Odrodzeni przez oddech

Szczęścia nie trzeba szukać za górami. Ani nawet w gwiazdach, ani w bibliotekach. Odnaleźć je, a potem zatrzymać można w... oddechu. W niedocenionym przez nas władcy umysłu, od którego zaczyna się najważniejsza ze wszystkich sztuk: sztuka życia.

Odrodzeni przez oddechCo łączy tych, którym udało się przeżyć tsunami z rodzicami zamordowanych dzieci z Biesłanu i weteranami wojny w Iraku? Pozornie nic. Poza tym, że jak wielu innych ludzi, którzy przeszli lub nadal przechodzą traumę, nie byli, a często wciąż nie są w stanie normalnie żyć. Ich umysły nie potrafią oderwać się od powracających wciąż straszliwych wspomnień.

– Większość z nas zachowuje się tak, jakby przeżyło kiedyś tsunami – mówi Marzena Przybylska, z zawodu nauczycielka, mama trzech synów.
– Wystarczy spojrzeć na ludzi, których codziennie mijamy na ulicy. Ilu z nich wygląda na szczęśliwych, na ilu twarzach zobaczymy uśmiech, który nie jest wymuszonym gestem, ale przejawem prawdziwej radości?

Zanim Sri Sri Ravi Shankar, nieustająco uśmiechnięty hinduski mistrz jogi, dziś przywódca duchowy milionów ludzi na całym świecie, założył fundację Art of Living, zanim jego fundacja zaczęła doradzać największym mężom stanu, instytucjom takim jak ONZ, ofiarom katastrof i wojen, ale też zwykłym zjadaczom chleba, przyjrzał się wielu twarzom bez uśmiechu.

Widział je pod każdą szerokością geograficzną. Zauważył też, że brak szczęścia to epidemia, która dopada ludzi niezależnie od ich statusu społecznego, majątku czy koloru skóry. Zauważył ostatecznie, że ta światowa choroba to główna przyczyna nie tylko osobistych nieszczęść, ale też źródło konfliktów, biedy i klęsk.

reklama

– Podłożem wszelkiego niepokoju, braku współpracy i zrozumienia między ludźmi jest stres – przypomniał w końcu ludziom zapomnianą prawdę Sri Sri Ravi Shankar, człowiek, którego cztery lata temu nominowano do Pokojowej Nagrody Nobla. Za to, że za pośrednictwem Art of Living pomógł milionom ludzi, w ponad 140 krajach, osiągnąć pokój i spokój. Bo udało mu się ich przekonać, że wiedza, którą sam czerpie z jogi, ajurwedy, ale też z doświadczeń wielu innych mędrców, którzy przez wieki zajmowali się duszą i ciałem człowieka, to wiedza, która odpowiada na potrzeby współczesnego człowieka.

Marzena próbowała osiągnąć spokój latami. Długo szukała odpowiedzi na proste pytanie, dlaczego właściwie nie jest szczęśliwa. I gdzie powinna szczęścia szukać. Nie mogła odnaleźć go ani w szkole, w której uczyła, ani w małżeństwie. Nie tylko ona.

– Po kilkunastu latach związku zdaliśmy sobie sprawę, że nadal siedzimy przy jednym, starym stole, ale jesteśmy ludźmi, których łączą wyłącznie dzieci. Przestaliśmy się chyba nawet lubić. Nie wiedzieliśmy, dlaczego tak się stało, po prostu stało się – wyjaśnia mąż Marzeny, Rafał Przybylski. On, informatyk, uciekał w pracę. Marzena w kolejne próby odnalezienia lekarstwa na duchowe rozterki. Szukała go w magii, astrologii i reiki.

– Szukałam prawdy i spokoju wszędzie, tylko nie w sobie – przyznaje Marzena. Niedawno zdała sobie sprawę, że zamiast przybliżać się do szczęścia, oddalała się od niego. Tak jak od siebie oddalała się rodzina Przybylskich. 

Marzena nie wierzyła do końca, że sześciodniowe zaledwie zajęcia Art of Living (AOL), na które cztery lata temu zaciągnęła ją koleżanka, cokolwiek mogą w jej życiu zmienić. Że znów nabiorą znaczenia słowa takie, jak szczęście, spokój, miłość. Bo jak tu uwierzyć, że w niecały tydzień, za pomocą jogi i oddechu można nauczyć się czegoś, z czym miało się problem przez dziesięciolecia, że można przyswoić sobie najtrudniejszą z umiejętności, sztukę istnienia? Na zdrowy rozum to przecież niemożliwe.

Rozum tymczasem, o czym Sri Sri Ravi Shankar stara się ludziom przypominać, nie zawsze jest najdoskonalszym doradcą człowieka. Przekonał się o tym na własnej skórze pewien radiowiec, didżej, fotograf i podróżnik, syn znanej pary aktorskiej.
– Bardzo się kiedyś starałem ogarnąć rozumem istotę życia – przyznaje Przemek Wardejn.

Najpierw szukał prawdy w mądrych księgach filozofów. Przy szklance piwa w zadymionej warszawskiej knajpie czytał dzieła Platona i Arystotelesa. Szukał też odpowiedzi na nurtujące go pytania w podróżach, rozumianych wówczas przede wszystkim jako przygodę, coś, dzięki czemu życie nabiera innych barw i smaków. Pociągały go kolory Afryki, zapach i smak Indii, światła Nowego Jorku.

Kiedyś zapakował Platona do plecaka i wyjechał z nim w samotną podróż do Kurdystanu. W górzystej azjatyckiej krainie nie zdołał jednak przeczytać ani jednego wersu. Przeszkodzili mu tubylcy. Początkowo się ich bał, przypominali mu nieco terrorystów z filmów. Ale nie odmawiał, gdy zapraszali podróżnika do swoich domów. By poczęstować go herbatą i wspólnie pomilczeć.

– To było nadzwyczajne przeżycie, bariera językowa sprawiła, że nie mogliśmy się porozumieć – wspomina Przemek. – Siedzieliśmy więc bez słów, uśmiechaliśmy się, a ja z każdą chwilą coraz bardziej czułem, że z tymi nieznanymi mi ludźmi z nieznanego mi kraju odczuwam dziwną, fascynującą więź.

Przypomniał sobie o tym kilka lat później, gdy w Warszawie trafił na kurs AOL. Szedł na niego bez przekonania, namówiony przez swoją ówczesną dziewczynę. Szedł właściwie zirytowany, bo wiedział, że przez te kilka dni będzie się musiał wyrzec palenia papierosów (proszą o to nauczyciele), a wcale się wyrzekać nie miał ochoty. W końcu jednak miało to być zaledwie kilka dni bez dymka...
Podczas pierwszego dnia kursu w głowie Przemka pojawiło się zdziwienie.

– Dziwili mnie ci ludzie, cały czas uśmiechnięci, jakby byli pod wpływem jakichś tajemniczych substancji – śmieje się Przemek.
Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy poczuł, że z tymi roześmianymi ludźmi czuje się równie bezpiecznie i dobrze, jak kiedyś z „terrorystami” z Kurdystanu. I że nie musi jechać do Kurdystanu, by poczuć wagę ciszy, milczenia i bliskości drugiego człowieka. Tak jak, i to zupełnie bez wysiłku, nie musi palić.

Nie wszystko mu się w tej nowej „sztuce życia” na początku podobało. Najmniej to, że miało być tak łatwo, lekko i przyjemnie. Oczytanego w filozofach intelektualistę śmieszyły bajki opowiadane przez nauczyciela, jego zapewnienia, że dzięki wcale nie tak skomplikowanym technikom oddechowym w krótkim czasie człowiek odzyskuje władzę nad umysłem, że oddech przywraca harmonię ciała i ducha, że poprzez świadome kontrolowanie oddechu w sytuacjach stresowych możemy odzyskać wewnętrzną równowagę.

Do tej równowagi, którą wkrótce potem Przemek zaczął nazywać szczęściem, miała zaprowadzić kursantów ostatecznie propagowana od lat przez Sri Sri Ravi Shankara technika zwana Sudarshan Kriya. Dzięki zastosowaniu odpowiednich rytmów oddechowych sprawia ona, że każda komórka w ciele zostaje głęboko oczyszczona i dotleniona, system nerwowy zregenerowany, a na twarzy pojawi się uśmiech.

– To uśmiech, który gdy raz się pojawi, nigdy już potem nie znika – zapewnia Dominika Machlowska, studentka zarządzania kulturą z Krakowa i nauczycielka AOL, która na „sztukę życia” trafiła w trudnym życia momencie.

Właściwie nie chciało jej się żyć wcale. Czuła się nieszczęśliwa, choć przecież nie przydarzyło jej się żadne wielkie tsunami. Może była trochę zmęczona miastem, do którego trafiła na studia, wymuszonym przez nie wyścigiem szczurów, może trochę na stan jej ducha miały wpływ niepowodzenia na uczelni, nadmierna troska rodziców, którzy nie rozumieli, że ich ambitnej i zdolnej córce może czasem powinąć się noga.

– Tsunami mamy w sobie, nie zdając sobie czasem z tego sprawy – mówi Dominika, która trafiła na kurs AOL z poczuciem dystansu i sceptycyzmu. A potem nie mogła uwierzyć, że zmiana w podejściu do czegoś tak oczywistego, jak oddech może sprawić, że życie człowieka w zaledwie kilkadziesiąt godzin zmienia się o 180 stopni.

Gdy Marzena wróciła z kursu, Rafał Przybylski z trudem poznał żonę. Zdumiał go jej spokój, to, że emanuje z niej radość i energia. I stanowczość, bo tuż przed sylwestrem oznajmiła, że wybiera się na kolejny kurs AOL.
– Zabieram tam dzieci – oznajmiła. – A ty jedziesz z nami albo nie jedziesz. Pojechał. Nigdy nie zapomni tego sylwestra. 

– Sztuka życia uratowała naszą rodzinę – mówi dziś z przekonaniem syn Marzeny i Rafała, Krzysztof. – Zdarzył się cud, który, przynajmniej z perspektywy naszych rodzinnych doświadczeń, z racjonalnego punktu widzenia, nie miał prawa się zdarzyć. Najpierw Rafał z Marzeną znów zwyczajnie zaczęli się lubić. A później... Dziś ręka w rękę prowadzą kursy Art of Living, uczą innych, jak zamienić stres w spokój. I są szczęśliwi. Jak to się mogło zdarzyć? Czy tylko przez inaczej potraktowany oddech?

– Nie tylko – zapewniają Przybylscy. – Sztuka życia to przede wszystkim praca z oddechem, bo to oddech poszerza świadomość, a to pozwala nam głębiej, piękniej i mądrzej odczuwać życie.

Ale, co podkreśla w swoich wykładach Sri Sri Ravi Shankar, prawdziwe odczuwanie życia wymaga otwarcia się na innych, obdarzenia ich miłością. A miłości, podobnie jak szczęścia i prawdy, nie trzeba szukać ani w gwiazdach, ani w bibliotekach, ani nawet w Kurdystanie. Można je znaleźć tu i teraz, przy starym stole również.


Sonia Jelska
Więcej o kursach AOL w Polsce
można dowiedzieć się na stronie
www.artofliving.pl

Źródło: Wróżka nr 4/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019