Z oddali widać lepiej

Ex oriente lux, światło przychodzi ze Wschodu – mawiali starożytni Rzymianie. Można to było rozumieć dosłownie, jako wskazanie kierunku, gdzie co dzień rano wstaje słońce. Ale każdy wiedział, że w tym powiedzeniu kryje się głębszy sens.

Z oddali widać lepiej Ze wschodnich prowincji imperium przybywali do Rzymu wyznawcy tajemniczych religii, astrologowie, magowie. Stamtąd nadeszło też chrześcijaństwo, które głosiło, że tym mistycznym światłem wskazującym człowiekowi nową drogę jest Jezus i jego nauka. Tam osiedlali się pierwsi pustelnicy i rodziła się gnoza – zastrzeżona tylko dla wybranych ezoteryczna wiedza o największych tajemnicach świata.

W miarę poznawania świata Europejczycy dowiadywali się, że Wschód nie kończy się na Palestynie, Babilonii i Persji. Za tymi krainami odkrywali następne, nie mniej magiczne. Wyprawa w tamte rejony wymagała wielkiej odwagi, ale dzięki nieustraszonym podróżnikom mieszkańcy Starego Kontynentu powoli zaczęli się oswajać z takimi pojęciami, jak buddyzm, hinduizm, nirwana, reinkarnacja... A to pobudzało wyobraźnię i sprawiało, że ludzie, którym nie wystarczały dotychczasowe odpowiedzi na pytania o sens i cel życia, coraz częściej podążali śladem mędrców ze Wschodu.

Gdy dziś słyszymy o podróży w tamte rejony świata, nie kojarzymy już jej z pielgrzymką do Ziemi Świętej, wyprawą do nowoczesnych Chin, Japonii czy Tajlandii. Myślimy raczej o Indiach, Tybecie lub Nepalu, a więc krajach najbardziej przesiąkniętych religią i – jak nam się przynajmniej wydaje – najbardziej uduchowionych. To najlepszy dowód, że ludzie Zachodu szukają tam przede wszystkim wartości duchowych i chcą się osobiście przekonać, ile prawdy jest w powiedzeniu „Ex oriente lux”.

reklama

Czas zostaw w spokoju

– Ci, którzy wiedzą, nie mówią. Ci, którzy mówią, nie wiedzą – głosi stara hinduska mądrość. Uraczył mnie nią asceta z aśramu pod Kadżuraho, znużony moją natarczywością. Chciałem się jedynie dowiedzieć, ile ma lat. Ale on tylko się uśmiechał i uparcie powtarzał, że nie rozumie pytania. W końcu odciągnął mnie na bok jeden z jego uczniów i wyjaśnił, że moje dociekania naprawdę nie mają sensu.

– Ciało guru jest tylko kolejnym wcieleniem wiecznej duszy tłumaczył. – A ile lat ma wieczność? Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Więc teraz rozumiesz, dlaczego to, co tobie wydaje się proste, dla niego jest niepojętym absurdem. Mistrz zna prawdę o życiu, ale gdyby chciał ci ją przekazać, musiałbyś tu zostać na długo. Nie zrobisz tego, więc woli milczeć. Najgłośniej zawsze krzyczą ci, którzy najmniej wiedzą. Prawdziwi mędrcy są cisi.

Dla Europejczyka nawet takie przelotne spotkania są pouczającą lekcją. Podważają bowiem wiele naszych „niezachwianych przekonań”. Kto na przykład nie zgodzi się z powiedzeniem, że czas to pieniądz? Tymczasem dla Hindusów brzmi ono absurdalnie. My postrzegamy czas liniowo – jako coś, co bezpowrotnie upływa, posuwa się wciąż do przodu i nigdy nie wraca do punktu wyjścia.

Dlatego tak go cenimy i nieustannie gonimy, bo przecież każda stracona chwila ma swoją – przeliczalną na euro, dolary czy złotówki – wartość. W rozumieniu wyznawcy hinduizmu czy buddyzmu czas zatacza wciąż powtarzające się koła. Pogoń za nim nie ma zatem sensu, gdyż i tak zawsze wróci się do miejsca, z którego się wystartowało. Jeśli nie w tym, to w następnym wcieleniu. Po co się zatem ścigać?

