Durnostojki

Kupowanie właściwych prezentów jest wielką sztuką. Przerasta ona z reguły możliwości zwykłego człowieka.

DurnostojkiPatrzę na moje półki: uginają się wprost od durnostojek! Wznoszę oczy do nieba - Pan Bóg też się znacząco do mnie uśmiecha. W końcu Trzej Królowie przynieśli mirrę, kadzidło i złoto w prezencie. A po cóż Bogu złoto? Najprościej by było przynieść duży wór i kiedy nikt nie widzi - łup wszystko do wora. A potem fora ze dwora wy wszystkie gliniane pieski, ceramiczne buty, plastykowe psy kiwające głowami! Żegnajcie wazony z fantazyjnie dmuchanego szkła, drewniane pudełka z Zakopanego i wszelkich rozmiarów słonie na szczęście! Te z trąbą na wiwat i te ze smętnym zwisem, mosiężne, porcelanowe i szklane! Pa, pa świnki-skarbonki, "pudełeczka na pokosy" i kubki ozdobne z napisami w rodzaju: "Jeśli masz ochotę na czysty seks, to się umyj".

Niestety: jak wyrzucić coś, co dane zostało od serca? To jakby w kiecce ślubnej pojechać na grzyby: profanacja i tyle! Prezentów nie wolno wyrzucać ani oddawać - ten przesąd płynie w mojej krwi od dzieciństwa. Durnostojek zaczęło przybywać i zauważyłam, że zarastam nimi, jak stary dziad mchem. Królowały na półkach, szafach, szafkach, na parapetach i stołach. A spróbujcie przed Świętami odkurzyć całe to towarzystwo! Tydzień uleci ci z życia jak nic!

Pewnego dnia otrzymałam w prezencie z Egiptu szklane pudełko, w którym był prawdziwy... skorpion! Podobno nie żył od paru lat. Nie wiem, wyglądał przerażająco ze swoim ogonem zakończonym jadowitym szpikulcem i celował nim we mnie. Do tego stopnia mnie przerażał, że bałam się nawet patrzeć na niego. Spojrzałam znowu w niebo i Pan Bóg się nade mną zlitował: zesłał mi myśl. Zawinęłam toto w szmatę i wyniosłam do piwnicy. Do piwnicy! - olśniło mnie.

Jeszcze tej nocy większość durnostojek wyjechała do piwnicznej komórki. Wciąż byłam w zgodzie z przesądem: nie oddałam i nie wyrzuciłam. Następny pomysł też powstał z przypadku. Przyjaciółka przywiozła mnie, starej babie, pluszowego misia wielkości psa dobermana. Owinęłam pysk uśmiechem numer trzy ("straszną radość sprawiłaś mi"), wyściskałam "ze szczęścia" kamratkę (wiem, że wydała majątek na toto) i jeszcze przez tydzień musiałam nawiązywać do tematu, żeby podkreślić, pod jak wielkim jestem wrażeniem. Pluszowe bydle wszędzie zawadzało. Wzięłam je pewnego dnia pod pachę i poszłam do fryzjera. I wiecie, co się stało? A, zapomniałam o nim. Najgorsze, że zapomniałam również, u jakiego to było fryzjera - prawdziwy pech.

Po latach przyznałam się kumpelce do grzechu. Popatrzyła dziwnie i zapytała: - A pamiętasz, co mi kupiłaś na dziesiątą rocznicę ślubu? Pamiętałam: była to wielka żaba ceramiczna z otwartym pyskiem. Bardzo śmieszna i można było jej w pysk wstawić doniczkę. Dowiedziałam się, że Gośka z żabą pod pachą wyszła na pocztę i... co za zbieg okoliczności: zapomniała o niej.

reklama

Mężczyźni inaczej nas uszczęśliwiają: oni kupują nam to, co sami chcieliby dostać. Dzięki mojemu szwagrowi mam w szafie mały warsztacik. Dostawałam kolejno: komplet wielowymiarowych śrubokrętów, małą podróżną wiertarkę, niezbędnik ważący prawie kilogram, podstawowy zbiór uszczelek do kranów wszelkiego typu (zapas na jakieś siedemdziesiąt lat). Ponadto niezwykłą pompę do samochodu (nie mam samochodu), lornetkę na podczerwień (do patrzenia w dal nocą) i klocek składający się z ośmiu małych szufladek, niezbędny do trzymania śrub, wkrętów i gwoździ. Zdziwicie się: poza pompką do nieistniejącego samochodu wszystko inne mi się przydaje!

Prezenty od cioci Jadzi mają w moim sercu osobny kącik, a nawet osobny wór w piwnicy. Ciocia miała biedne dzieciństwo. Teraz używa sobie na całego: kupuje innym to, co sama chciałaby dostać, jako mała dziewczynka. Mam od niej kilka figurek z chińskiej porcelany. Dziewczynka z chłopcem w marynarskim ubraniu. Piękna dzieweczka w sukni z falban sięgających bucików siedzi na ławce, a przed nią klęczy młodzian jakiś. Madama z parasolką i pieskiem; usta ma w ciup, nosek tyci, tyci - swoją drogą napracował ci się artysta przy tych detalach. Dostawałam też od niej, jako dorosła kobita, lalki z dorabianymi przez nią na szydełku sukniami i torebeczkami, nakręcane psy z migającymi oczami. Raz otwieram świąteczną paczuszkę - a tu zbiór różnokolorowych kulek szklanych. Nie jestem i ja bez winy.

Kiedy przychodzą Święta i w krótkim czasie musisz kupić wiele prezentów dla rodziny i przyjaciół - tracisz głowę.

Przede wszystkim Twoi dorośli bliscy dawno już sobie kupili wszystko, czego im brakowało. No, poza złotym gwoździem do mieszania koktajli i - zdaje się - nie zdążyli też nabyć platynowej szczoteczki do czyszczenia pępka. Musisz jeszcze człowieku pamiętać, że nie kupuje się w takich chwilach niczego dla domu, do wspólnego używania, bo za mało osobiste. Ani kalesonków z doszytą trąbą słonia w wiadomym miejscu, bo znów osobiste toto za bardzo. Że prezent nie może być za drogi, bo krępuje i zmusza do rewanżu (to mi się akurat podoba). I tak dalej...

Jednym słowem, przez te lata wzbogacili się na mnie producenci portfeli, portmonetek, pasków, rękawiczek, krawatów, szalików i apaszek. Porządnie dałam zarobić wytwórcom wód pachnących, kosmetyków i rajstop. Nie stracili przeze mnie rzemieślnicy wyrabiający mosiężne korkociągi, dziadki do orzechów i małe krasnale ze świństwem na wierzchu. I chociaż sama nie chciałabym dostać takich prezentów, jednak kupuję. Bo nie mam lepszego pomysłu. Łatwo obdarowywać dzieci, hobbystów oraz kawalarzy, najtrudniej mężów i kochanków.

Dzieciom - to o czym marzą, a kawalarzowi wystarczy kupić kurę. Byle żywą. Męża ucieszy jedynie nowa toyota pod choinką. Wszystko inne schowa na dno szafy. Zapytajcie go kiedyś, czemu nie nosi tego krawata w błękitne pasy. Powie rozbrajająco, że zapomniał. Znamy takie zapominanie... Za to mąż nie ma żadnych kłopotów z wymyśleniem dla mnie świątecznego prezentu. Osobiście od dwóch miesięcy mu przypominam, w którym sklepie leży ten złoty zegarek za dwanaście tysięcy złotych, co by mnie ucieszył. Chmurę z czoła odgarną mi też buty z koziej skórki za dwa tysiące, numer 38 są akurat. Wiem, bo już mierzyłam... W końcu i tak dostanę majtki z czarnej koronki kupione na stadionie za siedem złotych. Ale pomarzyć dobra rzecz.

Ktoś w mojej rodzinie wpadł raz na pomysł, że dosyć tego! Wszyscy się szarpiemy przed Świętami, wyrzucamy pieniądze i po co? Zrobiliśmy listę i każdy wpisał, co chce dostać. Za umiarkowaną cenę oczywiście. Po Wigilii najmłodsza w rodzinie robiła za sierotkę. Wyciągała spod choinki paczki zawinięte starannie w kolorowe papiery i czytała: Dla mamusi. Dla Jurka. Dla Agnieszki. Każdy mówił zdziwiony: Oooo! Potem kolejno je otwieraliśmy, powoli, żeby rosło napięcie. Wreszcie z pudła wyłaniało się coś, co obdarowanego koniecznie musiało zaskoczyć. - Ojejejej! - wykrzykiwaliśmy udając zdziwienie. Oj, pokaż, pokaż, jakie to super! Potem dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

Zamówione prezenty to jednak nie to! O wiele lepiej dostać kolejną durnostojkę, byle była niespodzianką. Powiedzieliśmy to sobie prosto w oczy. Od tego czasu minęło kilka lat. Przed Świętami, w ramach porządków, zajrzałam do piwnicy. Nie mogłam się do niej wcisnąć: rzeka plastykowych worków z prezentowymi drobiazgami podpłynęła pod drzwi. Spojrzałam w górę - Pan Bóg kiwnął głową. Zrozumiałam bez słów. Pierwsze pięć worków wyniosłam na świeże powietrze. Żeby sobie trochę postały koło kontenerów ze śmieciami. Gdy zajrzałam za godzinę - już ich nie było. Jaka szkoda...


Agafia

Źródło: Wróżka nr 12/2001
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020