Na ratunek duszy

Są lekarze, których specjalizację pomijamy, mówiąc: zapisałem się na wizytę. A to właśnie im powierzamy to, co najcenniejsze – duszę. Doktor Bertrand Janota – psychiatra, w rozmowie o niespokojnych czasach, melancholii i o tym, że czuje się potrzebny. 

Depresja była zawsze, nienazwana, czy jest może wytworem dobrze prosperujących lekarzy psychiatrów?

Była zawsze. Już za czasów Hipokratesa mówiło się przecież o melancholii, kiedy człowiek czuł się, mówiąc najbardziej obrazowo, po prostu smutny, kiedy nic go nie cieszyło. Ale rzeczywiście w ostatnim okresie jest więcej i depresji, i zaburzeń depresyjno-lękowych.

 


Bo to w jakiejś mierze też wytwór cywilizacji, pędu, w którym żyjemy?


Oczywiście, jest czysto biologiczna teoria, która wyjaśniając przyczyny depresji, w ogromnym skrócie, powołuje się po prostu na pracę neuroprzekaźników.

Ale jest też naukowo udowodnione, że nasze życiowe przejścia, stres, który nas dotyka, szczególnie ten do 18. roku życia, ten z dzieciństwa, kumulując się w ciężki bagaż doświadczeń, odzywa się w dorosłym życiu właśnie depresją. A bez wątpienia liczbie rozwodów, długich rozstań, rodzinnych konfliktów, cywilizacja bardzo sprzyja.

Niestety, jestem zdania, że największa fala tego typu zaburzeń jest ciągle przed nami. Obserwuję swoich pacjentów i widzę, że coraz młodsi ludzie zgłaszają się z poważnymi zaburzeniami. Ich liczba rośnie.


reklama

Przez wiele miesięcy pracował Pan w Afryce, niemalże w buszu, czy to znaczy, że tam też leczy się depresję?


Byłem tam jako lekarz od wszystkiego. Leczyłem dorosłych i dzieci. Odbierałem porody, zszywałem rany, nastawiałem kości. Ale zdziwiłaby się pani, ilu jest tam depresyjnych czy psychotycznych chorych.

I naprawdę leczy się ich w buszu na depresję?


Niestety, nie ma tam odpowiednich leków. To, co miałem do dyspozycji, to leki przeciwgruźlicze, przeciwmalaryczne, przeciwbólowe i dwa antybiotyki. Niewiele. W Afryce, gdzieś w górskiej wiosce, ludzi z klasycznymi objawami depresji określa się jako zaklętych, nawiedzonych przez złe duchy. Choć już w stolicy Zambii leczy się ich w szpitalach psychiatrycznych.

A co robi się w takim razie z tymi nawiedzonymi przez złe duchy?


W każdej wiosce jest tak zwany „witch doctor”, miejscowy szaman, to on jest lekarzem. Szaman rozmawia z pacjentem i albo od razu wie, co mu dolega, albo czeka na zesłany przez duchy sen, który go oświeci. Musi mieć „senne widzenie”, jaki lek powinien zastosować. Następnie, kiedy już to wie, rozdrabnia na proszek odpowiednie zioła, korzenie i podaje choremu. Jedną z metod leczenia jest „tatoo”. To dość głębokie nacięcia skóry, na tyle głębokie, że u nas nadawałyby się do szycia, i w te nacięcia wsypuje rozmaite specyfiki. Nie będę opowiadać, czym robią te „zastrzyki”, mogę tylko pani powiedzieć, że za ich sprawą roznosi się HIV, żółtaczka itd.

Rozumiem jednak, że złego ducha nie da się wypędzić, nacinając skórę.


Nie. Chorych na depresję leczy się na dwa sposoby. Odprawia się rytuały mające na celu wygnanie złej siły, rzuca się wtedy odpowiednie zaklęcia.
Podaje się też leki, czyli zioła, mające potencjał podobny do marihuany czy haszyszu, substancji psychoaktywnych. Po zażyciu ich pacjenci mają halucynacje, są albo bardziej wyciszeni, albo bardziej radośni. W każdym razie na chwilę wyleczeni. Ale niesamowite jest to, że w takich miejscach ludzie chorzy psychicznie są traktowani przez społeczność z prawdziwą troską. O takich ludzi się po prostu dba.

W przeciwieństwie do cywilizowanego świata, gdzie ciągle ludzi chorych psychicznie wyrzuca się na margines. Tu, u nas, ciągle wstyd być „nawiedzonym”.


Miałem pacjentkę, która leczyła się u mnie od dłuższego czasu. Któregoś dnia ze smutkiem powiedziała, że więcej nie przyjdzie. Naprzeciwko poradni psychiatrycznej, w której pracuję, mieści się poradnia laryngologiczna – zobaczyła ją sąsiadka, która szła na wizytę do laryngologa. Moja pacjentka przeszła dalej, udając, że idzie gdzie indziej. „Sąsiadka powie, że jestem wariatką, nie mogę tu już przychodzić, panie doktorze” – usłyszałem.

To istotny powód, dla którego ludzie unikają kontaktu z psychiatrą. Potrafią jeździć na drugi koniec miasta, żeby tylko nikt ich nie zobaczył. To ciągle w Polsce duży problem. Poza tym nasze społeczeństwo jest też w dużej mierze społeczeństwem wierzącym. Wbrew pozorom łączy się to z moją profesją. Funkcję terapeutyczną poniekąd spełnia spowiedź. Człowiek się w jakiś sposób oczyszcza. Zrzuca z siebie pewien ciężar. Już kilka razy usłyszałem, że psychiatra jest jak ksiądz, można mu wszystko powiedzieć. Jego też obowiązuje tajemnica.

Miałem pacjentkę, którą w trakcie wizyty poprosiłem, aby się rozebrała – musiałem ją osłuchać. Takie są procedury w przypadku lekarza psychiatry przyjmującego pacjenta państwowo. Okazało się, że pacjentka pod bluzką nic nie ma. Powiedziałem: „Proszę się nie wstydzić, jestem lekarzem”. Usłyszałem: „Panie doktorze, ja się nie wstydzę, dla mnie psychiatra i ksiądz to nie mężczyźni” (śmiech). Odrobinę poruszony zapytałem, dlaczego. „Księdzu i psychiatrze mogę powiedzieć wszystko, więcej niż mężowi i przyjaciółce”, dostałem wyjaśnienie. Różnica jest jednak taka, że pójść do księdza to nie wstyd, do psychiatry – owszem.

Jest też „gradacja normalności” obowiązująca w naszym społeczeństwie. To znaczy najmniej chory jest „posiadacz” nerwicy. Zwykłej nerwicy, w końcu żyjemy w stresujących warunkach – może ją mieć każdy. W drugiej kolejności, ale już trudniejsza do zaakceptowania, jest właśnie depresja. Też zwykła, „panie doktorze, taka pogoda na wszystkich źle działa”, tłumaczą mi pacjenci. Na końcu są zaburzenia psychotyczne. Potężny kaliber. Potężny wstyd. Depresja więc jeszcze jakoś się broni, ale też lepiej leczyć ją u psychologa, a nawet neurologa czy lekarza pierwszego kontaktu. Wizyta u psychiatry to już poważne wyzwanie.

Z drugiej strony, mam wrażenie, że są środowiska, w których wręcz panuje moda na leczenie się z depresji. Zgodnie z Woodym Allenem: dzisiaj każdy podobnie jak ma swojego dentystę, ma też osobistego psychoterapeutę. Pochylając się nad swoją złożoną osobowością, stajemy się bardziej niezwykli?


Coś w tym jest. Jakiś czas temu przyszła do mnie pewna pacjentka. Spełniona matka, w miarę szczęśliwa żona, aktywna zawodowo, ale nieprzemęczająca się, dobrze zarabiający mąż, piękny dom. Młoda, ładna kobieta, która nie powinna mieć żadnych kompleksów. Nie potrafiła określić, dlaczego przyszła, co jej dolega. Może jest trochę smutna, ale w zasadzie rzadko, może gorzej sypia, ale to jej się zdarzyło pewnie ze dwa razy.

Aż w końcu powiedziała: „Panie doktorze, przychodzi do pana koleżanka, inna też chodzi na terapię, więc i ja postanowiłam się zapisać”. Nie wiem, czy nazwałbym to modą, raczej jakimś rodzajem snobizmu. Rzeczywiście, zauważyłem taką tendencję w pewnych środowiskach, ale jest to niewielki procent.

Mówi Pan, że słupki z liczbami pacjentów depresyjnych rosną, ale coraz częściej zdarza się, że lekarz po trzech minutach rozmowy z pacjentem stawia diagnozę i karmi psychotropami. Statystyki się więc zmieniają, ale czy na pewno jest to rzeczywisty obraz?


