Idź chmurko...

Kiedyś Wanda miała zwyczajne ręce, jak każdy z nas. Dzisiaj jej ręce pokonują nawet tak nieodwołalną chorobę, jak rak. Dawniej nie wierzyła w duchy, teraz coraz częściej i one przychodzą do niej po pomoc. Co ma zrobić racjonalista z duchami? Jak może rzeczowa osoba, nie wierząca w cuda, pogodzić się z faktem, że nagle ogląda ducha?

Idź chmurko...

Najpierw myśli, że jej się przywidziało. Po jakimś czasie tłumaczy rzecz przemęczeniem. Chwilami się niepokoi, czy to nie początki obłędu. Niekiedy pokrzepia się myślą: pewnie przysnęłam na kilka sekund. Aż pewnego dnia kolejna zjawa mówi jak się nazywa i po co przyszła. Rodzina zmarłego potwierdza fakty. Po wielu latach takich doświadczeń Wanda Ejsmond-Ślusarczyk myśli sobie, że muszą obok nas istnieć jakieś równoległe światy, w których żyją owe byty czy energie. A człowiek ma w mózgu korytarze, którymi można się przedostać na tamten świat i z powrotem. Niektórzy to potrafią. Wanda zauważyła, że u niej ta wrażliwość zaczęła się rozwijać po kilku latach pracy bioenergoterapeutycznej.

Nie każdemu można pomóc. Niekiedy choroba oraz leki zrobiły już zbyt duże spustoszenie. Wówczas ręce jedynie zatrzymują rozwój procesu chorobowego. A jeśli i to niemożliwe, Wanda Ślusarczyk zdejmuje z ludzi ból. Śmierć ma swój zapach. Wanda czuje go na kilka dni, czasem na miesiąc wcześniej. To dziwny zapach, odrobinę zgniły, trochę nieokreślony i zawsze taki sam. Bez względu na wiek, płeć i chorobę osoby naznaczonej do odejścia. Zapach znika w chwili, gdy człowiek umiera. Ale wróćmy do duchów.

Najpierw zaczęły się pojawiać duchy jej pacjentów. Kiedyś poczuła we własnym domu obecność pewnej kobiety, której starała się pomóc. Niebawem osoba ta zmarła. Wkrótce stało się regułą: ilekroć Wanda odczuwała obecność pacjenta, zapowiadało to jego śmierć. Odbierała energie całą sobą: ani ich nie widziała, ani nie słyszała. Coś w niej wiedziało, że duch jest obok. Z czasem nie tylko przychodziły się pożegnać, ale pojawiały się i po śmierci.

Potem Wanda wkroczyła na kolejny stopień wtajemniczenia: zaczęła widzieć duchy, które się przyczepiają do ludzi. Pewna młoda kobieta cierpiała na choroby gastryczne. - Nagle zauważyłam przy niej ducha jej ciotki - wspomina Wanda. - Kobieta potwierdziła, że siostra matki zmarła zanim moja pacjentka przyszła na świat. I dodała, że sama nie wie dlaczego, ale zawsze nosi przy sobie jej zdjęcie i często jeździ na jej grób.

reklama

Postanowiła go nawet przenieść bliżej domu. Dziewczyna przejęła choroby ciotki. Leczenie zaczęłyśmy więc od wyrzucenia fatalnego zdjęcia. Od całkiem niedawna Wanda Ślusarczyk widzi duchy osób żyjących. Ukazują się jej w swoich poprzednich wcieleniach. Robiła zabieg sześcioletniemu chłopcu i zobaczyła, że wcielił się w niego duch pradziadka ze strony matki. Mężczyzna został zamordowany w wieku 35 lat i nie zdążył czegoś zrobić w swoim gwałtownie przerwanym życiu. Wrócił więc i wcielił się w chłopca, żeby dokończyć swoje dzieło. Tylko jak powiedzieć o tym matce? Ludzie śmieją się z duchów. Wanda też się kiedyś śmiała.

Więc delikatnie pyta kobietę, czy w przeszłości nie zamordowano kogoś w jej rodzinie. A ona mówi: Tak, mojego dziadka ze strony matki, miał wówczas 35 lat. W szpitalu w Końskich od trzech lat śpi nauczyciel. To pokuta. W trakcie zabiegu Wanda zobaczyła, że w średniowieczu był rycerzem w zbroi. Popełnił jakiś straszny czyn. Jak go teraz obudzić? Jak zdjąć z niego tamten ciężar? - pyta sama siebie. Do tej wiedzy musi dopiero dojść. Energie używają rozmaitych form, by zwrócić naszą uwagę. Najłatwiej im wejść w naszą podświadomość i pojawić się w postaci myśli, odczucia, przekonania, czy wizji. Albo też we śnie. Pokazują się również jako niewyraźny zarys lub obraz złapany kątem oka. Tak zobaczyła kiedyś ducha swojego psa. Stał w przedpokoju i wyglądał jakby był utkany ze szkła.

