Osobowość spod skalpela

Dotychczas operacje mózgu kojarzyły się głównie z koniecznością usuwania guzów, skrzepów krwi, fragmentów uszkodzonej czaszki. Dzisiaj neurochirurdzy chcą za pomocą skalpela modelować ludzką osobowość.

Osobowość spod skalpela

Kiedy pod koniec lat 30. XX wieku portugalski psychiatra Egas Moniz odkrył, że operacyjne przerwanie połączeń nerwowych między przednią częścią kory mózgowej a pozostałą częścią mózgu powoduje uspokojenie nawet najbardziej nerwowego pacjenta, świat medyczny zamarł z zachwytu. Zachwytu tym większego, że operacje takie umożliwiały często likwidowanie objawów padaczki i ciężkich stanów lękowych.

Wydawało się, że możliwość chirurgicznego modelowania naszej osobowości jest tylko kwestią czasu. Naukowe periodyki prześcigały się w wychwalaniu psychiatry, a Szwedzka Akademia Nauk przyznała mu w 1949 roku Nagrodę Nobla. Na całym świecie przeprowadzano tysiące operacji zwanych lobotomią. Największą popularność lobotomia zyskała w Stanach Zjednoczonych. Amerykański lekarz Walter Freeman ze swoim współpracownikiem Jamesem Wattsem na fali rosnącej mody na lobotomię opracowali tak zwaną lobotomię czołową.

By przerwać połączenia nerwowe między czołowymi płatami mózgowymi a międzymózgowiem, Walter Freeman zastępował znieczulenie pacjentów wstrząsami elektrycznymi i wbijał w mózg przez kości oczodołowe szpikulec do łupania lodu. Zabiegi te, których w ciągu swojej kariery medycznej wykonał blisko 35 000, robione były właściwie „na ślepo”. Wielu pacjentów nie przeżywało, a sam Freeman twierdził, że nawet w wypadkach śmiertelnych sama metoda była dobra, tylko pacjenci nie zawsze ją przetrzymywali. Pikanterii tym zabiegom dodawał fakt, że Walter Freeman nie był zawodowym chirurgiem. Mimo wszystko przez lata całe cieszył się ogromnym zaufaniem wielu środowisk medycznych, choć nie brakowało też takich lekarzy, którzy go ostro krytykowali.

Bezgraniczna wiara w sukces tego typu zabiegów oparta była na analizie zachowań pacjentów tuż po operacji. Dopiero w jakiś czas później zdano sobie sprawę z faktu, że w dłuższym okresie takie bezpardonowe interwencje chirurgiczne powodują w życiu pacjentów więcej szkód niż pożytku. Walter Freeman też pewnie zorientował się w szkodach, jakie uczynił, gdyż przez ostatnie lata życia zaniechał zabiegów i podróżował po USA, by odwiedzać pacjentów, którym kiedyś pomógł, jakby chciał znaleźć usprawiedliwienie dla tego, co zrobił. Lobotomia została praktycznie wycofana z arsenału operacji chirurgicznych mózgu. To jednak nie oznaczało, że medycyna zrezygnowała z poszukiwania możliwości operacyjnego leczenia ludzkiej psychiki.

Przełom w psychochirurgii, bo tak określono nową specjalizację, dokonał się pod koniec ubiegłego wieku wraz z udoskonaleniem techniki oglądania mózgu w czasie pracy. Chirurdzy otrzymali wtedy możliwość precyzyjnego lokalizowania obszarów mózgu, które powodując zakłócenia, wywoływały u pacjentów zaburzenia psychiczne. Jednocześnie coraz intensywniejsze badania doprowadziły badaczy do wniosku, że mózg w wielu wypadkach potrafi sam zbudować nowe połączenia neuronowe, zastępując nimi te, które uległy zniszczeniu. Wiedzieli, że gdyby udało się „wyłączyć” wadliwe połączenia neuronowe, które wywołują na przykład nerwice, to mózg po jakimś czasie zbuduje nowe zdrowe łącza.

Rzecz w tym, że uśmiercanie chorych tkanek nie mogło pociągać za sobą niszczenia tych zdrowych. I tu z pomocą przyszły cienkie jak nitka elektrody. To właśnie przy wykorzystaniu tych elektrod i dokładnego obrazu mózgu mogli precyzyjnie, za pomocą prądu o wysokiej częstotliwości (powyżej 130 Hz) niszczyć „wadliwe” połączenia. Metoda ta okazała się zaskakująco skuteczna i właśnie dzięki niej psychochirurgia powoli zaczęła wracać do łask. Mimo licznych kontrowersji, jakie nadal wzbudza, wszystko wskazuje na to, że ta gałąź medycyny będzie się dynamicznie rozwijać. W Polsce pierwszą operację tego typu przeprowadzono w Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Bydgoszczy, gdzie zespół chirurgów pod kierownictwem profesora Marka Harata, niszcząc za pomocą elektrod wadliwe połączenia neuronów, wyleczył 40-letniego pacjenta z zespołu natręctw, między innymi z psychicznego przymusu planowania kolejnych czynności i przymusu ciągłego jedzenia. Dwugodzinna operacja zakończyła się sukcesem, na tyle zmieniając psychikę pacjenta, że może on normalnie funkcjonować.

Takich zabiegów, w których operacyjnie zmienia się osobowość pacjenta, jest coraz więcej. Na przykład w Narodowym Instytucie Zdrowia i Badań Medycznych we Francji przeprowadzono eksperyment z udziałem dziesięciu pacjentów cierpiących na nerwicę natręctw, bulimię oraz anoreksję. Do mózgów wszczepiono im elektrody połączone z elektrycznym stymulatorem, który umieszczono w klatce piersiowej. Okazało się, że wysyłany do mózgu co jakiś czas sygnał elektryczny osłabia objawy nerwicy. Całość działa jak rozrusznik serca, tyle że „porusza” mózg. Metoda ta daleka jest jeszcze od doskonałości, ale wiąże się z nią ogromne nadzieje, zwłaszcza że u siedmiu z dziesięciu pacjentów poddanych zabiegowi zaobserwowano znaczną poprawę stanu zdrowia psychicznego.
Okazało się, że za pomocą interwencji chirurgicznej można w mózgu, w zależności od potrzeby, uaktywniać lub „usypiać” pewne ośrodki bez widocznych szkód w działaniu całości organizmu.

Naukowcy stwierdzili, że dzięki stymulacji elektrycznej można nie tylko uśmiercać, ale czasowo wyłączać w ludzkim mózgu pracę niektórych jego części. Doświadczenia przeprowadzone przez amerykańskiego psychochirurga Petera Foxa wykazały, że w niektórych wypadkach stymulacja mózgu odpowiednio umieszczonymi elektrodami na kilka tygodni lub kilka miesięcy usuwa objawy depresji. Nie ma jednak pewności, czy powtarzanie takich zabiegów przynosi trwały efekt. Wielu neurologów jest zdania, że w niedalekiej przyszłości za pomocą precyzyjnego „włączania” lub „wyłączania” odpowiednich ośrodków w mózgu będzie można dowolnie kształtować osobowość, charakter i zachowania ludzi.

Jak sprawnie nasz mózg jest w stanie budować nowe lub „zadane” mu połączenia, świadczy przypadek francuskiego chłopca o imieniu Aleks, który urodził się z wadą mózgu uniemożliwiającą mówienie. Psychochirurdzy zmuszeni byli usunąć część „wadliwie” działającej lewej półkuli, by uchronić go przed napadami padaczki. Doszło do sensacji. Po zabiegu chłopiec zaczął mówić. Zaskoczenie było tym większe, że opanował tę sztukę, mając dziesięć lat, a dotychczasowe badania wskazywały na to, że jeśli ktoś nie mówi do szóstego roku życia, nie będzie mówił nigdy.

Wszystko więc wskazuje na to, że elastyczność mózgu w połączeniu z chirurgią pozwoli nam w przyszłości likwidować większość chorób o podłożu psychicznym. Fakt ten ma oczywiście swoje ciemne oblicze. Rozwinięta i sprawna psychochirurgia będzie miała możliwość zmieniania naszej osobowości w dowolną stronę. Na szczęście ta przerażająca perspektywa zdaje się być odległa.


Jerzy Gracz

reklama
Źródło: Wróżka nr 7/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020