Grzeszna muza

Wspięła się na szczyty sławy i upadła na samo dno. Marianne Faithfull wygrała walkę z narkotykami, pokonała raka i wróciła na scenę. Już nie jako skandalistka, lecz wielka dama brytyjskiej muzyki.

 W życiu nie ma prób, od razu zaczyna się przedstawienie – napisała w autobiografii. Spektakl, w którym Marianne Faithfull gra główną rolę, rozpoczął się 29 grudnia 1946 roku. Był bliski końca po zaledwie 24 latach, gdy decyzją sądu została pozbawiona prawa do opieki nad synem i niedługo potem próbowała popełnić samobójstwo. Przedawkowała heroinę, znalazła się w stanie śmierci klinicznej. Gdy po kilku godzinach odzyskała przytomność, czuwający przy jej łóżku Mick Jagger zanucił refren przeboju Rolling Stonesów: „nawet dzikie konie nie odciągną mnie stąd”. Nie dała się odciągnąć z tego świata, ale z nałogiem też nie zerwała. Dołączyła do bezdomnych narkomanów gnieżdżących się w opuszczonych domach w londyńskiej dzielnicy Soho. Brudna i głodna snuła się po ulicach.

– Nie wiem, jak to przetrwałam – powie po latach w wywiadzie dla tygodnika „Observer” – ale jakoś sobie radziłam. Nie sprzedawałam swojego ciała, nie żebrałam. Podobno pomagał jej policjant, który w niechlujnej narkomance rozpoznał uwielbianą przez siebie piosenkarkę. Podobno trochę grosza podrzucali przyjaciele. Starczało na kolejne działki heroiny i morfiny, którą w tekście napisanym dla Stonesów nazwała siostrą. Jej pierwszy menedżer Andrew Oldham spotkał ją przypadkowo w jakimś zaułku i zapamiętał, że „była blada, chuda, chora, wyglądała jak śmierć”.

Masochista w rodzinie

Dziennikarze nazwali ją upadłym aniołem. Nikt bardziej niż ona nie zasługiwał na to porównanie. U początków kariery jasnowłosa, krucha blondynka wyglądała jak uosobienie niewinności. I kiedyś nim była. Zwłaszcza gdy chodziła do prowadzonej przez zakonnice katolickiej szkoły Świętego Józefa. Pobożne siostry wpajały jej surowe zasady moralne, uczyły odpowiedzialności, skromności, wiary.

reklama

Gdyby urodziła się kilka wieków wcześniej, musiałyby ponadto tytułować ją Jaśnie Panią. Marianne wywodzi się bowiem z arystokratycznego rodu, i to nie byle jakiego. Jednym z jej praprastryjów był legendarny baron Leopold von Sacher-Masoch, od którego nazwiska pochodzi słowo masochizm. Być może właśnie po tym krewniaku odziedziczyła gen autodestrukcji. Tyle że on jedynie fantazjował w swoich barwnych książkach, ona urzeczywistniała mroczne wizje w prawdziwym życiu.

W dzieciństwie o sławnym przodku dowiedziała się niewiele. To zrozumiałe, gdyż jego dzieła nie są odpowiednią lekturą dla panien z dobrego domu. Matka przyszłej piosenkarki, Eva von Sacher-Masoch, baronowa Erisso nosiła jednak to samo dziwne nazwisko, więc z pewnością rozmawiały o rodzinnej genealogii. „Zawsze chciałam pojechać do Budapesztu, bo tam urodziła się moja matka i bywał mój praprastryj” – pisze w autobiografii. Zrealizowała to pragnienie dopiero w roku 2007, gdy włączyła Węgry do swej trasy koncertowej. Równie intrygującą biografię miał jej ojciec. Major Robert Faithfull w czasie II wojny światowej służył w wywiadzie wojskowym, po powrocie do cywila całkowicie zmienił zainteresowania, został wykładowcą psychologii i seksuologii na uniwersytecie w Liverpoolu. Największy rozgłos przyniosło mu skonstruowanie urządzenia, które – jak zapewniał – leczy oziębłość płciową.

– Mojej matki ta maszyna nie usatysfakcjonowała – skwitowała skuteczność ojcowskiego wynalazku Marianne. Miała sześć lat, gdy rodzice się rozwiedli. Ekscentrycznego ojca zastąpiły nauczycielki w habitach. Efekt ich wysiłków okazał się dokładnie odwrotny do zamierzonego. Dorastająca dziewczyna zbuntowała się przeciwko wszystkiemu, co kojarzyło się ze szkołą, religią i Kościołem.

Dziewczyna Stonesów

Chcąc jak najszybciej wyrwać się ze świata pełnego nakazów, zaraz po osiągnięciu pełnoletności wyszła za mąż, rok później urodziła syna. Dzięki małżeństwu znalazła się w zupełnie innym środowisku. Starszy o trzy lata John Dunbar prowadził galerię sztuki, w której spotykała się artystyczna bohema. Na otwarciu jednej z wystaw pojawili się zdobywający już światową popularność Rolling Stonesi. Zafascynowana ich muzyką Marianne postanowiła zostać dziewczyną zespołu.

Nie było w tym nic nadzwyczajnego. W tamtych czasach tłumy dziewcząt ciągnęły za swymi idolami, bywały na wszystkich koncertach, po pierwszych taktach ulubionych piosenek wpadały w histerię. Ale zwykłe fanki oddzielała od wyśnionych bohaterów scena i kordon ochroniarzy, Faithfull miała ich w zasięgu ręki.
– Jestem jak baśniowa bestia, którą tylko czasem można zobaczyć, gdy przemyka po lesie – powiedziała w jednym z wywiadów – dlatego wiecie o mnie tyle, ile sama chciałam pokazać i powiedzieć.

Nigdy więc nie wyjaśniła do końca, w jaki sposób poznała Micka Jaggera. Jedna z wersji głosi, że gwiazdor wpadł na nią przypadkiem, oblał koktajlem, spojrzał i z miejsca się zakochał. Według innej wpadła w oko menedżerowi zespołu Andrew Oldhamowi, który chcąc wywrzeć na niej wrażenie, zapytał, czy potrafi śpiewać i obiecał, że przekona Stonesów, by specjalnie dla niej napisali piosenkę. Jeszcze inna, upowszechniona p­rzez samą artystkę mówi, że przespała się kolejno z trzema członkami zespołu, po czym wybrała najlepszego.
– Oczywiście, było zupełnie inaczej – odpowiada dzisiaj i resztę pozostawia domysłom.

Czasem trzeba przejść długą, śmiertelnie niebezpieczną drogę, by dojść do tego, co najprostsze.

Pewne jest jedno: Stonesi napisali dla niej piosenkę „As Tears Go By” („Jak płyną łzy”), która stała się przebojem i sprawiła, że Faithfull znalazła się na rockowym Olimpie już nie jako panienka do towarzystwa, lecz równoprawna partnerka. Śpiewała, pisała teksty, inspirowała, prowokowała. Z niewiniątka o anielskiej urodzie zmieniała się w grzeszną muzę zbuntowanych artystów.

Sympatia dla diabłaSympatia dla diabła


Wychowanka zakonnej szkoły rzuciła się z gorliwością neofitki w wir rewolucji obyczajowej. Łamała kolejne bariery i tabu. Wbijano jej do głowy przykazanie „nie cudzołóż”, więc szła do łóżka z każdym, kto przypadł jej do gustu, także z kobietami. Miała wyrażać się powściągliwie, więc jako pierwsza aktorka w historii kina wypowiedziała na ekranie wulgarne słowo „fuck”. Miała czcić Boga, więc zainteresowała się diabłem.
To ona zainspirowała Jaggera do napisania słynnej, wywołującej do dziś emocje piosenki „Sympathy for the Devil” („Sympatia dla diabła”). Podobno podsunęła mu jedynie książkę „Mistrz i Małgorzata”, ale jak było naprawdę, wiedzą tylko oni.

Już wtedy pojawiły się pogłoski, że Faithfull ma ciągoty do satanizmu. Zaprzeczała im, przekonywała, że fascynuje ją jedynie grecki bóg wina i płodności Dionizos, że chce jak jego wyznawcy prowadzić wyzwolone, wolne od wszelkich ograniczeń dionizyjskie życie. Ale równocześnie przyjęła propozycję zagrania kobiety-demona Lilith w prowokacyjnym filmie „Lucifer Rising” („Wschodzący Lucyfer”). Na planie spotkali się zdeklarowani okultyści, między innymi muzyk Jimmy Page – wielbiciel mistrza czarnej magii Aleistera Crowleya i kompozytor. Publiczny romans z Jaggerem doprowadził do rozpadu jej małżeństwa. Rok po rozwodzie policja urządziła nalot na rezydencję innego członka zespołu

– Keitha Richardsa. Tak jak oczekiwano, znaleziono narkotyki. Ale dla dziennikarzy nie to było sensacją. Na pierwsze strony brukowców trafiła informacja, że w rozbawionym i odurzonym towarzystwie znajdowała się naga kobieta, okryta jedynie futrzaną narzutą.

Nikt nie bawił się w ukrywanie jej tożsamości pod inicjałami. Przez kilka miesięcy roztrząsano, co Marianne Faithfull mogła tam robić. Przypomniano, że najgłośniejsza powieść jej przodka, barona von Sacher-Masoch miała tytuł „Wenus w futrze” i pokpiwano, że współczesna Wenus ma na imię Marianne.

– To mnie zniszczyło – powie ćwierć wieku później w wywiadzie dla magazynu „Details”. – W oczach opinii publicznej stałam się dziwką i wyrodną matką.

Beztroskie dionizyjskie życie zaczęło się zmieniać w koszmar. Wpadła w depresję, którą zwalczała coraz większymi dawkami narkotyków. Zaszła w ciążę z Jaggerem, ale poroniła. Jak każdy narkoman, oszukiwała samą siebie zapewnieniami, że wyjdzie z nałogu. Skutek był taki, że pogrążała się jeszcze bardziej.

Po kolejnym kilkudniowym „odlocie” sąd pozbawił ją prawa do opieki nad synem. Wtedy się załamała i targnęła na życie. Dzięki lekarzom otrzymała drugą szansę. Nie potrafiła z niej skorzystać, nawet niestroniący od używek Stonesi uznali, że posuwa się za daleko. Związek z Mickiem Jaggerem przeszedł do historii. Została sama.

Źródło: Wróżka nr 9/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020