Mówimy teraz o lekarskiej etyce, po prostu. Jeżeli lekarz po trzech minutach stawia diagnozę, nie jest odpowiedzialnym lekarzem.
Oczywiście, nasze doświadczenie pozwala nam często z dużym prawdopodobieństwem ocenić w miarę szybko, że coś się rzeczywiście dzieje. Czasami na pierwszy rzut oka wydaje się, że pacjent cierpi na depresję. Ale nie znaczy to, że nie mamy zadać sobie więcej trudu, aby się upewnić.

Po czym widać depresję na pierwszy rzut oka?


Po tym, jak pacjent przychodzi ubrany, jak wygląda, czy jest zadbany, po wyrazie twarzy. Po pewności siebie albo jej braku, po tym, jak siada, jak podaje rękę, słychać po zabarwieniu głosu, widać po tym, czy utrzymuje kontakt wzrokowy. To jest rodzaj intuicji połączonej z doświadczeniem lekarza. Często dość szybko czuje się rzeczywiście, czy to pacjent depresyjny, czy ma problem innego rodzaju.

Zdarzają się pacjenci, którzy udają, że są chorzy?


Zdarzają się. Robią to z różnych przyczyn. Chcą dostać zwolnienie, przejść na rentę, nie ponosić odpowiedzialności za swoje czyny.

A może czasem chcą w ten sposób zwrócić na siebie uwagę bliskich? Jak wrócę do domu i powiem, że dostałam leki, bo jestem chora, może ktoś wreszcie o mnie zadba.


Pacjenci generują pewne objawy podświadomie, bo potrzebują troski, tak, zdarzają się takie sytuacje. Smutne. Nie robią tego z premedytacją, po prostu inaczej nie potrafią o siebie zadbać.

Lekarz psychiatra ma obsesję szukania niepokojących objawów wśród swoich bliskich, przyjaciół?


Nie. Złośliwi twierdzą natomiast, że wybiera tę specjalizację, ponieważ sam ma ze sobą kłopoty. Jak wytłumaczyłaby pani w takim razie pobudki mężczyzny, który decyduje się na specjalizację z ginekologii? (śmiech). Zdarza mi się, że znajomi, których dawno nie widziałem, czują pewien dyskomfort, bojąc się rentgena w moich oczach. Nie, nie szukam choroby wśród znajomych, chociaż muszę powiedzieć, że nieraz objawy są tak ewidentne…

I co wtedy?


Nic. Jeżeli ktoś nie szuka pomocy, nie należy się narzucać.

No właśnie, można kogoś zmusić, żeby leczył swoją duszę? Żona może zmusić męża do wizyty u psychiatry? To ma w ogóle jakiś sens?


Nieraz słyszałam: „Jestem tu, bo ona mi kazała, robię to dla świętego spokoju”. Bardzo często okazuje się jednak, że po dłuższej rozmowie pacjent sam znajduje powód swojego przyjścia.

Myślę, że samo przyjście na taką wizytę, choćby początkowo na siłę, jest już jakiegoś rodzaju deklaracją. Krokiem, być może podświadomym, ale jednak w jakiejś mierze suwerennym. Miałem pacjenta, który cztery razy zapisywał się na wizytę – dopiero za czwartym razem wszedł do gabinetu. Ludzie często potrzebują czasu, aby się z tą myślą oswoić.

Jak często lekarz psychiatra czuje satysfakcję? Jak często odczuwa Pan satysfakcję w swojej pracy?


Codziennie. To prawda, efekty tego rodzaju leczenia nie przychodzą szybko, nie od razu można je dostrzec. Kiedyś pracowałem na ostrym dyżurze laryngologicznym – jak złożyłem pacjentowi złamany nos, było widać. Od razu.

Ale wie pani, mam pacjentki, które na pierwszej wizycie były smutne, zaniedbane i przerażone. Minęło kilka tygodni i... jednej z nich ostatnio nie poznałem. Zobaczyłem piękną, umalowaną, seksownie ubraną kobietę. Z czerwonymi tipsami, tak to się nazywa, prawda? Uśmiechniętą. Mającą plan. Plan na przyszłość. Wychodząc, powiedziała: „Panie doktorze, uratował mi pan życie” i dodała: „To nie jest przenośnia”.

Karolina Morelowska
Fot.: Elżbieta Socharska

Źródło: Wróżka nr 1/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl