Dawanie i branie

Z emocjonalnym dawaniem i braniem jest tak, jak z ofiarowywaniem świątecznych prezentów. Jakość ważniejsza jest od ilości.

Dawanie i branie To był dziwny związek - z tych wymuszonych koniecznością. On, rozwiedziony na rozstaju dróg, ona - koniecznie chcąca się do kogoś przytulić wieczorową porą. Od początku czuła, że to ona inicjuje, to jej bardziej zależy, to ona się stara. On, owszem, przyjmował seksualne i emocjonalne dowody miłości i z ociąganiem dawał coś z siebie, ale robił dobrą minę do złej gry. Ona też udawała, że wszystko gra. Do momentu swoich 30. urodzin, które zaplanowała tylko w duecie. W prezencie przyniósł jej... informacyjne broszury wojskowe (pracował w MON-ie).

- Poczytasz sobie, wiem, że lubisz takie książeczki - powiedział z uśmiechem. Rzeczywiście, trochę interesowała się wojskiem, ale... liczyła na coś bardziej osobistego. - Zatkało mnie, poczułam się upokorzona, zdobyłam się jedynie na coś w rodzaju skrzywienia warg - wspomina Martyna.

- Kiedy następnym razem podarował mi wojskowe albumy, w tym okropne wydanie „Księgi Pieśni Polskich", zrozumiałam, że nawet nie zastanawia się nad prezentem dla mnie, tylko sięga do swojej wojskowej szafki i wyciąga to, co mu tam zalega. Dotarło do niej, że te odkurzane książki to tak naprawdę symbol jego uczuć: letnich, niewymagających wysiłku, bez pasji, łatwych, dostępnych na wyciągnięcie ręki.

Warunkowo i bez granic

W tamtym miejscu i czasie Martyna nie chciała sobie pozwolić na samotność. Spotykali się jeszcze przez rok. Ona powoli dojrzewała do odejścia. Ale... zaczęła się niezobowiązująco spotykać z interesującym kolegą z pracy. Któregoś wieczoru Pan Militarny zjawił się u niej z... prawdziwym prezentem. Były to klipsy i naszyjnik.

W kiepskim stylu i niepasujące do niej, ale Martyna wiedziała, że to znak tego, że on się właśnie zakochał. I rzeczywiście tak było. Pan Militarny zaproponował wspólny wyjazd do USA. Tyle tylko, że Martynie już przestało zależeć. Kolega z pracy okazał się hojniejszy w dzieleniu się z nią uczuciami.

reklama

Psychologowie twierdzą, że są wśród nas Dawcy i Biorcy. Ci pierwsi to ludzie hojni, uwielbiający obdarowywać i dzielić się tym, co mają. Ci drudzy - nastawieni są na branie. - Rzadko trafiają się szczęściarze, którzy umieją w równym stopniu brać i dawać. Tych, związanych z przeżywaniem bliskości, umiejętności nabywa się w rodzinie - mówi psycholog Izabela Kurzejewska.

A ponieważ większość z nas jest kochana przez rodziców albo warunkowo („Kocham cię za to, że jesteś taką dobrą uczennicą") albo - bezgranicznie („Wnusiu, nie bij dziadka, możesz ewentualnie na niego pluć" - przykład rzeczywisty!), nasze wyobrażenie bliskości jest mierzone hojnością lub skąpstwem. Beata Markowska, trener rozwoju osobistego z centrum Solaris, jest przekonana, że większość Dawców to kobiety:

- Bo od wczesnego dzieciństwa są przyuczane do usługiwania. Co więcej - widzą codzienną troskę i empatię swoich matek. Dawno temu usłyszałam w audycji radiowej wypowiedź pięciolatki, która na pytanie: „Kto ma lepiej w życiu, tatuś czy mamusia?" zdecydowanie odpowiedziała: „Tatuś, bo mamusia jest dla wszystkich, a tatuś tylko dla siebie". To świetny obraz genezy tego zjawiska. Dzieci uczą się przez obserwację i naśladowanie. W ten sposób kształtują swoje postawy życiowe. Przy takim wzorcu rodziny trudno się dziwić, że większość kobiet to Dawcy - mówi Markowska.

Mężczyźni częściej są Biorcami, bo to „w ich brzuchach" - jak podkreśla Izabela Kurzejewska - najczęściej mieszkają mamy, chcące spełniać każde życzenie „swoich małych mężczyzn". A oni - widząc na to przyzwolenie, skłonni są traktować instrumentalnie każdą osobę, z którą się zwiążą.

Jak plus do minusa

Dawcę ciągnie do Biorcy. Jak plus do minusa, a czerń do bieli. Kłopot w tym, że w takim związku trudno zachować harmonię. - Bo tu nie chodzi po prostu o podział ról - wyjaśnia Izabela Kurzejewska. - Dawca bowiem chce od czasu do czasu coś dostać, za to Biorca - nigdy nie ma dosyć brania.

Psychologowie mówią, że świat dąży do zachowania równowagi. Najlepiej więc byłoby dostawać tyle, ile się daje. W sensie emocjonalnym i każdym innym. Ale jak to wyliczyć? Nikt nie potrafi określić, czy dwuminutowy szczery śmiech może zabliźnić ranę po dwuminutowym rozpaczliwym płaczu. I czy jedno czułe dotknięcie dłoni potrafi wyleczyć trzy ostre słowa, a może potrzeba takich dotknięć więcej?

- W rzeczywistości, w emocjonalnym, fizycznym, intelektualnym dawaniu i braniu chodzi o jakość, a nie ilość. I każdy z nas indywidualnie czuje deficyt bądź przesyt - mówi Kurzejewska. Dlatego, mimo że to trudne, Biorca powinien od czasu do czasu popatrzeć na siebie z perspektywy Dawcy.

- Biorcy mogą narzucić sobie pewne ograniczenia, kontrolować wyrażanie swoich potrzeb, ale kiedy pozwolą sobie na chwilę nieuwagi, odpuszczą autokontrolę, poczują się pewnie - ich wewnętrzny Biorca wypłynie na powierzchnię. To tak, jakbyśmy przełączali się na funkcję autopilota. Jak tylko odwracamy naszą uwagę, nieświadomie realizujemy określony wzorzec. I wcale nie jest powiedziane, że Biorca jest lepszym wzorcem od Dawcy. To tylko z pozoru tak dobrze wygląda. Ostatecznie, życie zawsze wystawia nam rachunek. I to z odsetkami - mówi Beata Markowska. Dawca z kolei - musi się nauczyć cieszyć również z otrzymywania, a nie tylko z dawania.

- On jest ciągle na zawołanie, pomocny dla innych, zawsze można na niego liczyć, jest kochający, niesamolubny, wczuwający się, współczujący, opiekuńczy, zainteresowany sprawami innych, zachęcający innych do działania, inspirujący, empatyczny - wylicza Beata Markowska. - Jest jak anioł stróż, spieszący z pomocą każdemu i w każdej sytuacji. Nawet wrogowi potrafi darować, kiedy ten potrzebuje wsparcia. I, niestety, ma to niewiele wspólnego z chęcią. To jest głęboka nieuświadomiona potrzeba dawania innym. On nie chce, a MUSI dawać siebie.

Nie umiem brać

Tak jak 45-letnia Lucyna, mama 16-letniej Moniki, która właśnie wprowadza się z córką do domu swojego partnera, z którym spotykała się dwa lata. W tajemnicy przed nim i córką chodzi na terapię, bo choć w jej życiu wszystko świetnie się układa, ona czuje się fatalnie. Nie może sobie poradzić z... otrzymywaniem.

- Nie wiedziałam, że może to być takie trudne. Totalnie gubię się w swoich uczuciach. Z jednej strony węszę podstęp, z drugiej - mam wrażenie, że muszę odpłacić za to CZYMŚ NAPRAWDĘ WIELKIM - zwierza się Lucyna. Jej problem to czterech dotychczasowych najpoważniejszych partnerów (w tym ojciec Moniki). Wszyscy jak jeden mąż żyli na garnuszku Lucyny. Jeden był artystą rzeźbiarzem, drugi - założył sklep internetowy, trzeci - uwielbiał oglądać mecze, a czwarty - miał wydawnictwo oraz wspaniałe wizje i plany, które nigdy nie doczekały się realizacji. Piąty - okazał się szefem nieźle prosperującej fabryki okien, z własnym domem i bez pretensji do konta bankowego Lucyny.

