W stronę światła

Domowe pantofle Elżbiety błysnęły w ciemności nocy konfiguracją przedziwnych znaków. Wybity ze snu Michał wyraźnie widział jarzący się znak w kształcie "N". Przeraził się. Obudził żonę. Ona widziała to samo.

W stronę światła Parę dni wcześniej zaprzyjaźniona wróżka, Olga Siergiejewa Kolasa, oczyszczała energetycznie mieszkanie Michała i Elżbiety. Okazało się, że legowisko psa, Lorda, usytuowane było pod sypialnią chorej staruszki, mieszkającej piętro wyżej. Nieprzypadkowo w tym miejscu Olga zatrzymała się dłużej, trzymając w dłoni świecę. To tam gromadziła się energia zakłócająca spokój domowników, a zwłaszcza czworonoga, cierpiącego na bóle głowy.

Kilka dni po wizycie Olgi ustąpiły, łącznie z guzem, który był powodem dolegliwości. A teraz znów te tajemnicze znaki! Czyżby stanowiły dalszy ciąg wizyty Rosjanki? Zapytana o to o świcie Olga nie miała wątpliwości. Nieżyjąca od dawna babcia Eli, niczym Anioł Stróż, czuwa nad wnuczką. Z zaświatów przesłała jej runę Hagal - symbol opieki.
- Nie należy tych kapci wyrzucać. Noś je tak, jak do tej pory. Nic złego się nie wydarzy - poradziła Olga przestraszonej przyjaciółce.

Od blisko dwudziestu lat Olga Kolasa mieszka w Łodzi - z dwójką dorosłych dzieci. W podwórzu, przy Piotrkowskiej, znajduję szyld z napisem "świetlica". Kręte schody starej, solidnej kamienicy prowadzą do klubu, w którym odbywają się zajęcia terapeutyczne, rozmaite kursy, warsztaty. W przytulnym wnętrzu, oświetlonym blaskiem świec unosi się przyjemny zapach kadzidełek. Tu czeka na mnie "wiedźma" - niewysoka kobieta o przenikliwym spojrzeniu wielkich oczu.

reklama

Siadamy w wygodnych fotelach, Olga z uwagą ogląda moją dłoń, potem rozkłada karty. W pokoju panuje półmrok, rozjaśniony ciepłym płomykiem świecy. Wokół niczym nie zmącona cisza. Nieco zużyte karty przepowiedziały pewnie już niejedną tragedię i obwieściły wiele radosnych nowin. Dla Olgi nie raz bywały wyrocznią. Teraz wyczytuje z nich wydarzenia, które naprawdę miały miejsce w moim życiu!

Z zawodu jest biologiem. Dzieciństwo i młodość spędziła w Czelabińsku, dużym, przemysłowym mieście na południu Uralu. Rodzice mieli dobre posady, zapewnili dzieciom godne warunki życia i nauki. Olga pamięta swój paniczny strach przed maturą. Pamięta też olśnienie, jakiego doznała przed egzaminem dojrzałości: - Obudziłam się rano i dokładnie wiedziałam, jakie będą pytania - opowiada. - Jechałam do szkoły i czytałam z zeszytu notatki dotyczące tematów, które później rzeczywiście dostałam! Z geografii pisałam o Polsce. Zapytałam nawet później nauczycielkę, po co mi ta Polska.

Teraz wiem, że była mi pisana...

Krótko po urodzeniu babcia wzięła ją na ręce, oglądała dokładnie rączki i stópki, powiedziała, że gdy dziewuszka dorośnie, wyjedzie daleko i że nie zwiąże się z mężczyzną z Rosji. Przepowiednia babci sprawdziła się co do joty. Rosyjski narzeczony porzucił Olgę tuż przed ślubem. By zapomnieć o miłosnej porażce, wyjechała daleko od rodzinnego miasta, na praktykę do elektrowni atomowej. Tam poznała Polaka, przebywającego w Rosji na kontrakcie. Po dwóch tygodniach znajomości zaplanowali ślub. Wkrótce zamieszkali w Polsce, na wsi, u rodziców męża. W skromnych warunkach przyszły na świat dzieci: syn i córka.

- Przed małżeństwem z nim powstrzymywał mnie ojciec. Wywróżył mi z kart, że ten związek nie przetrwa. Ale jak tak go kochałam, że chciałam z nim spędzić całe życie. Wytrwaliśmy razem 18 lat. Musiałam dużo błędów popełnić, żeby być tym, kim jestem - mówi Olga.

Biorę w dłonie świecę i zioła

W magiczny świat wróżb, run, tajniki działania ziołowych mieszanek wprowadzali ją tata i prababcia, która na wsi miała swoją chatkę, otoczoną lasem. Tam Olga, będąc dzieckiem, spędzała każde wakacje.

- Babcia zbierała zioła, suszyła je i wszystko mi tłumaczyła. Pokazywała mi runy, objaśniała ich znaczenie. W Polsce robię te same mieszanki z ziół. Wiem, w jakiej fazie Księżyca należy je zbierać, kiedy i jakie dolegliwości leczą. Dużo czytam, mam wiele kontaktów z bioenergoterapeutami, masażystami, psychoterapeutami. Wiele osób zwraca się do niej z prośbą o energetyczne oczyszczenie mieszkania. Z nieustalonych powodów czują się źle, cierpią na bezsenność, bóle głowy, czasami czują niepokojącą obecność zmarłych członków rodziny.