Raz obraz był całkiem realny. Siedziała w kuchni u koleżanki. Coś wisiało w powietrzu, bo nagle aparat fotograficzny sam zaczął przekręcać film, który potem okazał się prześwietlony. Ze swojego miejsca Wanda miała widok na korytarz. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł starszy mężczyzna. Przedstawia się i prosi o pomoc dla żony, po czym znika. Właścicielka mieszkania mówi: Och, to sąsiad z dołu, który zmarł kilka lat temu. Zbiegły na dół: jego żona rzeczywiście potrzebowała szybkiej pomocy. Energie lubią też się objawić jako dźwięk.

Słychać czyjeś kroki, trzaskają drzwi, coś stuka albo gra. Niekiedy są czystą siłą: przesuwają szafki, otwierają szuflady, unoszą firanki, albo poruszają gałęzie przy bezwietrznej pogodzie. Tak właśnie zrobił po śmierci dziadek Wandy. Czasem próbują wszystkich sposobów naraz, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ludzie jednak nie zaprzątają sobie głowy zamkami w drzwiach, które się przesuwają bez użycia klucza, same. Coś się musiało zaciąć, myślą. A jeśli nawet coś poczują, i tak nie potrafią odczytać intencji ducha. U nas straszy - mówią. I tyle.

Kiedyś zaproszono Wandę do leczenia chorej osoby w Niemczech, przy granicy francuskiej. Zamieszkała na poddaszu starej willi. W nocy, gdy jeszcze czytała, coś nagle wolno przeszło przez jej pokój i wyszło oknem. Rano gospodarze zagadywali, jak spędziła noc. Na wieść o zjawie zaśmiali się. Tak, tak, jest duch, ich wnuczka często go widzi. Zjawa chodzi, hałasuje, zapala światło. Ksiądz już dwukrotnie odprawiał egzorcyzmy. Nie pomogło. Wanda spotkała się z księdzem na plebanii i urządziła tam seans spirytystyczny. I duch przyszedł. Podał swoje personalia i przyznał, że żył podle i prosi o pacierz. Ksiądz się pomodlił i pyta, czy wystarczy. Duch podziękował. Więcej się nie pojawił. Przeszukali księgi parafialne. Pod podaną przez zjawę datą śmierci - 1779 rok - figurowało wskazane nazwisko i imię. Ksiądz opisał całe zdarzenie, opatrzył papier pieczęciami i swym autografem.

Dlaczego duchy nas odwiedzają? Najczęściej zawiadamiają o śmierci. Przychodzą też po pomoc dla siebie lub bliskich. Błąkają się wokół nas byty, które nie mogą znaleźć spokoju. Czepiają się naszej rzeczywistości, jak mucha pajęczyny. Czekają na człowieka, który dobrą energią uwolni je, by uleciały w głąb własnych przeznaczeń.

Wanda odprawia egzorcyzmy. Wypraktykowała własne zaklęcia-modlitwy. Liczy się dobra energia, którą wkłada w słowa, podobna tej, której używa uzdrawiając żywych. Często duchy ostrzegają we śnie, jak jej pies - Hos. To był dog arlekin, który uratował życie: Wandzie, gdy została napadnięta na ulicy i jej córce, gdy do mieszkania chciał wtargnąć morderca. Hos przychodzi we śnie zawsze, ilekroć coś zagraża domownikom. Dlaczego duchy pokazują się Wandzie, a innym nie?

Niewprawne ucho również nie słyszy, że w orkiestrze drugi skrzypek ma nie nastrojoną strunę "g". Prawdopodobnie też częste używanie własnej energii do leczenia, a zatem wyzwalanie jej w dużych ilościach przyspiesza metabolizm i w aurze otaczającej człowieka zachodzą zmiany. Na skutek tych zmian (m.in. silniejsze pole magnetyczne i elektromagnetyczne) zwiększają się możliwości. W stanach "przyspieszonych obrotów" mózg zapewne staje się czulszym odbiornikiem. Wygląda na to, że energie otaczają nas zewsząd, ale tylko ludzie o wyostrzonej wrażliwości mogą je odbierać.


Agata Bleja

Źródło: Wróżka nr 11/1998
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl