Krajobraz bez anten

On rozdarty między gitarę i umiłowanie ziemi. Ona między góry i pałace. Zrobili interes życia na ekologicznych uprawach i remontują budowle, w których dopełniał się los XX-wiecznego świata.

Krajobraz bez antenKiedyś Wojtek Krasecki wygrywał z zespołem „Seta” Giełdy Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie. I łamał serca dziewczyn na festiwalu Bieszczadzkie Anioły. A dziś? Jest właścicielem wielkiej rolniczej firmy. I dwóch pałaców na dodatek.

Uratować ten świat
Firma Kraseckich produkuje ekologiczne ziemniaki dla takich gigantów jak McCain czy McDonalds, więc wizyty farmerów z Francji, Niemiec czy Holandii są tu niemal codziennością. Luksusowy autokar zabiera ich na wycieczkę po uprawach. Nie jadą asfaltowymi szosami. Jadą polnymi szutrami pośród wzgórz, a Wojtek ma uciechę, widząc miny kierowców.

– Kurde – usłyszał ostatnio, jak wymieniają uwagi – tu lepsze drogi mają na polach niż szosa z Wrocławia do Warszawy. Gościom z Zachodu rzedną miny, kiedy widzą krajobraz nietknięty cywilizacją: żadnych masztów telefonii komórkowej. Żadnych hal fabrycznych. Żadnych latarń przy drodze. Ani jednego supermarketu.

– Patrzą na wioski między łanami pól, na linię gór za nimi, na czerwone, spadziste dachy, krowy na pastwiskach i czasami mają łzy w oczach – opowiada – wycierają nosy i przepraszają, że to ze wzruszenia. Że zobaczyli kawałek świata, jaki zapamiętali z dzieciństwa. I jakiego w Holandii już nie mają. Tylko asfalt i beton. A nam krajobraz kulturowy tej ziemi udało się ocalić. Nie przerobiliśmy jej na kolejny zunifikowany pakiet krajobrazowy Eurolandu.

reklama

Pokazuje swoim klientom jeszcze Górę Zamkową.
– Tu mieszkali moi praojcowie – opowiada o grodzisku, które założyli Serbołużyczanie. – Zbudowali bogaty kraj, mieli swoje domy i swoje rodziny. Odeszli, kiedy przetoczył się po nich najazd Mongołów w 1241 roku. Pustka trwała tu przez stulecia. Potem Śląsk budowali Czesi, Austriacy, Niemcy i Polacy.

– Z tego wymieszania kultur powstała wartość nieporównywalna z niczym innym. I to jest nasza ziemia, wbrew temu, co sami myślimy, Niemcy nigdy jej nie podbili. Nie zdobyli jej w żadnej wojnie – podkreśla Wojciech Krasecki – dostali ją w dzierżawę od Henryka Brodatego i jego następców. Ja jestem stąd. Z tego miejsca, gdzie stał gród Łużyczan. Z tego pola, na którym święta Jadwiga Śląska pozostawiła odbicie własnych stóp w kamieniu. Z tych wsi, w których gospodarowali Schweinichenowie. Czuję się, jakbym tu był tysiąc lat.

Pewnie dlatego, choć mógł zostać w mieście, na uczelni, albo karierę robić na estradzie, wrócił. Ma pewność, że pojawił się tu znów tylko w jednym celu. Ktoś musiał uratować ten świat, kiedy przyszedł dla wsi najtrudniejszy czas, czas przełomu. I nawet nie marzył, że nie będzie musiał brnąć przez to wszystko sam. Że odnajdzie go miłość, choć wydawało mu się, że to już nie był jego czas. Choć dzielą ich lata i dzieliło wszystko inne.
Bo Maria nie jest stąd. Jest z samego serca Beskidu, z Limanowej.

– Moje pierwsze spotkanie z Limanową nie było najszczęśliwsze – Wojtek wspomina czasy, gdy trafił tam z plecakiem pełnym „Konserwy turystycznej”.
– Wyrwało mi się, że prawdziwi górale to są w Zakopanem.
– W Zakopanem, panocku, to som cepry jako i wy – wyjaśnił mu góral.
– Tam mieszkać szli ci, co mieli cosik z prawem na pieńku, bo to daleko było i władza tam nie sięgała. To cepry som, co ino dudków patrzom, a nie pracy, haj. Od tej pory Wojtek miał się na baczności, jeśli spotykał kogoś z Limanowej. Aż do dnia, gdy jasnowłosa studentka przyjechała na praktykę do jego gospodarstwa.

Ostatni dom po prawej
Marysia od małego przyjaźniła się z Ewą Wachowicz. Czasem nawet brali je za siostry, takie podobne. Snuły marzenia o tym, że będą księżniczkami, że podbiją świat... I chyba im się udało. Jedna stoi w szeregu najpiękniejszych kobiet świata. Druga ma własny pałac na wodzie.

– Kiedy zdałyśmy maturę, to chciałyśmy szukać szczęścia w różnych stronach świata. Ewa poszła studiować do Krakowa, ja do Wrocławia – opowiada Marysia – na Akademię Rolniczą. Tę samą, którą kilkanaście lat wcześniej ukończył Wojtek. Poznaliśmy się jednak dopiero tutaj, w Wądrożu. Przysłali mnie na praktyki studenckie. Powiedzieli, że do najlepszego gospodarstwa rolnego w regionie... Zakochała się z miejsca. I została na zawsze. Wojtek zaimponował jej wiarą w to, że można. Kiedy popegeerowskie gospodarstwa padały jak muchy, kiedy nadszedł „Plan Balcerowicza”, on walczył.

– Może dlatego, że po ojcu odziedziczyłem wiarę, że trzeba walczyć o ziemię niezależnie od tego, w jakich warunkach toczy się gra? Jego ojciec, Bolesław Krasecki, przed wojną zarządzał wielkim majątkiem na przedmieściach Torunia. Po wojnie jako wrześniowy oficer musiał ukrywać się przed bezpieką gdzieś, gdzie ludzie o sobie nawzajem nic nie wiedzieli, więc rodzina zjechała do Legnicy.

W 1947 roku Bolesław Krasecki jako Komisarz Powodziowy uratował to miasto. Wtedy dostał od władz zadanie, żeby zorganizować Majątek Państwowy w Mierczycach. Rosjanie akurat szabrowali pałac. Krasecki pod zwałem szmat ukrył unikalny renesansowy piec wyłożony ceramicznymi kaflami z wizerunkami świętych. Każdy z kafli przedstawia inną biblijną postać. I tylko ten piec został na miejscu.

Potem wszystko wymyślał od nowa. Zatrudniał ludzi, zdobywał sprzęt, opracował plany zasiewów. Udało mu się. PGR Wądroże był pierwszym w województwie, który zaliczył milion zysku. Krasecki dostał tytuł człowieka roku, a profesor Chyła namalował mu portret.
– No i jak ja miałem tej ziemi nie pokochać? Ja się nawet urodziłem po chłopsku – żartuje Wojciech. – Ojciec zjechał bryczką z pól na obiad akurat wtedy, gdy zbliżał się czas rozwiązania. Usadowił mamę na kanapie, konia batem zaciął i pojechali. Ostatni domek po lewej stronie to była porodówka.
Wojciech swoją wojnę stoczył w 1990 roku. Na piętrze pałacu w Wądrożu, przy stole toruńskim posadził pięciu kierowników z wądroskich zakładów.

– Postanowiłem, że ich przekonam. Że bierzemy kredyty, wykupujemy majątek, zapewniamy pracę ludziom i walczymy – Krasecki próbował zarazić ich wiarą, że jeśli będą dbać o ziemię, to ziemia pozwoli im stanąć na nogi. Ale nie chcieli uwierzyć.
– Mamy 800 hektarów, to optymalna wielkość areału w warunkach Europy – przekonywał.
– Z „Planem Balcerowicza” nie wygramy – kręcili głowami kierownicy.
– Ale jesteśmy odpowiedzialni za 370 miejsc pracy – nie odpuszczał – mamy świetną załogę. Jakie PGR-y przegrywają? Te z nierobami i pijakami. U nas nie ma pijaków. Nie ma złodziei. Damy radę.

W końcu uwierzyli. Wzięli odpowiedzialność za majątek, stali się dzierżawcami. Dziś są właścicielami.
– Nie walczyliśmy ze sobą. Nie szarpaliśmy się o majątek. Wspieraliśmy się tak, żeby każdy z nas miał pracę. Nie zwolnili ani jednej osoby.

– I nie wpuściliśmy obcego kapitału – dodaje Marysia – choć brakowało na wypłaty, a Holendrzy i Niemcy stali tu w przedpokoju z walizkami pieniędzy. Nie daliśmy się, choć to była gra wysokiego ryzyka. I za to ludzie nas szanowali. Pracowali. I nie narzekali, że wypłata się opóźnia.
Inwestowali każdy grosz. W technologię. W spichlerze. W maszyny. Szukali sposobu, żeby z tych 800 hektarów wycisnąć jak najwięcej. Hodowali owce, potem wielkie stada bydła, które produkowały mleko dla firmy Danone. Zlikwidowali obory w 2000 roku, bo przedwojenny standard nie bronił się już we wspólnej Europie.

– O mały włos nie zbankrutowaliśmy w 2000 roku, kiedy jedna z wielkich firm produkujących margaryny nie wypłaciła za rzepak. Nawet Skarb Państwa wtedy popłynął na grube miliony – wspomina Marysia. – Co mieliśmy uczynić? Ludzie nam zaufali. Więc choć nie dostaliśmy za te kontrakty ani złotówki, wszystkim producentom wypłaciliśmy co do grosza. Tak się uczyliśmy zasad wolnego rynku.

Źródło: Wróżka nr 4/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl