Zapomniana klątwa

„Pamięć jest jak fikcja literacka. Wybieramy to, co najjaśniejsze i najciemniejsze, odrzucając to, co napawa nas wstydem, i w ten sposób tkamy rozłożysty dywan naszego życia”.

Zapomniana klątwaTak podsumowała wielowątkową opowieść o własnej rodzinie Isabel Allende. Czytając „Portret w sepii”, zazdrościłam autorce, że tyle wie o swoich przodkach. Moja rodzina, zwłaszcza ta dalsza, spotyka się głównie na ślubach i pogrzebach. A kiedyś, dobrze to pamiętam, zasiadało przy świątecznym stole mojej babci kilkanaście osób. Pomyślałam, że stan dzisiejszy należałoby zmienić, by także móc „utkać” ze wspomnień rodzinną sagę, zanim odejdą najstarsi świadkowie minionych wydarzeń. Ten zapał pewnie by mi minął jak wiele innych, gdyby nie odwiedziny pewnej starszej pani, która zjawiła się u mnie kwietniowego poranka.

– Muszę uratować wnuczkę – powiedziała.
– Przed czym? – zapytałam zaciekawiona.
– Przed rodzinną klątwą – odpowiedziała. – To nie może się powtórzyć kolejny raz.
– Jak brzmi ta klątwa? – dociekałam.
– Nie wiem, ale wiem, jak działa. Ma fatalny wpływ na życie kobiet w mojej rodzinie. Dopiero niedawno poskładałam fakty. Przeczytałam pamiętnik babki Agnieszki i listy mojej matki…
– Jak mogłabym pani pomóc?
– Chcę wiedzieć, czy wnuczka wyjdzie za mąż z miłości.

Jej prośba wydała mi się dziwna. Czy nie prościej byłoby zapytać wnuczkę o jej uczucia do narzeczonego? Ale gdy spojrzałam w karty, zmieniłam zdanie.
– Pani wnuczka kocha mężczyznę, którego poznała za granicą, ale… z jakichś powodów wyjdzie za mąż za innego…
– Z jakichś powodów!? – przerwała mi wzburzona.– A więc znowu to samo!

reklama

Był rok 1901. W Krakowie szykowano się do premiery „Wesela” Wyspiańskiego, a w Warszawie było niespokojnie, trwały aresztowania wśród działaczy socjalistycznych kółek studenckich. Żandarmeria rosyjska zatrzymała na ulicy babkę mojej klientki. Wystarczyło, że szła pod rękę z poszukiwanym konspiratorem, przyjacielem jej narzeczonego. Oboje dostali wyroki więzienia i pięcioletnią zsyłkę na Syberię. Agnieszka i Stach po półtora roku twierdzy wyruszyli do Jenisiejska, gdzie wyznaczono im osiedlenie. Tam w 1905 przyszła na świat ich córka Mara, matka mojej klientki. Sześć lat później wszyscy wrócili do kraju.

– A co z dawnym narzeczonym? – zapytałam.
– Pobrali się, gdy babka owdowiała.
– Stracili tyle lat… – wyrwało mi się.
– Podobny los spotkał moją matkę – starsza pani ledwie panowała nad emocjami. – Był rok 1924. Tuż przed ślubem Mara pokłóciła się ze swoim ukochanym Janem. Suknia już wisiała w szafie. Z białej żorżety, z trenem. Ale on po kłótni z narzeczoną uniósł się honorem i wyjechał.

Nikt nie wiedział, dokąd. Po miesiącu okazało się, że mama jest przy nadziei. Babka Agnieszka namówiła zrozpaczoną córkę na ślub z synem jej przyjaciół. Od dawna wymarzonym zięciem. Nie takim lekkoduchem jak Jan.
– Poznała pani kiedyś swojego ojca? – zapytałam znowu.
– On mnie poznał – uśmiechnęła się do tego wspomnienia.
– Mimo że nie wiedział o moim istnieniu. Miałam 20 lat, na palcu pierścionek zaręczynowy, który podarował mamie. No i byłam do niej bardzo podobna. Zaprosiłam go do domu. Ojczym powiedział, że nigdy nie zgodzi się na rozwód, więc mama po prostu od niego odeszła.
– Tak działa ta klątwa? Najpierw plącze drogi życia, a potem je naprawia?
– Tak, mnie też się to przytrafiło. 1 sierpnia 1944 roku pożegnaliśmy się z moim narzeczonym Jerzym i każde z nas zgłosiło się do swojego oddziału. Byłam w powstaniu sanitariuszką. Jednemu z rannych kolegów, Krzysztofowi, umierającemu na moich rękach, obiecałam, że nigdy go nie opuszczę. I stał się cud. Jego stan zaczął się poprawiać. Potem, po wojnie, nie miałam sumienia cofnąć swojej obietnicy. Pobraliśmy się i szybko rozstaliśmy. Oboje byliśmy w tym związku nieszczęśliwi.
– Wtedy zjawił się dawny narzeczony Jerzy?
– Nie, nie było go w kraju. Spotkaliśmy się przypadkiem kilka lat później w Dubrowniku. Pojechałam do Jugosławii z Orbisem na moją pierwszą zagraniczną wycieczkę.
– Rozumiem, że pani córka dorzuciła do rodzinnej opowieści o klątwie swoją historię?
– Joasię rozłączył z ukochanym mężczyzną wypadek samochodowy. On był w trakcie rozwodu, kiedy jego żonę potrącił na pasach pijany kierowca. W tej sytuacji Marek musiał zostać z żoną przykutą na zawsze do wózka. Ale choć żyją z Joasią osobno, mają wspaniałą córkę, moją wnuczkę Sonię, i są szczęśliwi.

Spojrzałam w karty. Chciałam z nich wyczytać, dlaczego Sonia nie wyjdzie za mąż za tego, w którym się zakochała… i nie znalazłam ważnego powodu.
– Pani wnuczka może zmienić swój los – powiedziałam. – Musi tylko zaufać swojemu sercu i konsekwentnie dążyć do celu, nie zważając na trudności, które się pojawią. Pani może jej w tym pomóc. Kto wie, czy to nie jest sposób na rodzinną klątwę?

Przed Wielkanocą zadzwoniła do mnie siostra mojej babci ze strony ojca z propozycją wspólnego z jej rodziną świątecznego śniadania. Chciałam jej powiedzieć, że od jakiegoś czasu także o tym myślałam. Ale pewnie by mi nie uwierzyła. A po świętach umówiłyśmy się na oglądanie starych zdjęć z naszych rodzinnych albumów… w sepii.


Anna Złotowska

Źródło: Wróżka nr 4/2009
Tagi:
Komentarzy: 1
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020