Krzok z Bukowiny

Nieważne, czy to tworzenie firmy, renowacja zabytkowej chaty w Bukowinie czy budowa karczmy z ostatnim niepokalanym widokiem na Wysokie Tatry... Pasją Jana Modrzewskiego jest rozpoczynać od nowa.

Krzok z Bukowiny Dwóch jeszcze zostało na całym Skalnym Podhalu majstrów, co potrafią drewniane chałupy „łoptykać wełnionkom”, czyli uszczelniać warkoczami splecionymi z długich, specjalnie zheblowanych drewnianych wiórów. Obaj mają po sześć krzyżyków na karku. A może i więcej?

– Do 1912 to sie łoptykało mchem i glinom – wyjaśnia Staszek, upychając warkocze „wełnionki” pomiędzy „płazy”, czyli grube drewniane bale – a potem w Suchym piyrsom chałpe uscelnili wiórem. Bo wtenczos Niemce sprowadziły maszyne, coby mielić wełnionke do skrzyń z amunicjom. Dom, który naprawia pan Staszek, stanął na Kurucowym Wierchu w Bukowinie Tatrzańskiej jakieś sto lat temu. Ale to prawdziwy drewniany dom. Zawsze już będzie żył. Skrzypiał, czerniał, pracował. Dlatego trzeba go czasami uszczelnić od nowa.

I nie można okien osadzić w ościeżnicach, ale trzeba nakręcić je na zewnętrznej ramie. Dzięki temu Staszek ma pracę. Kiedyś, za młodych lat, uszczelniał go dla Kuruca, a kiedy Jan Modrzewski przyjechał z Warszawy i odkupił dom, Staszek go odremontował. Prawdziwy, jeden z ostatnich już na Podhalu tradycyjnych domów z sienią i dwiema izbami: czarną – kuchenną i białą – odświętną, do której dzieciska wejścia nie miały, bo wisiały tam święte obrazy i świąteczne koszule. I chłopy też nie mogły. Bo tam właśnie sypiały dziewczyny.

– Kiedyś my, budorze, mielim roboty w bród, bo domy się stawiało drewniane – wzdycha w zadumie Staszek – ale teroz buduje się tylko z cegły i z betonu.
– Góralski dom to moja pasja. Przecież to esencja funkcjonalności. Jest przemyślany w każdym calu, choć budowany był bez narzędzi innych niż siekiery i ręczne piły – opowiada Jan Modrzewski – i bez projektów. A jednak każda izba ma idealny wymiar pięć metrów na pięć. Do tego sień. U biednych mała, u „hrubych gazdów” wielka.
– Wielka, bo do gazdy sie przychodziło w sieni posiedzieć, pokurzyć fajke, pogadoć – wzdycha Staszek – a dziś sie ino gno do przodu. I dokąd?

reklama

Jan Modrzewski też gnał. Całe życie. Najpierw studia w Warszawie, potem praca w Muzeum Sportu i krótko w Archeologicznym. Krótko, bo chociaż państwowa pensja to pewny chleb, ale jednak chleb bez ryzyka. A Modrzewscy mają we krwi brać się z życiem za bary. Ojciec przeszedł do historii polskiej ekonomii w 1948 roku, kiedy wbrew zasadzie stalinowskiej gospodarki wydał gdańskim rybakom zezwolenie na sprzedaż śledzi prosto z kutra. UB połapało się dopiero po miesiącu. Ojciec poszedł w odstawkę, rybacy prywaciarze do aresztu.

Janek zaczął pracować na swoim w 1979 roku. Robił ceramikę, potem otworzył przędzalnię. Ale moment startu wybrał kiepski: dwa tygodnie do stanu wojennego
– Przetrwałem. Robiłem dzianiny, a potem, jako pierwszy w kraju, polietylenowe worki na śmiecie – uśmiecha się. – Na początku 1990 roku otworzyłem pierwszy w Polsce zakład produkujący nowoczesne okna. Potem odkryłem, co lubię najbardziej: organizację inwestycji. Właśnie to mnie kręci.

Umiem być wytrwały, odpowiedzialny, odważny i żyć wedle wartości, o których się nie mówi głośno, ale którymi człowiek powinien się kierować. Bukowina mnie tego nauczyła. Bo Janek mieszkał już kiedyś w Bukowinie. Kiedy był małym chłopcem. Miał dziesięć lat i chore serce. Lekarz przepisał leczenie klimatyczne, więc rodzice przywieźli go w góry. Miał zostać kilka miesięcy. Ani się spostrzegł, jak minęło osiem lat.

Zbudowany tradycyjną metodą góralski dom na Kurucowym Wierchu – jeden z ostatnich na Podhalu.Mgły nad Morskim Okiem

Polana Szymkówka leży przy drodze z Bukowiny Tatrzańskiej do Morskiego Oka. To ostatnie na całym Podtatrzu miejsce, skąd widać prawdziwy pierwotny krajobraz. Żadnych słupów elektrycznych, żadnego asfaltu, żadnych domów. Tylko hala zielona latem i biała zimą. Tylko dwa drewniane szałasy dla owiec, reglowy las za ich plecami, a nad nim skalna ściana. Wszystko stąd widać. Od Czerwonych Wierchów i Giewontu, przez Orlą Perć, Rysy, Gerlach, Lodowy, aż po Hawrań z Muraniem… Całe Tatry. Kiedyś tę panoramę rysował Walery Eliasz Radzikowski, rozkładając karton na pobliskiej polanie – Głodówce. Ale dziś na Głodówce owce muszą przeciskać się między nowoczesnymi domami. Nie ma już czystego krajobrazu.

– W Szymkówce zakochałem się już jako dziecko. Przychodziliśmy tu z owcami – siedzimy na tarasie karczmy, którą na skraju Polany Janek wybudował z przyjacielem z dzieciństwa Wojtkiem Gładziakiem. – Szymkówka była z dziada pradziada Wojtkową ojcowizną. Nie mogłem nie pokochać Tatr, mieszkając w drewnianym domu, który przed wojną wybudowała na letnisko warszawska rodzina. Mieszkałem u komandora Bartosza Siemaszki, przedwojennego oficera marynarki, który po powrocie z wojny na Zachodzie musiał zniknąć gdzieś, gdzie żaden milicjant nie zapyta o dowód osobisty… W tym domu nie było szarości i zakłamań. Obowiązywały proste uczciwe zasady.

Żeby postawić Szymkówkę, Wojtek i Jan zaryzykowali niemal wszystko, co mieli. Ale Tatry nie uznają półśrodków. Są proste i wieczne. Projekt zrobił po przyjacielsku Krzysztof Trebunia-Tutka. Sławny muzyk, z zawodu jest architektem. Szczęśliwy był, że ktoś chce jeszcze stawiać w górach chatę z płazów drewnianych, a nie kolejny betonowy pensjonat. Kiedy ruszyła przebudowa, Janek zamieszkał na poddaszu. Spał na sienniku i każdego poranka o świcie widział, jak słońce maluje górom czoła na złoto. Albo jak mgły spełzają w dół, w kocioł Morskiego Oka. Nie widać stąd samego jeziora. Ale widać Mięguszowieckie. I Cubrynę. I Żabiego Konia.

Przemek Lewandowski z warszawskiej ASP zaprojektował stoły i krzesła. Stylowe. Przecież on też dzieciństwo spędził w Bukowinie. Jest tu niezwykły duch, sprawia, że Szymkówka ma szczęście do niezwykłych wydarzeń. Jedna telewizja kręciła program bożonarodzeniowy, inna świąteczne wydanie „Jak oni śpiewają”, a ostatnio góralka z Bukowiny wychodziła za górala ze Szkocji. Faceci wystąpili w kiltach. A młodzi wzięli na świadka całe Tatry.

Jeszcze w trakcie budowy Janek jeździł po okolicy. Żeby sprawdzić, jak niewiele zostało z jego kraju lat dziecinnych. Niewiele, bo dla góralskiej duszy wartość ma jedynie ziemia. Ojcowizna. Dom, jeśli upadnie, można przecież zawsze zbudować od nowa. Większy. Lepszy. Murowany. Ale dom na Kurucowym na samym krańcu drogi stał nienaruszony. Drewniany. Stuletni. Płazy grube, bo to był dom po „hrubym gaździe”.

– Odkąd go zobaczyłem, nie mogłem przestać myśleć, żeby choć jeden taki ocalić – wspomina Jan Modrzewski. – Wszedłem, a w izbie zobaczyłem szafkę ze szczeblami i wiekiem na kształt dybów. „Do czego służyła?”, pytam. A górale tylko rozkładają ręce. Zapomnieli już. A to przecież była szafka na cielaki. Zimą zwierzęta mieszkały z ludźmi w jednej izbie. Koniec końców Janek odkupił i wyremontował ten dom tak, że Witkiewicz byłby dumny.

Źródło: Wróżka nr 5/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020