W drodze do nirwany

Każdy mężczyzna stara się przynajmniej raz w życiu spędzić kilka tygodni w klasztorze. Robi to w trosce o swoją duszę, by zapewnić jej lepszy los w następnym wcieleniu.

W drodze do nirwany Książę Siddhartha Gautama miał dzieciństwo najlepsze z możliwych. Otoczony luksusem żył w pałacu, nie wiedząc, co to nieszczęście. Gdy już jako dorosły mężczyzna wyszedł za mury, zobaczył starca, człowieka chorego i zmarłego niesionego na marach. Dowiedział się w ten sposób o istnieniu starości, cierpienia i śmierci.

Zaczął się zastanawiać nad przyczynami tych zjawisk i nad tym, czy są one nieuchronne. Chcąc znaleźć odpowiedź, porzucił pałac, rodzinę, majątek i przez sześć lat wędrował jako żebrak po Indiach. Poddawał się tak ciężkim umartwieniom, że omal nie przypłacił tego życiem. Ale rozwiązania nie znalazł.

W końcu usiadł pod drzewem, by medytować tak długo, aż pozna Prawdę. Przeszkadzał mu w tym książę ciemności Mara, który na przemian straszył i podsuwał uwodzicielskie wizje pięknych kobiet, bogactwa, władzy. Gautama oparł się pokusom, po siedmiu tygodniach osiągnął stan oświecenia – stał się Buddą. Wiedzę, którą uzyskał dzięki duchowemu przebudzeniu, przekazywał pierwszym uczniom.

– Czym jest cierpienie? – pytał. I odpowiadał: – Cierpieniem są narodziny i śmierć, choroba i starość, konieczność obcowania z tymi, których się nienawidzi, rozłąka z tymi, których się kocha, niemożność spełniania pragnień. Pokonać cierpienie można przez uwolnienie się od wszelkich żądz i chęci posiadania, gdyż ten, kto niczego nie posiada i niczego nie pragnie, nie może też niczego stracić. Obiekty pożądania to nie tylko dobra materialne, ale również pragnienie życia. To ono sprawia, że ludzie nie potrafią się wyrwać z cyklu narodzin i śmierci, a ich dusze wciąż powracają na Ziemię, skazując się na nowe cierpienia.

– Kto pozna Prawdę – wyjaśniał – ten pokona złudzenia, którymi dotąd żył i zazna niczym niezmąconego spokoju. Cierpienie przestanie mieć do niego dostęp. Dążyć zatem należy nie do bogactwa i zaszczytów, lecz do osiągnięcia nirwany. W dużym uproszczeniu oznacza ona wygaśnięcie wszelkich pożądań, pragnień, poczucia własnej odrębności, rozpłynięcie się duszy w kosmicznej energii, duchowym Tchnieniu.

reklama

Najbardziej pożądani sąsiedzi

Z nauczania Buddy wypływał oczywisty wniosek, że do nirwany można się zbliżać tylko przez porzucenie kuszącego dobrami doczesnymi świata. Czyli zostanie mnichem. Po śmierci mistrza jego uczniowie ustalili zasady przyjmowania nowych członków do swego grona. Na znak zerwania z życiem rodzinnym i seksualnym nowicjusz musiał ogolić głowę, następnie przywdziać prostą szatę i wypowiedzieć trzy razy wyznanie wiary.

– Uciekam się do Buddy. Uciekam się do jego nauki. Uciekam się do wspólnoty – powtarzali 25 wieków temu pierwsi buddyjscy mnisi i powtarzają dziś ich następcy. Wspólnotą stały się klasztory. Początkowo skromne, nieróżniące się od wiejskich chat.

Stawiano je w miejscach odludnych, by nic nie przeszkadzało w nabożnym skupieniu, ale na tyle blisko miast i wsi, by świeccy mogli wspierać mnichów jałmużną, a oni odwdzięczać się im modlitwą oraz celebrowaniem różnych obrzędów, zwłaszcza pogrzebowych.

– Wolny od nienawiści i wrogości mnich przepełnia świat życzliwością i współczuciem – mówił Budda, wyjaśniając, dlaczego uczniowie nie powinni izolować się zbyt szczelnie.

Sąsiedztwo przynoszących spokój i łagodzących konflikty mnichów rzeczywiście było dobrodziejstwem, dlatego bardzo o nie zabiegano. Jednocześnie kształtowała się wiara, że chociaż świeccy nie mają szans na osiągnięcie nirwany, to jednak mogą zasłużyć na lepsze życie w nowym wcieleniu, jeśli zaopiekują się swymi uduchowionymi sąsiadami. Zaopatrywali ich więc w żywność, przekazywali datki na budowę i utrzymanie klasztorów.

Ta tradycja przetrwała do dziś. W krajach buddyjskich wciąż można oglądać o świcie korowody kwestujących mnichów. Idą najczęściej gęsiego, trzymając w dłoniach miseczki na jałmużnę. Wierni czekają na nich, pokornie chylą głowy i składają ofiary. Każdy daje, co może – ubodzy chłopi i sprzedawcy z bazarów garść ryżu, owoce, warzywa, zamożni biznesmeni wypakowują z bagażników samochodów zwoje tkanin i białe ręczniki, niektórzy sięgają do portfeli…

Nie mam nic, jestem wolny

Nic z tego, co zbiorą, do nich nie należy, wszystko przekazują wspólnocie. Zgodnie z ustanowionymi jeszcze za życia Buddy zasadami mogą posiadać na własność jedynie kilka rzeczy – miskę, brzytwę do golenia głowy, odzież, sandały, laskę. Nie są jednak skazani na życie w skrajnym ubóstwie i umartwieniach.

– Głód i ból powodują wyczerpanie ciała i otępienie umysłu, co sprawia, że człowiek nie jest w stanie ogarnąć zwykłych, codziennych spraw, a tym bardziej docierać do ukrytej Prawdy – wyjaśniał założyciel religii.

Buddyjscy mnisi nigdy nie nosili więc włosiennic, nie biczowali się, nie porastali brudem. Nie popadali też w drugą skrajność i nie folgowali swoim zachciankom. Podążali i nadal podążają drogą środka. Są wegetarianami, nie palą papierosów, nie piją alkoholu. W okresach postu – podczas nowiu i pełni księżyca – jedzą tylko dwa posiłki, o świcie i przed południem.

– Chociaż nie mamy nic, jesteśmy bardziej wolni niż nasi świeccy bracia – przekonywał mnich o imieniu Gyaltsen z klasztoru w Hemis na północy Indii. – Nikt z nas nie kłamie, więc nigdy nie zostanę oszukany. Nikt nie rzuca oszczerstw, więc nigdy nie zostanę obmówiony. Nikt nie krzyczy, więc nigdy się nie denerwuję.

Nic więc dziwnego, że do pierwszych mnichów masowo przyłączali się następni. Gdy skromne pustelnicze chaty przestały ich mieścić, zaczęli wznosić coraz bardziej okazałe klasztory. Niektóre, zwłaszcza w Tybecie, rozrosły się tak bardzo, że stały się kilkutysięcznymi miastami, z labiryntem uliczek, świątyń, kaplic i domów. Na początku XX wieku w tybetańskich klasztorach przebywało około 15 procent mieszkańców kraju. To tak, jakby w Polsce przywdziało habity ponad sześć milionów osób!

Wspaniałe dzieła buddyjskiej sztuki są w większości dziełem mnichów. Tu: złota świątynia Shwedagon w Rangunie. Szkoła innego życia

Mnisi nie zamykali się jednak w murach swych przybytków, wielu wyruszało w świat, by szerzyć nową wiarę. Dotarli do Chin, Korei, Japonii, Tajlandii, Birmy, Laosu, Kambodży… W czasach, gdy nie było telefonów i sprawnie działającej poczty, tracili ze sobą kontakt. Buddyzm nie ma też zwierzchników, którzy nadzorowaliby działalność klasztorów. Obowiązujące w nich zasady zachowania i dyscypliny ustalali sami mnisi. To nieuchronnie prowadziło do powstawania różnic.

Ale, podobnie jak w chrześcijaństwie, istnieją zasady obowiązujące wszystkich. Mnichom nie wolno więc uprawiać seksu, używać kosmetyków, tańczyć, nosić jakichkolwiek ozdób na stroju, zażywać środków odurzających, sypiać w zbytkownych łóżkach. Muszą także okazywać posłuszeństwo klasztornej starszyźnie i podporządkowywać się jej decyzjom.

Mogą co prawda z niego w każdej chwili zrezygnować i powrócić do stanu świeckiego, ale dla wielu takie rozwiązanie to tylko teoria. Poza osobami, które wstąpiły do klasztoru na krótko, istnieje bowiem bardzo liczna grupa mnichów przebywających tam od dziecka.

Osiem lat to dolna granica wieku, od której można rozpocząć nowicjat. Przez kolejne 12 chłopcy się uczą, ale poza umiejętnością pisania i czytania otrzymują zupełnie inną wiedzę niż w szkołach świeckich. Poznają naukę Buddy, studiują teksty religijne, opanowują techniki medytacji. W programach klasztornego nauczania nie ma biologii, fizyki, chemii… jest za to mnóstwo materiału, który muszą wkuć na pamięć.

Źródło: Wróżka nr 11/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019