- Kiedy wchodzę do takiego "złego" mieszkania, widzę albo czuję ciemną energię. To jest cień, czasami postać lub kula. Zwłaszcza po Święcie Zmarłych jest tego bardzo dużo w mieszkaniach. Ludzie przynoszą tę energię z cmentarzy. Czuję, że coś ściska mnie w środku, odpycha. Na rękach pojawiają się ciemne plamy, jakby miejsca oprószone sadzą. Palę świecę i dużo ziół. Od razu czuję, że energia jaśnieje...

Ilekroć Olga zaczyna wróżyć z kart, zawsze towarzyszą jej wątpliwości - czy dobrze zrobiła mówiąc o tym, co widzi, czy ma prawo dawać wskazówki, ostrzegać przed złym losem? Kiedyś usiłowała powstrzymać pewną dziewczynę przed zamążpójściem. Widziała w kartach, że narzeczony ją zawiedzie, a ich związek się rozpadnie. Następnego dnia przyszedł niedoszły wówczas małżonek i zrobił wróżce karczemną awanturę. - Po roku odwiedziła mnie ponownie ta kobieta - wspomina Olga - ale już jako rozwódka... Kiedyś ostrzegłam jednego pana, żeby nie wyjeżdżał, bo będzie wypadek. On jednak wyjechał i... miał wypadek.

Tylko sama dla siebie nie potrafi znaleźć w kartach ostrzeżenia. Już prędzej udaje się to jej 19-letniej córce, Beacie, która zamierza kontynuować tradycje rodzinne, ale bardziej jako zabawę. - Bywa, że razem z mamą rozkładamy karty - mówi. - Czasami szukam odpowiedzi na pytania, które mnie dręczą, również w sprawach sercowych.

Zmarli roztaczają opiekę

W domu dziadka, w Czelabińsku, zdarza się tak, że nagle szklanki ustawione na suszarce zaczynają się poruszać albo garnek z gotującą zupą wędruje po kuchence. Ostatnio Beata widziała coś takiego krótko po pogrzebie babci. Siedzieli wszyscy przy stole w kuchni i obserwowali poruszające się bez "normalnej" przyczyny sprzęty. Wiedzieli, kto za tym stoi...
- To znak, że dusza babci wraca - konstatuje Beata.

Olga do końca życia nie zapomni tego, co czuła, kiedy umierał jej brat. Dzieliły ich tysiące kilometrów, a ona tak strasznie cierpiała, jakby tuż obok działo się coś bardzo złego.
- Dygotałam - mówi. - Trudno mi określić ten stan. Czułam się tak, jakbym wyszła z własnego ciała. Nie mogłam utrzymać się na nogach. Położyłam się, rodzina nie wiedziała, co ze mną zrobić. Miałam świadomość, że ktoś z bliskich odchodzi, ale nie wiedziałam, kto. Po godzinie zadzwonili z Rosji z tragiczną wiadomością. Byliśmy z bratem bardzo związani emocjonalnie. Po jego śmierci zaczęłam niemal namacalnie odczuwać opiekę z Góry, umocniłam swoją wiarę w opatrzność boską. Poznałam obcych ludzi, Maćka i Małgosię, dziś są moimi przyjaciółmi, którzy zapewnili mnie i moim dzieciom byt i opiekę przez cały rok.

Już na początku rozmowy zaznacza, że to, co robi nie jest jej zasługą. Po prostu wykorzystuje dar, który otrzymała, by pomagać innym. - Spotykam ludzi zagubionych, nieszczęśliwych, ale nikogo nie osądzam i nie potępiam. Ja wierzę w moją drogę, ale to wcale nie znaczy, że droga innych ludzi jest zła. Intuicja jest mową Boga i dlatego nie przestaję słuchać aniołów i dziękować za moje dzieci, wspaniałych przyjaciół i ludzi, którzy ufają mnie, a przede wszystkim sobie...
Zapytana o swoje sukcesy, zastanawia się długo:

- To były egzorcyzmy. Zastosowałam je wobec pewnej dziewczyny, która była uzależniona od alkoholu. Wyszło mi, że to nie ona piła. Za jej nałóg był odpowiedzialny duch, który jej nie opuszczał - zmarła babcia, która też była alkoholiczką. Ta dziewczyna wyszła z nałogu, skończyła szkołę ezoteryczną, otworzyła sklep ze zdrową żywnością. Jest inną kobietą. Zmieniła się z wyglądu i wewnętrznie.
Do egzorcyzmów Olga podchodzi ze szczególną ostrożnością.

- Zawsze są dwie, trzy osoby, które podejmują taką decyzję. Jeśli wszyscy są zgodni, umawiamy się na konkretny dzień zależny od położenia Księżyca. To nie jest wypędzanie szatana, tak jak przyjęto w katolicyzmie. To jest czyszczenie ciemnej energii, pozbywanie się zbłąkanej duszy. Proszę, żeby odeszła tam, gdzie jej miejsce, czyli w stronę światła, palę przy tym zioła i specjalną świecę...

Olga nigdy nie wróży w niedzielę. Tego dnia odpoczywa. Nie jest katoliczką, nie kultywuje też swego wyznania prawosławnego. - Boga mam w sercu - mówi. - Wierzę, że istnieje. Chodzę do kościoła, do cerkwi, synagogi, gdzie mnie poniesie. Niekoniecznie w niedzielę, kiedy są tłumy ludzi. Każdy dzień jest dobry na modlitwę.


tekst: Anna Binkowska,
Fot.: Andrzej Zarzycki

Źródło: Wróżka nr 4/2004
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020