ale czysta. Kto ją uprał i dlaczego? Pieniądze - 1450 zł - zniknęły.

Któregoś dnia wpadła mi w ręce "Wróżka" z artykułem o jasnowidzącej Aidzie. Zadzwoniłam do niej. Poprosiła o przysłanie zdjęcia męża. Po kilku dniach mówiła mi przez telefon: - Widzę męża idącego wzdłuż jakichś torów. Widzę też wodę, szuwary... Mąż nie żyje. Trzeba go szukać niedaleko od Gorzowa w małej miejscowości o nazwie zaczynającej się na P. Odnajdzie się w połowie kwietnia.

Poszłam z tym na policję. Wyśmiali mnie. Wzięłam mapę i zaczęłam szukać tej miejscowości na P. Znalazłam wioskę Podjenin i pojechałam tam. Była tam rzeka, były szuwary. Czułam, że to właśnie tu zginął mój mąż. Znowu poszłam na policję. Obiecali, że w czwartek 19 kwietnia wyślą w to miejsce ekipę nurków. Tymczasem 17 kwietnia ciało męża wypłynęło w szuwarach. Wstępna sekcja zwłok wykazała utonięcie. Jestem przekonana, że nie było to ani samobójstwo, ani wypadek. Ktoś męża po prostu utopił. Ale to dopiero się okaże, po szczegółowych badaniach. Kiedy analizowałam, co się mogło stać, przypomniałam sobie, że na jakiś tydzień przed zaginięciem mąż był nieswój, jakby się czegoś bał. W każdym razie wyjaśnienie sprawy dopiero przede mną. Jestem wdzięczna Aidzie, że dzięki jej wizji odnalazłam ciało męża.


Dorota Rutkowska
Gorzów Wielkopolski



Będąc na wakacjach na Mazurach, kupiłam przewodnik po tej pięknej krainie. Moja rodzina była zawsze silnie związana z tą częścią Polski, więc postanowiłam dowiedzieć się czegoś o jej historii. Z przewodnika po Mazurach dowiedziałam się, iż jeszcze przed schrystianizowaniem pogańskich Prus wiele pruskich plemion budowało na tym terenie swoje siedziby. Najczęściej osiedlali się na wzniesieniach nad jeziorami lub na wyspach.

Ja i mój ojciec lubimy żeglować, więc postanowiliśmy z pomocą przewodnika udać się do paru takich siedzib, nazywanych grodziskami. Wiele z nich to puste kopce, wzniesienia, z których roztacza się widok na całe jeziora. Popłynęliśmy nad Jezioro Dobskie. Słynie ono m. in. z wyspy kormoranów, gdzie do tej pory rozmnażają się te piękne ptaki. Jezioro Dobskie ma jednak w zanadrzu wielką tajemnicę. Jest nią wyspa o dźwięcznej nazwie Gilma. Nie można do niej przycumowywać, ani po niej chodzić. Ale dla chcącego nic trudnego. Przybiliśmy do brzegu i weszliśmy w głąb lasu, który otacza całą wyspę. Interesuję się radiestezją i innymi tego typu zjawiskami, zrobiłam sobie nawet własne wahadełko z obrączki mojej mamy.

Na Gilmie znajduje się grodzisko z doskonale zachowaną fosą. Dokładnie widać, że poziom wody jeziora był kiedyś wyższy. Idąc na północ, pod górę, zauważyłam kamienne schody prowadzące do ruin budowli, której od strony jeziora nie widać. Wśród drzew ukryta jest "świątynia dumania". Jak podaje przewodnik, powstała z inicjatywy właścicieli niedużej wsi Doby, która znajduje się na zachód od wyspy. Owa "świątynia dumania" stoi w najwyższym punkcie wyspy, na miejscu grodziska pruskiego i strażnicy krzyżackiej (zbudowanej przez zakon w XIII w. w celu obronnym).

Wchodząc do środka ruin świątyni doznałam dziwnego uczucia. Wypełniła mnie jakby wszechobecna radość. Wyraźnie czułam wzrost mojej energii witalnej. Wyciągnęłam swoje "prymitywne" wahadełko i, co dziwne, zaczęło się ono poruszać w tym miejscu, gdzie stałam, z niesłychaną szybkością. Czułam, jak znika moje zmęczenie po wejściu na górę po stromym zboczu. Zaciekawiło mnie, co może być przyczyną mojego dobrego samopoczucia. Otworzyłam przewodnik i... doznałam olśnienia.

Otóż we fragmencie, który wcześniej przeoczyłam, autorzy napisali, że: "Jedną z wysp na Jeziorze Dobskim jest tajemnicza i magiczna Gilma. Na niej istniało staropruskie grodzisko (...) Ruiny świątyni dumania stoją do dziś. Na Gilmie podobno w księżycowe, jasne noce ukazuje się wór złota. Bywa też lokalizowany czakram, czyli miejsce silnie odziałujące radiestezyjnie. Podobno na tej wyspie istniał także Święty Gaj." Kiedy doczytałam się o czakramie i świętym gaju, od razu wiedziałam, co jest przyczyną mojego samopoczucia. Na wyspie zrobiłam trochę zdjęć. Po wywołaniu ich (na kliszy utrwaliły się tajemnicze czerwone plamy) byłam już pewna, że tam jest czakram.

Kiedy opowiedziałam o wszystkim mojej cioci, która uczestniczy regularnie w targach ezoterycznych w Gdańsku, potwierdziła moje przypuszczenia. Oglądając owe zdjęcie przyznała mi rację, że na Gilmie jest czakram. Wybieram się tam ponownie w najbliższe wakacje, by sprawdzić wszystko jeszcze raz. Może redakcja "Wróżki" zainteresuje się tą wyspą? W Polsce najbardziej znanym czakramem jest czakram wawelski. Może więc drugim będzie ten na Gilmie? Liczę, że wkrótce ukaże się obszerny artykuł o tej wyspie lub innych miejscach mocy w Polsce.


Ewelina Drwięga

Źródło: Wróżka nr 7/2001
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube