Piekło dla rock and rolla

Czasem jedno zdanie wypowiedziane w nieodpowiednim miejscu i czasie może wywołać lawinę. Przekonali się o tym członkowie zespołu The Beatles po tym, jak w 1966 roku John Lennon udzielił pewnego wywiadu...

PIEKŁO dla Rock&Rolla Papież Paweł VI długo się zastanawiał, jak zareagować na notatkę, którą dostarczono mu właśnie z watykańskiego sekretariatu Komisji do Spraw Wiary. W notatce widniała wypowiedź Johna Lennona z wywiadu, którego muzyk udzielił brytyjskiej dziennikarce Maureen Cleave. Brzmiała tak: „Chrześcijaństwo się skończy. Skurczy się i zniknie. Jesteśmy teraz bardziej popularni niż Jezus. Nie wiem, co się skończy wcześniej: rock and roll czy chrześcijaństwo”.

Był marzec 1966 roku i zespół The Beatles znalazł się właśnie u szczytu światowej popularności. 26-letni John Lennon zapewne zupełnie nie zdawał sobie sprawy, z tego w jak trudnym dla Watykanu momencie wypowiedział te pełne młodzieńczej buty słowa. Jednak dla Pawła VI owa niefortunna wypowiedź brytyjskiego muzyka stała się niezwykle poważnym problemem.

Zaledwie cztery miesiące wcześniej zakończono obrady Soboru Watykańskiego II, na którym po latach udało się uchwalić wiele reformatorskich ustaw i który doprowadził do diametralnej zmiany liturgii w chrześcijańskich kościołach na całym świecie. I choć postanowienia soboru zostały ostatecznie zatwierdzone, wciąż spotykały się z ostrym sprzeciwem konserwatywnej części hierarchii kościelnej, widzącej w „zbyt odważnych” reformach początek końca znaczącej roli chrześcijaństwa we współczesnym świecie.

Atmosfera była napięta, a Kościołowi katolickiemu groził rozłam. Nic więc dziwnego, że obrazoburcza wypowiedź popularnego muzyka została przez konserwatystów uznana za zapowiedź nadciągającej klęski. Paweł VI, który w innych warunkach najprawdopodobniej zupełnie zignorowałby słowa Lennona, zmuszony był do zajęcia otwartego stanowiska. Papież znalazł się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Ignorując wypowiedź, ryzykował kolejny zatarg z konserwatystami, potępiając ją – narażał się na bunt młodego pokolenia fanów zespołu i ryzykował, że zniechęcą się do religii.

reklama

Kiedy zespół The Beatles dawał kolejne koncerty, doprowadzając swoich słuchaczy do ekstazy graniczącej z histerią, papież wraz z zaufanymi purpuratami obmyślał strategię działania. Było jasne, że nie wystarczy zwykłe potępienie i że trzeba doprowadzić do tego, by John Lennon publicznie przyznał się do błędu. Postanowiono wykorzystać do tego celu wiernych w Stanach Zjednoczonych oraz ministra kultury... w Izraelu. Paweł VI ogłosił, że wypowiedź Lennona jest absolutnie grzeszna, a stawianie się ponad Jezusem zasługuje na wieczne potępienie. Zepchnąwszy angielskiego muzyka i cały rock and roll na dno piekieł, Watykan w tylko sobie znany sposób, kanałami dyplomatycznymi wpłynął na Izrael, by ten podtrzymał wydany rok wcześniej zakaz występów The Beatles w tym państwie.

Naciski musiały być skuteczne, zakaz cofnięto bowiem dopiero po 43 latach. Jednak samych muzyków niespecjalnie to zmartwiło. Jak wspominał niedawno Paul McCartney, najbardziej urażona poczuła się będąca Żydówką matka ich ówczesnego menedżera Briana Epsteina. Okazało się jednak, że był to tylko wstęp do właściwego ataku na zespół. Wszystko nabrało rozmachu, gdy The Beatles wybrali się na koncerty do USA. Zanim rozpoczęli trasę, za ocean dotarło kilkunastu kurierów z Watykanu. Ich zadaniem było nakłonienie miejscowych duszpasterzy (i to bez względu na to, czy byli katolikami, protestantami czy anglikanami) do głośnego potępienia grzesznego zespołu.

Wysłannicy papieża nie ograniczyli się do wizyt w kuriach, ale przemierzali niemal całe Stany. Efekty tych zabiegów przerosły najśmielsze oczekiwania. Kiedy The Beatles dotarli do Nowego Świata, spora część jego mieszkańców kipiała już świętym oburzeniem. Prym wiodły znane ze swojego przywiązania do tradycyjnych wartości stany południowe. Z ambon sypały się na głowę muzyków oskarżenia o szerzenie postaw amoralnych, lekceważenie wiary w Boga i ludzi wierzących, szerzenie rozpusty oraz popularyzowanie narkomanii. Wiele stacji radiowych, obawiając się bojkotu ze strony słuchaczy, a przede wszystkim utraty finansowych dotacji, przyłączyło się do ataków na The Beatles, zdejmując z anteny utwory tego „piekielnego zespołu”.

Masowo odwoływano zaplanowane wcześniej koncerty, a w wielu miejscach dochodziło do budowania stosów, na których płonęły tysiące „grzesznych” płyt. Atmosfera potępienia gęstniała z godziny na godzinę, aż do całej sprawy włączył się Ku Klux Klan. Jego członkowie usiłowali nie dopuszczać do koncertów Beatlesów, a niekiedy zupełnie jawnie grozili muzykom śmiercią. Wówczas nawet Watykan zrozumiał, że cała historia wymyka się spod kontroli i jak wcześniej zachęcał do protestów, tak teraz zaczął namawiać do umiarkowania. Wreszcie, w połowie sierpnia 1966 roku John Lennon zdecydował się zwołać w Chicago specjalną konferencję prasową, na której gorąco przepraszał za swoją niestosowną wypowiedź.

Oświadczył, że nie chodziło mu wcale o „nic okropnego czy antyreligijnego”. Chciał jedynie podkreślić stopień popularności muzyki, jaką prezentuje zespół, i przyznaje, że porównanie było niefortunne. Natychmiast po konferencji Watykan oświadczył, że wypowiedź Lennona jest krokiem we właściwym kierunku i że ma nadzieję, iż cała historia będzie znaczącą lekcją dla tych, którzy bezrefleksyjnie mieszają sprawy boskie z ziemskimi. Paweł VI powstrzymał się jednak od oficjalnego wybaczenia grzechu pychy Lennonowi. Emocje w Stanach Zjednoczonych zaczęły opadać, a dalsze koncerty zespołu odbywały się już bez większych przeszkód. Paweł VI osiągnął swój cel. Udowodnił konserwatywnej części kleru, że reformy zapoczątkowane przez Sobór Watykański II nie osłabiły pozycji Kościoła katolickiego.

Na pełne wybaczenie członkowie zespołu musieli jednak czekać aż czterdzieści dwa lata. Dopiero 22 listopada 2008 roku gazeta „L’Osservatore Romano” ogłosiła, że Watykan, ustami papieża Benedykta XVI, wybaczył Lennonowi, stwierdzając, że jego wypowiedź była: „zwykłymi przechwałkami młodego angielskiego muzyka, wywodzącego się z klasy pracującej, dorastającego w czasach Elvisa Presleya i rock and rolla, któremu niespodziewana sława uderzyła do głowy”. Rozgrzeszenie najbardziej charyzmatycznego (i nieżyjącego od 28 lat) członka The Beatles pojawiło się z okazji tekstu o 40. rocznicy wydania słynnego „Białego albumu” liverpoolskiej czwórki.


Jerzy Gracz
PS. We wrześniu 2008 roku, po 43 latach banicji, w Tel Awiwie odbył się koncert sir Paula McCartneya. Obejrzało go 40 tysięcy widzów. Władze Izraela przyznały, że zakazanie występów The Beatles w ich kraju było poważnym błędem.

Źródło: Wróżka nr 3/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020