W życiu chodzi o proporcje

Dzisiaj wiem, że życie składa się też z nierealizowania wydumanych marzeń o wolności i niezależności – mówi aktor Łukasz Nowicki. I dodaje, że z pobłażaniem uśmiecha się do siebie sprzed kilku lat. Rozmawiamy o smaku zwyczajności i przewadze słowa „my” nad słowem „ja”.

W życiu chodzi o proporcje Mówisz, że jesteś zwyczajnie szczęśliwy. To jest zestawienie słów, które w ogóle mogą do siebie pasować?

Moim zdaniem szczęście z założenia powinno być zwyczajne. Nie rozumiem i nie zgadzam się z tymi mężczyznami, którzy dobiegając, tak jak ja, czterdziestki, nadal poszukują szczęścia w specyficznych, szczególnych i wyjątkowo oryginalnych sytuacjach. Adrenalinę i życiowy napęd dają im kitesurfing, zaliczenie ładnej dwudziestolatki czy wygranie turnieju tenisowego z kolegami z biura.

Dlaczego słowo „zwyczajny” ma w naszej rzeczywistości negatywny wydźwięk? Dla mnie zwyczajność to dom, spokój, powodzenie. To tak naprawdę to, co najważniejsze. Fundament, który jeżeli składa się w całość, staje się bazą dla rzeczy niezwyczajnych, tych okazjonalnych.

Bez zabezpieczonej bazy nie ma pola dla smaku życia?

Wiesz, co sprawia mi wielką przyjemność? Podróże. Zacząłem podróżować w zasadzie niedawno. Kiedy miałem już żonę i dziecko. Jaki smak miałyby te wyprawy, gdybym nie miał do czego wracać? Gdybym planując podróż, mógł wyjechać, kiedy chcę i wrócić, kiedy chcę? Gdybym robiąc coś bardziej ekstremalnego, wiedział, że nikt się o mnie nie martwi? Tak. Moja zwyczajność, zwyczajność mojego szczęścia nadaje sens całej niezwyczajności mojego życia.

Zwyczajne nie znaczy proste i nijakie?

Wręcz przeciwnie. Najtrudniej jest nie wściekać się na dziecko, nie narzekać na niewyspanie, nie sprzeczać się o drobiazgi z żoną. Najtrudniej jest zaakceptować właśnie zwyczajność. To, że w związku pojawia się znużenie. To, że nie każdy dzień jest ekscytujący. To, że wyjście do kina organizuje się tydzień wcześniej, bo trzeba wydzwonić dodatkową nianię. Odnaleźć się w tej zwyczajności, polubić ją, a nawet nauczyć się nią rozkoszować, to spore wyzwanie.

reklama

Łukasz Nowicki z żoną, piosenkarką Haliną Mlynkovą i pięcioletnim synkiem Piotrkiem. Masz tę pracę za sobą?

To jest permanentna praca. Dzisiaj wydaje mi się, że w dużej mierze tak, ale jak się spotkamy za tydzień, może się okazać, że coś się zmieniło. Ale zwyczajność też musi czasami irytować, bo wtedy pcha nas do działania. W życiu chyba chodzi o proporcje. Właściwe. Jest zdrowy odżywczy posiłek, który daje siłę na cały dzień i jest deser. Chwila przyjemności.

Próbowałeś stworzyć sobie zwyczajność w pojedynkę?

Podejmowałem takie próby. Żadna nie wyszła. Długo wydawało mi się, że życie jest na tyle krótkie, że każdy ma prawo organizować je pod siebie. Dzisiaj mogę się tylko do tamtego faceta, rozhisteryzowanego na swoim punkcie gówniarza, uśmiechnąć z pobłażaniem. Dzisiaj wiem, że czasami życie składa się też z nierealizowania wydumanych marzeń o wolności i niezależności. Wiem, jaką wartość ma słowo: „my”. I że słowo „ja” też najlepiej wypowiada się przez pryzmat słowa „my”. Nie intryguje mnie życie w pojedynkę. Bez ironicznych uwag mojej żony. Bez tego, że kiedy wyjechałem ostatnio z kolegami na męską wyprawę rowerową, to każdego wieczora musiałem wysłać do domu chociaż esemesa.

Musiałeś? Myślałam, że miałeś taką potrzebę.

Proszę cię… Ośmiu facetów przy ognisku, kto ma taką potrzebę? To jest rodzaj obowiązku. Tak w każdym razie chcą myśleć i czuć prawdziwi macho (śmiech). Podczas tej ostatniej wycieczki był z nami jeden wolny kumpel. To on opowiadał, jak wszyscy o tej samej porze odchodzili od ogniska, żeby w intymności z wojownika zamienić się w czułego romantyka i wyszeptać w ukryciu ciepłe słowa do żony: „Ja też za tobą tęsknię, kochanie”. Tylko wiesz, myślę, że tak naprawdę ten kumpel, który z ironią opowiadał, jacy jesteśmy w tych wyznaniach śmieszni, chciałby mieć wtedy do kogo zadzwonić. Trzeba mieć od czego „uciekać”. Tylko wtedy ucieczka może być oddechem. Życie ma sens.

Pytasz mnie, czy istnieje przeznaczenie? Serce mówi: tak. Rozum stawia na przypadki.

Myślisz, że rządzi nim przypadek?

Pytasz mnie, czy istnieje przeznaczenie? Chciałbym wierzyć, że tak, ale mam wrażenie, że dominują przypadki. Historia sprzed kilku lat. Siedzę w domu. Sam. W podłym nastroju. Piję alkohol. Następnego dnia mam znaleźć się w Krakowie i poprowadzić w teatrze wieczór mojego ojca. Wymyślam najróżniejsze historie, żeby tylko tam nie pojechać. Dzwoni sąsiad, zaprasza mnie do siebie, pijemy dalej.

Rano mam kaca i czuję jeszcze większą niechęć do podróży i wieczoru, który mnie czeka. Ale w ostateczności zwycięża poczucie obowiązku. Jadę. Zmarnowany wychodzę na scenę i robię, co mogę. Reakcja publiczności wskazuje, co prawda, że bywam nawet zabawny, ale i tak marzę, żeby noc się skończyła.

Po wszystkim stoję za kulisami, a naprzeciwko pojawia się ona. Koszykarka. Tyka. Podchodzi, nie widzę twarzy, bo oczy mam na wysokości jej piersi, i mówi: „Dziękuję za wyjątkowy wieczór”. Dzisiaj Halina jest moją żoną. Czy moja walka ze sobą, żeby tam nie jechać i fakt, że jednak pojechałem, to przeznaczenie? Myślę, że to przypadek. Chociaż chciałbym czuć: tak miało być. Bo wszystko, co metafizyczne, jest pociągające. Serce będzie mówić: przeznaczenie, rozum zawsze powie: przypadek.

Jaki sens miałyby mieć wszystkie moje działania, starania i niestarania, skoro wszystko jest i tak już gdzieś zatwierdzone? Mam 36 lat, zagrałem w kilku filmach, przedstawieniach teatralnych, moja kariera słabo się rozwija. Mam walczyć o role czy założyć, że sukces nie jest mi przeznaczony? Bo przecież mogę tu siedzieć z tobą codziennie i czekać, że przejdzie Jerzy Hoffman i powie: „Takiej twarzy szukałem”. Wiara w zapisany los jest kusząca, ale nie sądzę, żeby była dobrą receptą na życie. Może się wydawać, że wymaga odwagi, tak naprawdę chyba się za nią chowamy. Przypadek nas stymuluje.

Do działania, do czynów? To one świadczą o nas najsilniej?

Świadczą o nas intencje i pobudki. Dla mnie ma znaczenie, z jakiego powodu popełniamy błędy. Świadczą o nas wybory. O mężczyźnie na przykład według mnie świadczy… jego żona.

Która sama go sobie wybrała. Tak. Możesz być dumny.

Też. I bardzo dumny jestem z mojego syna. Fajnie jest, kiedy imponuje ci pię-ciolatek. Piotrek ma wartościową cechę. Zawsze ma cel. Małe dzieci, według moich obserwacji, dzielą się z grubsza na dwie grupy: te, które wstają rano, żeby przeżyć kolejny dzień, ale nie wiedzą jeszcze specjalnie, po co, i te, które wiedzą, co chcą zrobić. Taki jest Piotrek. Ma błysk w oku, ma energię. Jest facetem, który nie mówi: „nie”. Każda propozycja jest do przyjęcia, nie negocjuje, nie przekomarza się złośliwie, nie stawia warunków: coś za coś.

Tak go wychowujesz?

Wychowywanie to wielka sztuka. A do tego Piotrek żyje w okropnych czasach.

Okropnych, bo plastikowych?

Plastikowych, opakowanych, wyobcowanych, rozczłonkowanych, bez zapachu i smaku. Zagonionych. Pamiętam, kiedy jako siedmioletni chłopiec spacerowałem z ojcem po Krakowie. Po drodze spotkaliśmy Kantora, za rogiem Zygmunta Koniecznego, za moment przechodził Piotr Skrzynecki, powiedział: „Panie Janie, czekam za rogiem, w kafejce, przy Piwnicy pod Baranami”. A tam siedział Wiktor Sadecki. Przejście kilkuset metrów zajęło nam godzinę. To miało klimat, wartość. To było prawdziwe życie, to były prawdziwe rozmowy. Jestem tym przesiąknięty. Wiem, ile to znaczy.

Dlatego czasami próbuję, nawet na siłę, wywołać w Piotrku podobne uczucia. Więc dozuję mu przyjemności, żeby mógł poczuć wartość chwili. Coś ulotnego, żeby umiał się zatrzymać i zatracać w drobiazgach. Jak mam go nauczyć szacunku chociażby dla przedmiotu, głupiego samochodziku, skoro dzisiaj może mieć ich 20? Kiedy ja dostałem matchboxa, miałem go dwa lata. Moja pierwsza płyta analogowa Drupiego przez dziesięć lat nie miała ani jednej rysy. Dzisiaj wszystko jest proste, w zasięgu ręki.

Staram się robić, co mogę. Narzucając dyscyplinę, w miarę możliwości cedzę przyjemności. I przede wszystkim próbuję być konsekwentny. Nie może życiem trzydziestokilkuletniego człowieka dyrygować kilkulatek, chociaż często nie jest łatwo oprzeć się jego urokowi. Z moim ojcem miałem układ mistrz-uczeń. Chyba tak powinno być. Piotrek długo mnie badał, sprawdzał, ile może. Manipulował humorami, histeriami, ale kiedy zobaczył, że to nie przynosi skutku, przestał się wygłupiać. Myślę z perspektywy, że to była dobra metoda, chociaż według niektórych kontrowersyjna.

Bo traktujesz dziecko jak partnera?

Coś w tym jest. Czasem przesadzam. Ostatnio nie mogę mu darować, że jeszcze nie zainteresował się piłką nożną. Powinien oglądać ze mną mecze. A on prosi, żebym włączył mu dinozaury w trakcie, kiedy gra Wisła Kraków. Sama rozumiesz, to jest po pierwsze obelga dla mojego klubu, po drugie dla mnie samego, a po trzecie Piotrek bywa w tym jeszcze złośliwy. Przyszedł na przykład podczas meczu Polska-Czechy i wołał mi nad uchem: Czesi, Czesi! Halina, pochodząca z Czech, była w skowronkach, a ja zacząłem śpiewać polski hymn.

Wyobrażam to sobie... Na szczęście, Polska rzadko gra z Czechami. I, niestety, nie możesz czuć się wtedy spełniony. A bywasz spełniony?

Wiesz, chyba za często i wydaje mi się, że być może z tego wynikają moje zawodowe problemy. Jest taka teoria, którą wyznaje mój ojciec. Ona jest mówiona oczywiście pół żartem, pół serio, ale wiem, o co mu chodzi. Ojciec powtarza, że aktor powinien siedzieć w Krakowie, w małym mieszkaniu na poddaszu, w papierosowym dymie, zabiedzony. I tak powinien przygotowywać się do roli.

On swojej najlepszej, tak twierdzi, uczył się w toalecie, bo mieszkaliśmy wtedy w jednym pokoju, w którym ja akurat non stop ryczałem. To są odpowiednie warunki, a nie taras pięknego domu przy zachodzącym słońcu. Bo bajecznie zachodzące słońce tak cię wciąga, że już nic z siebie nie możesz wykrzesać. Oczywiście to wydaje się w dzisiejszych czasach absurdalne, ale ma jakiś sens. Trudno nie pozwolić sobie na dobrą, najlepszą oliwę do sałaty, skoro cię na nią stać, ale wiem, o co chodzi. Chodzi o proporcje. Znowu o ten złoty środek. Mężczyzna, bo nie mogę wypowiadać się w imieniu twojej płci, zawsze powinien być lekko niespełniony.

Bo to nakręca?

A ja za często jestem zadowolony ze swojego życia. To tępi instynkt wojownika. A przecież każdy macho musi czasem zwyczajnie wyruszyć na polowanie…


Karolina Morelowska
Fot. Diana Domin/Studio 69, East News

Źródło: Wróżka nr 11/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020