Feministki i czarownice

Leczą, używając zaklęć, w których pełno jest odwołań do Boga. Często mówi się nawet, że to święte słowa. I rzadko słychać, żeby komuś szkodziły. Może więc szeptucha to nie czarownica, tylko… ludowa kapłanka?

Feministki i czarownice Pani Błażewicz to staruszka. Jej dom stoi między trzema cmentarzami – starym katolickim, prawosławnym i kirkutem, cmentarzem żydowskim. Teren jest zarośnięty trawą, pasą się tam krowy. Pani Błażewicz niechętnie mówi o swoim zajęciu. Dopiero podczas kolejnej wizyty dowiedzieliśmy się, że jest szeptunką. Marina znad Naroczy odwrotnie, nie ukrywa swojej profesji. Kiedy przyszłyśmy, chętnie opowiadała o znachorskiej praktyce. Towarzyszyła nam jej kilkuletnia córka – Marina przyucza ją do zawodu.
Pani Katia spod Hajnówki jest znaną uczestniczką życia parafialnego, śpiewa w chórze cerkiewnym. Leczy pod ikonami, modląc się. Nigdy nie przyjmuje pacjentów w piątki i niedziele.

Irina N. była pielęgniarką, zaklęcia przekazała jej umierająca staruszka. Potem zainteresowała się tym sama, zaczęła czytać, dowiadywać się. To jedyna znana mi szeptunka, która twierdzi, że ma moc od szatana. Ale że to tylko taka pokusa, żeby czasem zrobić coś złego. A czy robi? Nie, nie robi. Za to jak pomaga innym, choruje jej rodzina. Co poradzić, widać tak już ma być. A pomagać ludziom trzeba.

Jest ich wiele, na wschodzie Polski, na Białorusi, Litwie, Ukrainie, w Rosji. Szeptunki, szeptuchy, znachorki, babki, wiedzące, mądre. Leczą, używając zaklęć, w których jest dużo odwołań do Boga i świętych. Mówi się często, że to święte słowa. Zdejmują też uroki, niektóre znają się na sposobach miłosnych. Rzadko słychać, żeby komuś szkodziły. Nikt ich też na stosach nie pali, nawet duchowni często przymykają na nie oko. A lekarze potrafią odsyłać do nich pacjentów z różą. To dzisiejsze dziedziczki dawnych czarownic.
Od XIV do XVIII wieku Europą, a później i Nowym Światem wstrząsała fala procesów o czary.

reklama

Największe ich natężenie to XV-XVII wiek. Na fali walki z herezją kobiety – bo to one stanowiły większość oskarżonych – były torturowane i skazywane na śmierć pod zarzutem czczenia, paktowania i spółkowania z diabłem, magicznego sprowadzania klęsk żywiołowych, nieurodzaju, chorób, opętania i śmierci, odbierania mężczyznom potencji, kobietom płodności, a krowom mleka, kanibalizmu, profanacji hostii i latania na miotle. Ofiarami takich oskarżeń padały również całkiem zwyczajne, niewinne kobiety, ale przede wszystkim ludowe uzdrowicielki, zielarki, znachorki. Czasem, przyznajmy uczciwie, dokonujące także aborcji, choć głównie jednak leczące dolegliwości zdrowotne.

Figura czarownicy palonej na stosie jest często wykorzystywana przez feministki. Przede wszystkim, jak rzadko kiedy, tutaj relacji kat-ofiara przypisywana jest jasna kwalifikacja płci – katem jest mężczyzna, ofiarą kobieta. W dodatku poczucie zagrożenia i płynącą stąd agresję wywoływało u mężczyzn przekonanie o umiejętnościach i wiedzy tych kobiet. Feministki podkreślają, że wiedźma to ta, która wie, umie więcej niż inni. I ich zdaniem już sam ten fakt, a nie konkretne działania, powodował tak negatywną reakcję środowisk męskich.

Erica Jong uważa, że czarownica to symbol kobiecej mocy, wolności, niezależności i seksualności. Płonący stos i tortury natomiast wskazują na konsekwencje wykorzystania tego potencjału przez kobiety. Jong uznaje prześladowania czarownic za straszliwą zbrodnię, co więcej zbrodnię, która nadal odbywa się na naszych oczach – dyskryminowanie kobiet, próby zapanowania nad ich seksualnością, dzielenie ich na dziewice i dziwki – wszystko to jest inkwizytorskim sposobem myślenia o kobietach. Maria Janion wskazuje, że o ile dla starego mężczyzny kultura rezerwuje rolę mędrca, o tyle stara kobieta to czarownica. Jędza, stara wiedźma z brodawką na nosie. A tymczasem to czarownice pomagały ludziom, świadcząc porady medyczne. Janion przywołuje też pogląd, że prześladowania czarownic wiązały się z rozwojem fachu lekarskiego – był to, można powiedzieć, sposób budowania monopolu, który pozostawiłby usługi lekarskie wyłącznie w męskich rękach.

