Barbara w krainie słońca

Kolorowe curry, koralowa katharsis i długie noce rozmów pod gwiaździstym egipskim niebem. Mniej więcej tak wygląda od kilku lat życie Barbary Kucnerowicz-Polak. Czy należy jej zazdrościć? Na pewno. Ale najbardziej odwagi, że potrafiła zawalczyć o swoje szczęście.

Barbara w krainie słońca Jak wstać z łóżka, żeby czuć, że się naprawdę żyje? Zagrać vabank, spakować życie i... zamieszkać na Synaju, w Dahab.
– Otwieram oczy i pędzę przez ogród nad morze – mówi o swoim porannym rytuale Barbara Polak. – Biegnę zobaczyć słońce wschodzące nad Arabią Saudyjską. Wyłania się po kawałku. Bez pośpiechu. Prawie purpurowe. A ja siedzę na kamieniu jak zaczarowana. Moczę nogi w morzu i wiem, że żaden psycholog nie zapewni większego spokoju ducha, bo to jak obcowanie z Najwyższym. Kogokolwiek czy cokolwiek pod tym widzimy i rozumiemy. Cud to cud. Jeszcze do tego codzienny. Powtarzalny. Każdego dnia odkrywam to piękno na nowo, chyba że... zaśpię. W cieplejszych okresach robi sobie codziennie wodną wycieczkę, prosto na rafę. Dwa kilometry o świcie. Brzmi jak bajka? Bo to bajka.

Przeprowadzka na stałe do Egiptu była jedną z ważniejszych i lepszych decyzji, jakie podjęła w życiu. Druga co do ważności, zaraz po tej o urodzeniu kolejnego dziecka. Po pierwszej bardzo trudnej ciąży, po porodzie w szóstym miesiącu i śmierci córeczki. To był codzienny strach o to, że być może i tym razem się nie uda. To wtedy czuła, że gra o wszystko. Udało się. Dwa razy. W międzyczasie udało jej się jeszcze kilka rzeczy. Barbara Kucnerowicz-Polak to znakomity naukowiec, międzynarodowy fachowiec w grupie do spraw awarii chemicznych OECD, współpracownik Banku Światowego do spraw dziury ozonowej i... prawdziwa hippisowska dusza.

Bułka z masłem. Bez wędliny


Studiowała we Wrocławiu. W barwnych czasach. Kiedy zaczynała, w pamiętnym 1968 roku, przeszła przyspieszony kurs dojrzewania. Przede wszystkim w sensie politycznej świadomości, ale nie tylko.

reklama

We Wrocławiu ciągle się coś działo.

– Pamiętam, że kiedy trzy lata po studiach przyjechałam do Warszawy, życie studenckie wydawało mi się kompletną pustynią – opowiada Barbara. – Nie było nic oprócz dyskotek.
We Wrocławiu był Kalambur. Teatr Grotowskiego. Obejrzała wszystkie spektakle. Był Tomaszewski z pantomimą. Do tego Jazz nad Odrą i festiwal teatru otwartego z undergroundowymi zespołami z całego świata. Długie noce dyskusji.
– Rozmawialiśmy do 5 rano – wspomina. – Potem szłam do sali wykładowej i na ławkach spałam do 7.30, aż zaczynał się wykład.
To były noce, które poszerzały jej horyzonty, otwierały na świat daleko wcześniej, zanim w ten świat sama mogła się udać. Wtedy przecież nie można było nigdzie się z Polski wydostać. Ze względów ekonomicznych i politycznych. Często miała okazję obserwować młodych ludzi przyjeżdżających z daleka, którzy zwyczajnie komunizowali.

– Przyznam, że ciężko było im uzmysłowić, chociaż wielokrotnie próbowałam, że jak mają bułkę z masłem i wędliną w sklepie za rogiem, to łatwo im ulegać urokowi komunizmu. Niech zobaczą, co to znaczy, kiedy nie można wziąć własnego paszportu i wyjechać z kraju.
Rzeczywiście, nawet wybitnie uzdolniony student, jeżeli nie był elementem jedynie słusznej partii, mógł wtedy wyjechać najwyżej do Moskwy. Kiedy ona sama dostała propozycję stypendium w Heidelbergu, dziekan, do którego musiała napisać podanie o zgodę na wyrobienie paszportu, powiedział, że bardzo mu przykro, ale nie może pomóc, bo będzie miał z tego duże kłopoty.
– Naszym kolegom z Zachodu to wszystko wydawało się absurdalne, a ja stałam sobie z boku i obserwowałam ten dziwny świat – wspomina Barbara Polak.

Palmy na patio. Właśnie w tym obrazie Barbara zakochała się od pierwszego wejrzenia. Wiedziała od razu, że to miejsce musi być jej nowym domem.Einstein też grał na skrzypcach

Na uczelni politechnicznej uchodziła za dziwaka.
– Wszyscy zawsze myśleli, po moim sposobie bycia, noszenia się i spędzania wolnego czasu, że jestem z architektury – śmieje się. – Byłam trochę hippisowska.

Chemik – hippis? Według Barbary naukowiec z jednej strony powinien mieć umysł ścisły, precyzyjny i dobrze zorganizowany, a z drugiej strony artystyczny, spontaniczny. Kiedy patrzy się na naukowców wysokiej klasy, oni zawsze mają w sobie jakiś element artysty. Einstein doskonale grał na skrzypcach. Ona sama ma znajomych, którzy są pasjonatami flamenco, a zawodowo jako profesorzy zajmują się... detonacją.

Sztukę w każdym wydaniu kochała od zawsze. W latach intensywnej pracy naukowej swoje artystyczne potrzeby zaspokajała głównie jako jej konsument. Ale wierny i spragniony. We wszystkich miejscach na świecie, a zwiedziła ich mnóstwo, zawsze szukała dobrej muzyki, ważnej wystawy, wartościowego spektaklu. Zawsze starała się mieć oczy szeroko otwarte. I wrażliwe na piękno.
– Nie jestem zupełnie odlotową kobietą – żartuje Barbara. – Ale trochę polotu we mnie jest i czkawką się codziennie odzywa. Tego nie da się uśpić.

Dlatego ze wszystkich podróży naukowo-zawodowych przywoziła właśnie sztukę. Nie ciuchy, smaki czy trunki, jak większość. Dlatego jej dom w Dahab jest tak oryginalny. Można w nim znaleźć dosłownie wszystko. Kawałek rzeźby z Japonii, fragment płótna z Chin, obraz z Indii. Każdy przedmiot ma swoją historię.

Pani już dziękujemy

– Szło mi całkiem nieźle – mówi Barbara. – Co prawda mojego instytutu nie było stać na to, żeby dokądkolwiek mnie wysyłać, ale, powiem nieskromnie, byłam na tyle dobra, że kiedy na przykład Japończycy chcieli, żebym przyjechała z wykładem, płacili za to sami. Okres przełomu, początek lat 90., okazał się jednak dla nauki bardzo trudny. Wszelkie prace badawcze zostały odstawione na boczny tor, a wszystkie siły i pieniądze poszły przede wszystkim na rozruszanie gospodarki.

– Nie miałam już ani co publikować, ani nad czym pracować, wiedziałam, że nadchodzi martwy okres – wspomina. I właśnie wtedy pojawiła się propozycja pracy od straży pożarnej, która miała już w tym czasie również obowiązki związane z ratownictwem technicznym, chemicznym i ekologicznym. Barbara Polak miała się zająć wszystkimi aspektami związanymi z prawem międzynarodowym, za chwilę z Unią Europejską i OECD. Wiedziała, że to ciekawe zadanie, ale bała się zostać urzędnikiem. Pozostała jednak ekspertem.

– Pracowałam z ludźmi z całego świata – opowiada Barbara. – To był fantastyczny okres i bardzo fajny bodziec do dalszego rozwoju osobistego. A to właśnie na tym zawsze najbardziej jej zależało. Bardzo szybko nazwisko Kucnerowicz-Polak zaczęło pojawiać się na międzynarodowym forach związanych z ochroną środowiska. Aż przy kolejnej konferencji zwrócono się do niej z pytaniem, czy nie chciałaby zacząć pracować jako niezależny ekspert, reprezentujący już nie konkretną organizację czy kraj, ale własną cenną wiedzę. Takich propozycji się nie odrzuca.

Kolejną instytucją, która chciała mieć ją u siebie, był Bank Światowy. Projekty związane z Protokołem Montrealskim, praca nad dziurą ozonową. Ona zbierała kolejne doświadczenia, a Polska miała w międzynarodowych strukturach znakomitego przedstawiciela. W ostatnich latach Barbara Polak koordynowała europejski projekt Eurobaltic, w którym brało udział dziesięć państw okołobałtyckich. Wielkie przedsięwzięcie i bez wątpienia nobilitacja dla naszego kraju. Tak by się mogło w każdym razie wydawać. Bo właśnie też wtedy pojawiła się w Polsce nowa ekipa rządząca.

– Ku zdziwieniu wszystkich krajów biorących udział w tym projekcie, na zaledwie półtora roku przed zakończeniem prac postanowiono mnie od niego odsunąć – mówi z żalem Barbara.
Dostała kwitek. Wypowiedzenie po-łączone z odesłaniem na emeryturę. Przeszła na nią bez entuzjazmu.

Źródło: Wróżka nr 5/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl