Pomiędzy jeziorami

Opuściła rodzinną Gdynię. Bez zastanowienia. I choć życie w wiejskim domu nieraz wystawiało ją na próbę, dzisiaj wie, że bez niego nie potrafiłaby tak naprawdę być sobą.

Pomiędzy jeziorami Najpierw nauczyła się marzyć. Ojciec, kapitan żeglugi wielkiej, podarował jej któregoś dnia wielką mapę świata. Patrzyła na żółto-zieloną Afrykę i brązowo-czerwoną Azję z wielkimi niebieskimi plamami pośród lądów: Bajkałem i Jeziorem Czad. I nauczyła się marzyć, że ku nim wędruje. A kiedy już poznała marzenia, zapragnęła więcej – zatrzymać je. Zakląć w słowa.

Albo inaczej: od dziecka wiedziała, że będzie pisać. Pisać książki i wiersze. Na skrawkach papieru, które potrafią zapamiętać to, co czuła. Studiowała filologię i marzyła o małym białym domku w Bieszczadach albo na Mazurach. Będzie tam pielić kwiaty, hodować owce, kochać prawdziwego mężczyznę i pisać. Pisać bez końca. Przed jednym z urlopów poszli z mężem zamieścić w prasie ogłoszenie.

– Treść pamiętam do dzisiaj: „Niewielkie, ładnie położone gospodarstwo kupię. Stan techniczny obojętny” – śmieje się Mariola, długowłosa, radosna, dziewczęca. – I ten „stan techniczny obojętny” dał nam się nieźle we znaki.

Sens życia według Marioli Platte

Mazury. Dwa domy, dwa budynki gospodarcze i stodoła w dolinie pośród lasów i pól. Między dwoma leśnymi jeziorkami oddzielonymi szutrową drogą. Kilka kilometrów od Gietrzwałdu. Kiedyś pewnie ciągnęły tędy na pobliski Grunwald wojska Jagiełły lub rycerze niemieckiego komtura z ostródzkiego zamku. A teraz żadnych sąsiadów. Do starego domu wchodziło się przez kuchnię i łazienkę. Zresztą wszystkiego było jedno pomieszczenie dające się zamieszkać. W drugim brakowało sufitu i podłogi. Zamiast niej wygrzebany dół na śmiecie. U notariusza byli 14 września. A w Wigilię z kranu po raz pierwszy popłynęła woda. Zimna jak świat za oknami.

reklama

– Był 1981 rok. Stan wojenny. Nie można było wyjechać, nawet gdyby było czym się przebić przez tę zimę. Leżałam w tym jedynym pomieszczeniu. Zimno. A ja w stanie błogosławionym. Już bez zapasów jedzenia, jeszcze bez kartek na nowy adres. A śniegu tyle, że z trudem dało się dojść po chleb – rozkłada ręce. – Dziwny rok. Rok, w którym uwierzyłam, że jestem szczęściarą.
Miała w tym domu trzy takie krytyczne momenty. Trzy próby.

– Jakby Ktoś na Górze chciał sprawdzić, czy potrafię przetrwać wszystko, co trzeba przetrwać, żeby być szczęśliwym – dziś łatwo to powiedzieć.

I łatwo usłyszeć w domu, co pozabliźniał wszystkie rany, dostał własne imię „Plattówka” i krakowskie meble po babci. Dziś w kuchni, w miejscu, gdzie kończył się stary dom, a później dobudowana została zimna spiżarnia, wiszą prawdziwe szynki i kindziuki. Na ścianach poetyckie laury sąsiadują z nagrodami w konkursach kulinarnych. Ramka z wierszem napisanym przez uczestnika uroczystego otwarcia stodoły artystycznej – z laurem „Przysmak Kłobuka”, który otrzymała za cebulaki z sosem błogotrawiennym.

Z dumą podaje na stół „Puszajtisówkę” – nalewkę z czarnego bzu. Puszajtis to bóstwo z pruskiej mitologii. Mieszkał w bzowych korzeniach i z ludźmi kontaktował się przez swoich posłańców – skrzaty Barstuki. Nie mogła nazwać nalewki inaczej niż tylko jego imieniem. Przecież nie mieszkał gdzieś daleko za górami i lasami. Tutaj mieszkał, nad dwoma leśnymi jeziorkami.

Mariola zawsze marzyła o małym domku. Gdzie będzie pielić kwiaty, hodować owce, kochać i pisać. Katastrofy

Ale wtedy, na początku, do wsi docierał tylko autobus. Kupno samochodu w czasie stanu wojennego graniczyło z cudem. Wygrali wprawdzie syrenkę w zakładach sylwestrowych totolotka, ale...

– Sprzedaliśmy ją i pojechaliśmy kupić emzetkę! I skórzane kurtki, żeby tym motocyklem wędrować po kraju. Pierwszy raz dotarliśmy tutaj na motorze. A potem udało się kupić traktor na kredyt. Kiedy zjeżdżał na podwórko, czekał na niego transparent: „Witamy pierwszy ciągnik”. Młodzi byliśmy. Coś grało nam w duszy, jakaś wewnętrzna potrzeba, żeby uczynić życie niezwyczajnym. Cudownym…

Kupili z mężem, siostrą i szwagrem owce. A kiedy zbankrutowali, znów myślała: odejść czy jednak zostać. Została. Ale wkrótce okazało się, że jest sama. Mężczyźni czasem odchodzą. Z powrotem do miast. Ulic szerokich. Domów pełnych obcych świateł.
– Nocą po głowie krążą katastrofy – pisała wtedy – w biel dnia rzucam szarym słowem czarne strofy pracy…
Postanowiła, że spłaci długi, że będzie walczyć.
– Ale jak? – zapytałam samą siebie – i wtedy znowu zdarzył się cud… W jednej chwili przyszło mi do głowy jakieś pół tysiąca pomysłów.

Przebudowała dom. Pokój po pokoju, od nowa. Szukała sposobu, żeby sobie i światu dowieść, że potrafi. Wiersze już nie lądowały w szufladach. Publikowała, orała, kosiła i murowała. I wymyślała potrawy nieznane albo w starych papierach odgrzebywała zapomniane receptury. A kiedy nastała demokracja, uwierzyła, że wszystko jest możliwe. Do Sejmu X kadencji startowała przebrana za babę, co sprzedaje jaja po 256 złotych.
– To był numer mandatu – do dziś śmieje się z tego żartu. – Nie byłabym człowiekiem renesansu, gdybym nie spróbowała. Telewizja nakręciła reportaż, gazety lokalne i krajowe opisywały, jak jedzie autostopem na spotkania wyborcze, bo jej tarpan rozkraczył się na mazurskich szutrach. A potem słuchała ludzkich opowieści. O tym, jak ich wysiedlano z Łańskich Lasów, żeby tworzyć tereny łowieckie dla prominentów…

Do Sejmu nie weszła. Ale od tej pory nie umiała już żyć bez spotkań z ludźmi. Nauczyła się jednego – samotność nie ma związku z liczbą osób, jaka jest w zasięgu wzroku…. Jeździ od miasta do miasta ze swoją poezją. A w domu między dwoma jeziorkami otworzyła agroturystykę. Jedną z najlepszych na Mazurach. Piszą o niej „Plattówka – Dom Dziewczyny znad Jeziora”.
– Tylko miasto było w moich wierszach ciągle jeszcze obecne… jakbym zostawiła w Gdyni duszę, jakbym ciągle musiała się żegnać, rozliczać, zamykać dawne sprawy. Aż wreszcie odkryłam, jak się oswaja czas…

Wtedy napisała wiersz, który lubi najbardziej:
Kiedy porastało mnie miasto
Było mi dymnie – nie dumnie
Duszno – nie duchowo
I bardzo ciasno
Dopiero dzisiaj wiem…
Biały frak i młyńskie koła


Pomiędzy jezioramiKiedyś, w czwartej klasie podstawówki, napisała wiersz o domu. O tym, że klon stoi w ogródku i brzeg jeziora tuż przy płocie. I że to jest dom, do którego chce się wracać.
Niedawno zimą wspięła się na wzgórze za jeziorem. Było minus dwadzieścia, szreń osypywała się, szeleszcząc, z gałęzi srebrnym pyłem. Obejrzała się, popatrzyła w dół, za siebie. I zobaczyła „Plattówkę”. Dom z dziecięcych marzeń. Ten, przy którym „na sznurze od bielizny, za stodołą, suszą się wesoło kropelki deszczu”… Ten, który zanim ją przyjął, potrafił bezlitośnie wystawiać na próbę. Ten, w którym miała pisać książki.

I tak się stało. Siedem tomów poezji, dziesiątki felietonów w prasie i radiu, komedię muzyczną dla Teatru Jaracza, piosenki dla „Czerwonego Tulipana”, co były melancholijne, a i tak stały się przebojami…
Kawał drogi przeszła od dnia, kiedy przyjechała tu po raz pierwszy zieloną emzetką z Gdyni do Gietrzwałdu.

– I tak moje życie się spełniało. Z jednego marzenia rodziło się kolejne… Aż czasami pytam: „Boże, czy to już koniec? Czy już wszystkiego dopełniłam?”. Ale przecież nie. Jeszcze musi obok domu być młyńskie koło. Woda musi płynąć z jednego miejsca do drugiego. Coś stale musi się poruszać.
– Bo dopiero wtedy dom jest szczęśliwy, kiedy woda toczy się koło niego – tłumaczy stare pruskie wierzenia.

Mariola zna jednego z ośmiu żyjących jeszcze potomków Prusów. Poznała kolejnych pasjonatów gromadzących, odtwarzających i tworzących pruski język poprzez badanie słów, które jeszcze w startych zapisach pozostały. I poznaje najrozmaitsze obyczaje, takie jak na przykład rzucanie placka przez ogień, żeby się potem dobrze upiekł w płomieniu.

Źródło: Wróżka nr 6/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020