Idź precz, szatanie!

Najsprytniejszą sztuczką diabła było przekonanie ludzi o swoim nieistnieniu. Ale są tacy, którzy nigdy nie dali się na nią nabrać. To egzorcyści.

Idź precz, szatanie! Bez wątpienia największym pogromcą złych duchów jest dziś ojciec Gabriele Amorth. 83-letni duchowny dokonał w swoim długim życiu ponad 70 tysięcy egzorcyzmów. Nie można go posądzać o pogoń za sławą czy pieniędzmi, gdyż działa bezinteresownie i za pełnym przyzwoleniem Kościoła. W roku 1986 został oficjalnie powołany przez papieża Jana Pawła II na stanowisko egzorcysty diecezji rzymskiej. Od tego czasu prowadzi energiczną walkę z poglądami zaprzeczającymi obecności diabła we współczesnym świecie.

Odnosi w niej niemałe sukcesy, gdyż po latach milczenia Kościół zaczął ponownie przypominać o zagrożeniu. Zgodnie z zaleceniami Watykanu biskupi mają obowiązek powołania w każdej diecezji przynajmniej jednego egzorcysty. W Polsce nakaz ten jest realizowany i w chwili obecnej do podjęcia zmagań z Szatanem jest przygotowanych około 60 księży. Trzy lata temu właśnie w naszym kraju, na Jasnej Górze, odbyło się Międzynarodowe Spotkanie Egzorcystów. Wzięło w nim udział około 300 delegatów z 27 krajów. O jego przebiegu nie wiadomo nic. Egzorcyści unikają bowiem rozgłosu, a obrzędy zawsze przeprowadzają dyskretnie i nie ma mowy, by mogli je obserwować dziennikarze.

Na szczęście mniej tajemniczy jest ojciec Amorth, który swoją pracę opisał w wydanej również po polsku książce „Wyznania egzorcysty”. Z jego doświadczeń wynika, że zły duch może zawładnąć ciałem człowieka z trzech powodów: najrzadziej robi to z własnej inicjatywy, częściej przybywa na żądanie, gdy wzywa się go podczas seansów czarnej magii lub obrzędów satanistycznych, ale aż 90% opętań to efekt rzuconej klątwy. I to nie tylko przez magów czy czarownice. Według ojca Amortha szczególną moc mają zaklęcia osób połączonych z ofiarą więzami krwi, zwłaszcza rodziców i dziadków. Skutki uroków rzuconych na potomka, który na przykład zdecydował się na ślub z nieakceptowaną przez nich osobą, bywają dramatyczne.

reklama

Klątwa okrutnej matki

Ojciec Amorth opisał wiele nieszczęśliwie zaklętych małżeństw. Pół biedy, gdy chodziło tylko o kłopoty finansowe czy nieustające kłótnie, gorzej, gdy straszną cenę za gniew dziadków płaciły wnuki. Któregoś dnia do duchownego zgłosił się z prośbą o pomoc mężczyzna. Pokazał mu swoje okaleczone nogi i opowiedział ponurą historię. Matka jego ojca chciała, by syn został księdzem, ale on wbrew jej woli ożenił się z dziewczyną, której nienawidziła. Oświadczyła więc, że go wyklina, wymazuje ze swej pamięci i nie chce nigdy więcej widzieć. Kilka lat później wyklęty mężczyzna posłał matce zdjęcie swojego synka licząc, że widok dziecka skruszy jej serce.

– Na zdjęciu byłem ja – mówił gość ojca Amortha. – Uśmiechnięty, ładny chłopczyk w krótkich spodenkach.

Zawzięta matka zamiast ucieszyć się wnukiem, dostrzegła jedynie jego odsłonięte nogi. I w złowrogim liście do syna napisała: „Oby ten chłopiec nigdy nie chodził po tej ziemi, a ty, jeśli kiedykolwiek przestąpisz próg mojego domu, obyś umarł”. Wkrótce chłopca zaczęły prześladować choroby nóg, trafił do szpitala, przechodził jedną operację za drugą. Po zabiegach pozostawały paskudne blizny. Gdy okrutna babcia w końcu umarła, jego ojciec odwiedził rodzinne miasteczko.