Nie mam nic do ukrycia

Włoch Fabio, który mieszka w Auroville (mieście założonym przez uczniów mistyka Śri Aurobinda), opowiadał mi, że kiedy obserwuje odwiedzające aśram grupy turystów, widzi, jak wielka różnica wciąż dzieli cywilizacje Zachodu i Wschodu.
– Teren aśramu jest duży, więc ludzie, chcąc jak najwięcej zobaczyć, spieszą się i nieustannie zerkają na zegarki – żalił się. – Nie dostrzegają tego, co tu jest najważniejsze: spokoju!

Ten, kto w taki sam sposób patrzy na Indie i inne kraje Orientu, wyjeżdża z nich rozczarowany. Zamiast mistyki i światła, o których naczytał się przed podróżą, odczuwa zmęczenie hałasem, zniesmaczenie brudem i przygnębienie z powodu wszechobecnej biedy. Kto jednak zdoła choć na krótko uwolnić się od terroru zegarka, spostrzeże, że można żyć wolniej i biedniej. A mimo to – a może właśnie dlatego – zachować pogodę ducha.

– Gdy po pierwszym pobycie w Indiach wracałam do domu, mówiłam sobie: „Nigdy więcej” – wspominała polska turystka Agnieszka Dąbrowska, którą spotkałem na szlaku. – Miałam dość żebraków, fetoru, śmieci i rynsztoków. Ta niechęć trwała przez pół roku, a potem nieoczekiwanie zaczęłam tęsknić za tym światem. W tym roku Agnieszka planuje już czwarty wyjazd do Indii. Była też w Nepalu i buddyjskiej Birmie, marzy o Tybecie.

– Długo zastanawiałam się, co mnie tam ciągnie – tłumaczy. – I doszłam do wniosku, że autentyczność. Zwłaszcza w Indiach nie ma niczego na pokaz. Ten kraj zdaje się mówić: „Jeśli mnie chcesz, bierz takim, jakim jestem. Niczego przed tobą nie ukrywam. Ani nieludzkiego podziału na kasty, ani kontrastów między nędzą i bogactwem, ani śmierci, ani pogrzebów, ani palenia zwłok nad świętymi rzekami”.

Eksplozja optymizmu

Takie spostrzeżenia miała nie tylko Agnieszka. Już niemal sto lat temu jeden z twórców psychoanalizy Carl Gustav Jung pisał w głośnej książce „Podróż na Wschód”: „Dzięki Bogu istnieje jeszcze człowiek, który nie nauczył się myśleć, lecz zachował zdolność postrzegania swych myśli, jakby to były wizje albo żywe przedmioty. Człowiek, który ocalił swoich bogów i żyje wraz z nimi. Co prawda jest to życie irracjonalne, pełne okropności, chorób i śmierci, a jednak jest ono spójną całością, pełną niewysłowionego emocjonalnego piękna”.

Dzisiejsze Indie oczywiście zmieniają się i nasiąkają nowoczesną cywilizacją. Ale zwłaszcza poza centrami wielkich miast ludzie wciąż żyją tak, jak ujmował to Jung: w symbiozie ze swymi bogami i nie przejmując się tym, co pomyślą o nich przybysze z innego świata. Psycholog właśnie w tej autentyczności widział siłę zapewniającą hinduistom i buddystom wewnętrzny spokój nawet wtedy, gdy spadały na nich najgorsze nieszczęścia. „Melancholijne spojrzenie półnagiego, niewykształconego wieśniaka zdradza przeczucie nieświadomej wiedzy o tajemnych prawdach” – pisał w „Podróży na Wschód”.

Ta tajemna i nieświadoma, bo wpajana od pierwszych dni życia wiedza, to przede wszystkim poczucie pełnej jedności świata materialnego i duchowego. Cywilizacja europejska już w starożytności rozdzieliła te sfery, ale w ludziach pozostała tęsknota za utraconym rajem. I kiedy pierwsi niepokorni – pisarze, myśliciele i artyści – odkryli duchowość Wschodu, odżyła nadzieja, że można go odzyskać, podążając ku „światłu Orientu”.

Prawdziwa eksplozja tego optymizmu nastąpiła w latach 60. XX wieku, gdy cały zachodni świat ogarnęła fala młodzieżowych buntów. Najbardziej słyszalnym głosem pokolenia stali się wówczas hipisi, którzy sami siebie nazywali dziećmi-kwiatami, gdyż tak jak kwiaty chcieli żyć w pokoju i miłości, zgodnie z naturą. Wierzyli oni, że prawdziwą mądrość znajdą na Wschodzie. Masowo wyruszali więc do Indii i Nepalu, a gdy ich śladem podążyły gwiazdy muzyki i filmu – w tym takie sławy, jak Beatlesi, Mia Farrow i Donovan – podróż do tych krajów stała się marzeniem milionów.

Najgłośniej krzyczą głupcy

Urodzony w Indiach jezuita, psycholog i pisarz Anthony de Mello napisał w oparciu o nauki hinduskich mędrców pouczającą przypowieść. Oto pewnego dnia do duchowego mistrza przyszedł mężczyzna niewidomy od urodzenia i spytał: – Czym jest to, co wy nazywacie zielonym? Nauczyciel popadł w zadumę, nie wiedząc, jak opisać niewidomemu ten kolor. W końcu uznał, że trzeba go z czymś porównać.

– Zieleń jest czymś w rodzaju delikatnej, kojącej muzyki – powiedział.
Ślepiec pokiwał ze zrozumieniem głową i odszedł zadowolony z odpowiedzi. Wkrótce pojawił się następny i zadał to samo pytanie. Mistrz znowu posłużył się analogią.
– Kolor zielony przypomina bardzo delikatną, miłą w dotyku satynę – wyjaśnił.

Następnego dnia mędrzec wyszedł przed dom i zobaczył, że ślepcy obrzucają się wyzwiskami, wymachują pięściami i próbują nawzajem zmusić do uwierzenia, że zieleń to muzyka albo tkanina. Żaden nie wiedział, o czym mówi, ale każdy był przekonany, że posiadł absolutną prawdę. Czy nie przypomina to wielu dyskusji toczonych w naszym świecie? Czyż nie jest tak, że najgłośniej zawsze krzyczą ci, którzy najmniej wiedzą, bo niczego nie przeczytali, niczego nie widzieli, niczego nie przemyśleli, a jedynie powtarzają to, co od kogoś usłyszeli?

Nawet powierzchowny kontakt z kulturą Wschodu uczy ostrożności w wypowiadaniu „prawd objawionych”. Bo w żadnym innym miejscu na świecie ludzie tak dobrze nie wiedzą, że każdy może mieć swoją własną prawdę i żyć w zgodzie z nią, nie odczuwając potrzeby nawracania innych.
– Jak może czuć się bratem ten, kto uważa, że posiadł absolutną prawdę? –pytał retorycznie wielki mędrzec hinduski i polityk Mahatma Gandhi.
– Czyż nie byłoby wspaniale żyć w świecie, w którym każdy mówi: „Nie wiem”? – wtórował mu poeta Vivekananda.

Wszystko jest możliwe

Podróż na Wschód uczy, że przyznanie się do niewiedzy nie jest oznaką słabości. Wręcz przeciwnie: świadczy o tym, że człowiek ma siłę i odwagę, by szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. A ten, kto szuka, także innym przyznaje prawo chodzenia własnymi ścieżkami. Nawet jeśli jego zdaniem nie prowadzą one do celu. To dlatego właśnie w Indiach narodziła się idea walki bez stosowania przemocy.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że ten olbrzymi kraj jest bardziej zróżnicowany niż Europa, że mówi się w nim większą liczbą języków niż na naszym kontynencie, a religia, którą określamy jako hinduizm, to w rzeczywistości niezliczona ilość rozmaitych nurtów, odłamów, szkół i sekt. Mimo tej różnorodności miliard ludzi żyje obok siebie, nie wzniecając konfliktów religijnych i nie bojąc się utraty własnej tożsamości.

– Gdy wracam ze Wschodu, jestem bardziej wyrozumiała i tolerancyjna – mówi Agnieszka. – Oczywiście po pewnym czasie ten stan mija, bo nasza cywilizacja nie pozwala zapomnieć o czasie i konieczności posiadania własnego zdania na każdy temat. Ale na szczęście zawsze mam w odwodzie plany kolejnej podróży, która pozwoli mi się wyrwać z tego kieratu i na kilka dni zapomnieć, że ciągle coś muszę.

W Azji mogę sobie pozwolić na zupełnie inne rzeczy, nawet na wiarę w cuda.
Agnieszka wspomina swoją wizytę w aśramie słynnego Sai Baby. Nie spotkała go osobiście, gdyż guru rzadko pojawia się publicznie. Nasłuchała się jednak tylu opowieści o jego niezwykłych umiejętnościach, że chciała koniecznie się dowiedzieć, co o nich myślą sami Hindusi.

Najbardziej utkwiła jej w pamięci odpowiedź pewnego ascety, który na pytanie, czy to możliwe, by człowiek wyczarowywał z nicości złote pierścienie i unosił się w powietrzu, odpowiedział: „A jakie to ma znaczenie? Jeśli ludzie czują się szczęśliwsi, wierząc w cuda, to Sai Baba je czyni. Jeśli szczęście daje im niewiara, to także doznają cudu”.
– Warto podróżować choćby po to, aby usłyszeć takie słowa – rozpromienia się Agnieszka. – Bo kto w Polsce mi powie, że wszystko, co robię i o czym myślę, jest cudowne?

Szukaj skarbu pod progiem

Hindusi czasem się dziwią, czasem trochę pokpiwają z naszej wiary, że podróżując na Wschód, odkryjemy coś niezwykłego.
– Gdy patrzę na was, widzę ludzi niespokojnych, którzy wciąż czegoś szukają, ale sami nie wiedzą, czego – opowiadał mi asceta, wyznawca dżinizmu, najbardziej rygorystycznej z hinduskich religii.
Nie miał niczego i niczego nie pragnął, więc patrzył na nas jak na przybyszów z innej planety. Nie przekonywały go tłumaczenia, że przyjeżdżamy do Indii właśnie po to, by się choć trochę uwolnić od niepokoju, w który nas wpędza nasz świat.
– Gdybyś tego naprawdę chciał, zostałbyś tam, gdzie jest twoje miejsce – popatrzył na mnie przenikliwie i opowiedział dziwną historię.

Pewien człowiek o imieniu Rao usłyszał we śnie, że jeśli pójdzie do stolicy, pod murem świątyni znajdzie skarb. Po przebudzeniu wyruszył więc w drogę. Przemierzył cały kraj i kiedy wreszcie dotarł do wskazanego miejsca, zastał tam żebraka. Poprosił go o pomoc w wydobyciu skarbu. A żebrak odpowiedział: „Właśnie miałem sen, że znajdę coś bardzo cennego pod progiem domu człowieka o imieniu Rao. Ale ja w sny nie wierzę i nigdzie nie pójdę”.

Rao przez wiele dni przekopywał ziemię pod murem. Niczego nie znalazł. Uznał więc w końcu, że nie warto wierzyć w sny i wrócił do siebie. Minęły lata. Rao zestarzał się i już u schyłku życia przypomniał sobie o śnie żebraka. Zajrzał pod próg i... znalazł tam skrzynię pełną klejnotów. Nie zdążył się nią jednak nacieszyć, gdyż ledwie uniósł wieko, zmarł.

Według dżinijskiego ascety rację miał żebrak, który nie marnował sił na poszukiwanie skarbu daleko od domu. Tę opowieść można jednak odczytać inaczej. Dzięki wędrówce Rao dowiedział się, że jest posiadaczem czegoś bardzo cennego i wystarczy, by rozejrzał się wokół siebie, a znajdzie to, czego szukał. Wielu z nas też śni o lepszym życiu i wierzy, że przepis na nie odnajdzie gdzieś daleko.

Nie da się jednak uciec od samego siebie, więc żadna podróż, nawet ta najbardziej wymarzona, nie uwolni od wewnętrznych rozterek. Ale można w jej trakcie spotkać kogoś, kto tak jak ten żebrak powie, że skarb, którego szukamy, znajduje się tam, skąd wyruszyliśmy. Może więc jednak warto podróżować. Z oddali często widać lepiej, a światło przecież przychodzi ze Wschodu.


Tekst: Kazimierz Pytko

Źródło: Wróżka nr 5/2008
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020