- Okazało się nagle, że nie tylko nie muszę się martwić o zawartość mojego portfela, ale że on zaprasza mnie na wakacje i za wszystko płaci! To dla mnie zupełna nowość. Staram się więc ze wszystkich sił, by mu to wynagrodzić - mówi Lucyna. Jak? Gotuje, sprząta, mówi mu, jak bardzo go kocha i docenia i... drży, że to nie wystarcza. Stop! To krok w złą stronę.

- Wystarczyłoby tylko powiedzieć: „Kochanie, jesteś cudowny" i zaprosić go na wysmakowaną kolację w świetle świec, ale tylko raz - mówi Izabela Kurzejewska. - Bez potrzeby ciągłego udowadniania sobie i jemu, że ktoś jest tu komuś coś winien.

Nie zawsze tak samo

Może się tak zdarzyć i raczej na pewno się zdarzy, że Piąty Mężczyzna Lucyny w końcu przestanie tak hojnie dawać. I wcale nie będzie w tym nic niepokojącego. Nasze dawanie jest zależne od tego, na jakim etapie znajduje się nasz związek.

- Oczywiste jest, że w jego początkowej fazie nawet najbardziej zagorzali Biorcy dają z siebie wszystko - mówi Izabela Kurzejewska. - Jesteśmy zafascynowani, chcemy zrobić jak najlepsze wrażenie. Potem się to zmienia, warto to przyjąć i zrozumieć. Inaczej prędzej czy później skonfrontujemy się z gorzkim: „Przed ślubem byłaś(-eś) zupełnie inny(-a)".

Renata jest po czterdziestce, żyje w wolnym związku z dużo starszym od siebie mężczyzną. Właśnie weszli w fazę „postzauroczeniową". Od pół roku czeka na bukiet kwiatów, który jeszcze półtora roku temu dostawała każdego siódmego, siedemnastego i dwudziestego siódmego dnia miesiąca. I doczekać się nie może. Uśmiecha się:

- Z doświadczenia już wiem, że nie można się przyzwyczajać do dawanych rzeczy czy gestów. Jak już pogodzimy się, że to raczej mija, mamy przecież w zamian większą stabilność, zaufanie, wspólną codzienność, czasem niespodziankę w postaci kwiatka czy upominku raz na jakiś czas - ale jak to wtedy cieszy!

Nie tylko dawanie

Naukę brania warto zacząć od myślenia o tym, co mamy do ofiarowania sobie samym. Można, na przykład, dać sobie prezent, czerpiąc ze swojej wewnętrznej siły i mądrości, ciesząc się, że doświadczenie życiowe podpowiada nam właściwą drogę. Ale można także dać sobie przyzwolenie na bycie czasem słabszą, nieporadną, powolniejszą, niekoniecznie zawsze silną i wszechwiedzącą.

Jak odróżnić Biorcę od Dawcy

– Typowym Biorcą jest osoba, która rzadko dopuszcza nas do głosu. Zbyt często myli dawanie ze sprzedażą – wyjaśnia Piotr Pawłowski z firmy zajmującej się doradztwem matrymonialnym. – Jeśli ktoś zaczyna zdanie od „ja”, też raczej nie chce nam dać czegoś innego niż własna wizja rzeczywistości. Dawca, odwrotnie niż Biorca, częściej użyje słowa „ty” lub „my”. Dawcę poznasz nie po atrakcyjnych prezentach pod świątecznym drzewkiem czy z okazji urodzin. Raczej po tym, że każdego roku będzie pamiętał o twoich imieninach i urodzinach. – Przy wybieraniu prezentów będzie myślał o tym, co zadowoli obdarowywanego – dodaje Izabela Kurzejewska. – Biorca zwróci uwagę przede wszystkim na to, jak będzie postrzegany jako ofiarodawca, dlatego jego prezenty mogą być hojniejsze.


Kazimierz Pytko

Źródło: Wróżka nr 12/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020