W pewnym momencie źle się poczuł i koledzy z przyzwyczajenia zaprowadzili go do domu, w którym się wychował. Położył się do łóżka i… już nie wstał. Lekarze stwierdzili zgon z powodu ataku serca. Dla opowiadającego tę historię mężczyzny było jednak oczywiste, że klątwa się spełniła i co gorsza zadziałała nawet po śmierci osoby, która ją rzuciła. Dlatego prosił księdza Amortha o odprawienie egzorcyzmów nad sobą, by nie stracić do reszty władzy w nogach. Jak zapewnia duchowny, obrzędy przyniosły pożądany efekt.

Psychiatra w piekle

Słynny egzorcysta wiedział, że jego działalności towarzyszy niedowierzanie, a czasem drwiny. Dlatego przed przystąpieniem do wypędzania złych duchów sprawdzał, czy ma do czynienia z faktycznym opętaniem, czy z chorobą psychiczną. Nie bał się kontaktów z lekarzami i naukowcami. Dziesięć lat temu poprosił językoznawców z Instytutu Lingwistyki uniwersytetu w Rzymie, by przysłuchali się jednej z jego pacjentek. Uczeni stwierdzili, że wieśniaczka, która z trudem ukończyła jedynie szkołę podstawową, w czasie diabelskiego transu miotała przekleństwa w ośmiu językach.

Najbardziej zdumiewające było to, że nie popełniając błędów gramatycznych wykrzykiwała obelgi po aramejsku, a więc w języku, którym prawdopodobnie posługiwał się Jezus, a który dzisiaj zna zaledwie kilku specjalistów. Ojciec Amorth widział w tym jeden z najbardziej typowych objawów opętania. Odwoływanie się do sił nadprzyrodzonych długo nie przekonywało znanego psychiatry profesora Simona Morabito. Uczony zgłaszany za wybitne dokonania w dziedzinie medycyny do Nagrody Nobla był racjonalistą i uznawał wiarę w opętanie przez diabła za średniowieczny przesąd. Do czasu…

Pewnego dnia w jego gabinecie zjawili się rodzice z 19-letnim synem o imieniu Fabio. Opowiedzieli, że chłopak rozpoczął studia, ale nie jest w stanie ich kontynuować, gdyż dręczą go napady niczym nieuzasadnionych lęków i depresji. „Wyglądało to na typowy przypadek psychozy maniakalno-depresyjnej – wspomina prof. Morabito w autobiograficznej książce „Psychiatra w piekle” – ale nagle twarz pacjenta stężała i nabrała przerażającego wyglądu. Z nieprawdopodobną szybkością odwracał głowę ku stojącym z tyłu rodzicom i cedził przez zaciśnięte zęby: Nienawidzę swojego ojca, nienawidzę swojej matki”.

Po kilku minutach chłopak uspokajał się i kontynuował rozmowę z lekarzem, nie zdając sobie sprawy z tego, co przed momentem zaszło. W trakcie pierwszej wizyty powtórzyło się to jeszcze dwa razy. Ponieważ prof. Morabito nigdy wcześniej nie zetknął się z podobnym zachowaniem, umówił pacjenta na seans psychoanalizy. Fabio zjawił się punktualnie, był miły, rozluźniony, chętnie odpowiadał na pytania. I kiedy wydawało się, że wszystko przebiega rutynowo, nagle dostał konwulsji, zaczął przeraźliwie krzyczeć i z całej siły uderzać głową o ścianę. Pięciu wezwanych na pomoc sanitariuszy z najwyższym trudem go obezwładniło, Morabito podał mu bardzo silny zastrzyk uspokajający. Ale środek, który każdego z wcześniejszych pacjentów zmieniał w łagodnego baranka, tym razem nie zadziałał. Fabio nadal przeklinał i tłukł głową o podłogę. Po czym tak samo nagle jak wpadł w szał, uspokoił się.

Niewiara pokonana

Lekarz obawiał się, że chłopak doznał wstrząsu mózgu. Zbadał go i ze zdumieniem stwierdził, że na poobijanej niemiłosiernie głowie nie było najmniejszych śladów uderzeń, żadnych siniaków, guzów, zadrapań. Druga wizyta przebiegła identycznie, a końska dawka innego środka uspokajającego również okazała się nieskuteczna. Morabito nie bardzo wiedział, co dalej robić. Na kolejny seans pacjent nie przyszedł. Kilka miesięcy później pojawili się natomiast jego rodzice i poinformowali, że skorzystali z pomocy księdza-egzorcysty. Z ich relacji wynikało, że napady ustąpiły i Fabio czuje się dobrze. Profesor Morabito wciąż jeszcze rozmyślał nad tym zadziwiającym przypadkiem, gdy przeżył kolejne mrożące krew w żyłach zdarzenie. Zgłosiły się do niego dwie kobiety, córki zamożnego przedsiębiorcy. „Gdy weszły, poczułem, że temperatura w gabinecie gwałtownie spadła i zrobiło się przeraźliwie zimno” – opisuje w swojej książce. Starsza z kobiet wyjaśniła, że przyprowadziła siostrę, Francescę, z którą w nocy dzieje się coś niedobrego.

– Z jej pokoju dobiegają straszliwe krzyki, jęki, płacz, odgłosy rzucanych o ścianę przedmiotów – opowiadała – rano Francesca schodzi na śniadanie blada, wyczerpana, często posiniaczona i podrapana. Z dalszej opowieści wynikało, że rodzina podejrzewa ją o przynależność do sekty satanistów. Lekarz słuchał uważnie, zastanawiał się nad wyborem terapii i nagle z zadumy wyrwał go syczący głos: „Zahipnotyzuj mnie!”. Zobaczył przed sobą pełną nienawiści, wykrzywioną w demonicznym grymasie twarz Franceski, jej wzrok paraliżował go.

W swej praktyce spotykał wielu niebezpiecznych pacjentów, ale nigdy się ich nie bał. Tym razem poczuł, że przeszywa go dreszcz zgrozy, miał nieodparte wrażenie, że to nie ta kobieta, lecz jakaś zupełnie inna istota próbuje mu rozkazywać. Z największym wysiłkiem podniósł się z krzesła i wezwał na pomoc znajdującego się w sąsiednim pokoju zaprzyjaźnionego prawnika. Dzięki niemu zmobilizował się na tyle, by umówić termin następnej wizyty. Po tygodniu było jeszcze gorzej. Nie tylko wiało lodowatym chłodem, ale pojawiły się groźby. Gdy przygotowany na ciężkie przejścia doktor Morabito odmówił ponowionego żądania zahipnotyzowania pacjentki, Francesca świdrując go wzrokiem wycedziła chrypiącym, męskim głosem: „Ty nieszczęśniku, zapłacisz mi za to. Zabiję cię!”. Przeżegnał się, odmówił modlitwę, pospiesznie zakończył spotkanie i poradził rodzinie, by udała się do egzorcysty. W „Psychiatrze w piekle” napisał, że dopiero po serii kilku obrzędów kobieta zaczęła wracać do normalnego życia.

Egzorcyści przed sądem

Zmagania ze złym duchem nie zawsze kończą się sukcesem. Czasem wystarcza drobny błąd lub chwila nieuwagi, by sprowokować nieszczęście. Gabriele Amorth jako przestrogę przytacza fatalne doświadczenie swego nauczyciela, ojca Candido Amantiniego. Egzorcyzmując w roku 1971 pewnego mieszkańca wsi pod Perugią, duchowny nieopatrznie nakazał demonom, by wstąpiły w biegającą po podwórku maciorę. Następnego dnia zwierzę zagryzło gospodynię. Sprawa skończyła się w sądzie, który orzekł, że doszło do nieszczęśliwego wypadku i uniewinnił ojca Candido.

Mniej wyrozumiałości okazali siedem lat później sędziowie w Niemczech. Stanęło przed nimi dwóch egzorcystów – księża Arnold Renz i Ernst Alt oraz rodzice 24-letniej Anneliese Michel. Bardzo religijna dziewczyna zmarła z wycieńczenia po odprawianych nad nią przez dziesięć miesięcy egzorcyzmach. Prokurator zarzucił duchownym, że zamiast skierować ją na leczenie psychiatryczne przeprowadzali „szarlatańskie zabiegi”. Sąd podzielił ten pogląd i skazał oskarżonych na pół roku więzienia. Po tym orzeczeniu Kościół w Niemczech zabronił księżom egzorcyzmowania opętanych.

Sprawa była jednak bardziej skomplikowana i nie skończyła się wraz z sądowym orzeczeniem. Ojciec Renz zdawał sobie sprawę, że w razie niepowodzenia może zostać ukarany, dlatego dokumentował swoje spotkania z Anneliese, nagrywając je na magnetofon. 51 taśm przekazał naukowcom badającym odmienne stany świadomości i zjawiska określane jako trans religijny. Profesor Felicitas Goodman, uznawana za największy autorytet w tej dziedzinie, potwierdziła, że dziewczyna mówiła sześcioma różnymi męskimi głosami.

Najcięższe przekleństwa miotała, kiedy duchowny pokazywał jej krzyż i różaniec. W ostatnich dwóch tygodniach przed śmiercią odmawiała przyjmowania pożywienia, zjadła jedynie kilka pająków, które nie wiadomo skąd pojawiły się w domu, i piła własny mocz. Podczas ataków opętania rozbierała się do naga i, przeraźliwie krzycząc, skakała po ścianach. Powinna słaniać się z głodu, tymczasem okazywała niezwykłą siłę i zwinność. Prof. Goodman nie jest osobą religijną, ale w podsumowującej wyniki swych badań książce stwierdziła, że zachowania Anneliese nie można wytłumaczyć w racjonalny sposób.

Oliwy do ognia dolał szwajcarski psychiatra dr Theo Weber-Arma, który prześledził historię domniemanej choroby psychicznej dziewczyny i ustalił, że rodzice zrobili wszystko, co mogli. Przez sześć lat szukali pomocy u lekarzy i psychiatrów, podawali córce przepisywane przez nich leki przeciwko epilepsji i innym dolegliwościom. Dopiero gdy te środki zawiodły, a stan chorej ciągle się pogarszał, zwrócili się do egzorcystów. Kilka lat temu rodzice i ojciec Renz zdecydowali się ujawnić zapiski z pamiętnika prowadzonego przez Annelise. Wynika z nich, że dziewczyna zdawała sobie sprawę ze swego stanu i wiedziała, czym został spowodowany. „Jezus powiedział mi: będziesz cierpieć za innych, a twój ból posłuży zbawieniu wielu dusz” – pisała po pierwszych egzorcyzmach. Krótko przed śmiercią złożyła dramatyczne wyznanie: „Chciałam cierpieć za innych, ale nie wiedziałam, że będzie to tak straszne, tak potworne”.

Zdaniem księdza Renza może to być dowód, że Annelise była dręczona przez złego ducha w podobny sposób jak wielu świętych. W tym poglądzie nie jest odosobniony. Na grobie dziewczyny nieznani ludzie wciąż zapalają znicze i składają kwiaty. Coraz częściej odzywają się głosy, że była męczennicą i powinna zostać beatyfikowana. Watykan nigdy tego nie wykluczył. Przed dwoma laty amerykański reżyser Scott Derrickson nakręcił oparty na jej losach film „Egzorcyzmy Emily Rose”, w którym jednoznacznie opowiedział się po stronie napiętnowanego niegdyś za ciemnotę duchownego.

Zło rośnie w siłę

Rosnąca sława takich osób jak ojciec Amorth, przywrócenie honoru księdzu Renzowi, powoływanie coraz większej liczby egzorcystów, organizowanie ich międzynarodowych konferencji rodzi niepokojące pytanie, czy w dzisiejszych czasach nasila się aktywność złych duchów. Ksiądz Marian Piątkowski, koordynujący działalności polskich egzorcystów odpowiada, że szatan zawsze działał podobnie, ale do niedawna wstydliwie ukrywano te sprawy, a obecnie znów zaczyna się nich mówić bardziej otwarcie. I przestrzega, by nie traktować tego jak taniej sensacji, gdyż najbardziej niebezpieczne jest Zło, które się lekceważy.


Andrzej Mikorski

Źródło: Wróżka nr 10/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019