Leczą, zdejmują uroki, niektóre znają się na zaklęciach miłosnych. A przy okazji szepczą modlitwy i zalecają odmawianie zdrowasiek.


Czarownica, jako kobieta zbuntowana i karana za bunt, staje się jedną z ikon feminizmu. W internecie na stronach feministycznych można kupić koszulki z wizerunkami wiedźm. Najsłynniejsza berlińska kawiarnia feministyczna nosiła nazwę Blocksberg – to miejsce spotkań czarownic w górach Harzu, będące odpowiednikiem Łysej Góry. „Pamiętajmy, że czarownice i Cyganki były pierwszymi guerillas i bojowniczkami przeciwko niewoli”, nawoływały aktywistki z WITCH (wiedźma) – jednej z bardziej radykalnych organizacji feministycznych – jej pełna nazwa brzmiała Women’s International Terrorist Conspiracy from Hell (Międzynarodowe Sprzysiężenie Terrorystyczne Kobiet z Piekła).

Czy zatem szeptuchy, szeptunki, wiejskie znachorki to ludowe feministki? Na pewno żadna z tych, które znam, nie założyłaby T-shirtu z wiedźmami. Ich stroje, sposób życia i poglądy są często, choć nie zawsze, konserwatywne. Sądzę, że wiele z nich zdumiałyby postulaty aktywistek z WITCH. Niewątpliwie jednak, mieszkając na wsiach i w małych miasteczkach, wykraczają daleko poza rolę przypisywaną zwykle kobiecie w tradycyjnej patriarchalnej kulturze. Anna Błażewicz jest szanowana w całym miasteczku, znana też poza jego granicami. Marina zostawiła pracę, żeby mieć więcej czasu na praktykę szeptuńską, za którą pobiera drobne opłaty.

Jej zarobki stanowią istotną część budżetu domowego. Mąż szanuje jej pracę, sam zresztą czyta magiczne poradniki, na co Marina nie ma czasu, i podsuwa jej fragmenty. Irina ubiera się nowocześnie, nowocześniej niż inne kobiety z jej wsi. Mówi, że nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek złe działania magiczne, bo i tak już o niej gadają. Za te stroje. Pani Domna, choć umiałaby magicznie podtrzymać małżeństwo swego syna, nie zrobiła tego. Uznała, że jak się wolą rozwieść, to niech się rozwodzą. Katia, śpiewając w chórze cerkiewnym, zajmuje jedno z nielicznych oficjalnych „stanowisk” w strukturze cerkiewnej. Nie chcą utożsamiać się z czarownictwem, wiązanym z diabłem i złymi mocami. Mówią, że moc pochodzi od Boga i to On, a nie one, leczy i dokonuje cudu. Podkreślają, że to święte słowa – jak modlitwy. Często zresztą zalecają po seansie odma- wianie „zdrowasiek” czy „ojczenaszów”.

Deklarują zwykle dużą gorliwość religijną i tak też zazwyczaj postrzega je otoczenie – jako wierzące i praktykujące. Często zaangażowane w życie wspólnoty religijnej. Tyle że brak na nie miejsca w oficjalnej strukturze. Nie mogą sprawować funkcji duszpasterskich. A może, choćby podświadomie, chcą? Przecież religijność ludowa również dla najważniejszej kobiety chrześcijaństwa, Marii, matki Jezusa, rezerwuje rolę uzdrowicielki i wybawicielki. Choć wiadomo, że z punktu widzenia teologii, cudów i uzdrowień dokonać może jedynie Bóg (w którejkolwiek postaci Trójcy Świętej), a Matka Boska jest tu tylko pośredniczką czy wstawienniczką, to jednak w ludowych wierzeniach to ona gra pierwsze skrzypce.

Stąd uzdrawiająca moc miejsc objawień maryjnych i opowieści o cudownych wizerunkach, takich jak Matka Boska Częstochowska czy Matka Boska Ostrobramska. Usłyszałam kiedyś zresztą interesujące w kontekście feministycznym uza- sadnienie wyższości tej drugiej nad pierwszą. Otóż Częstochowska ma na ręku Dzieciątko, które słucha modlitw, a z Ostro- bramską można porozmawiać jak z kobietą. Więc jak? Szeptucha to nie czarownica, tylko ludowa kapłanka? Czemu nie.


Zuzanna Grębecka
Fot.: Shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 3/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020