Wielgi Tydzeń

Kaszuby. Ludzie mówią tu innym niż polski językiem. Na wielkanocne śniadanie jedzą jajecznicę, a o trzeciej w nocy pewien człowiek budzi całe miasto, waląc w bęben. Na nogach ma buty zrobione przez swojego pra, pra, pradziada w 1800 roku...

Wielgi TydzeńNorda, po kaszubsku – północ. To tu ścierają się od wieków pogańskie wierzenia i obyczaje z nakazami chrystusowej Ewangelii. Jak wiele z nich pozostało jeszcze w obrzędowości i życiu codziennym niepokornych rybaków? Czy cywilizacyjne zmiany zniszczyły tradycyjny sposób obchodzenia świąt Wielkiej Nocy?

Drewniane kołatki

Wielkanoc na Kaszubach rozpoczynała się już w Niedzielę Palmową. Tak było dawniej, przed wiekami. Tak było, kiedy półwysep nie był półwyspem, a ciągiem wysp. A Kaszebi przepływali swoimi pomorankami z jednej na drugą, dzieląc się z sąsiadami radosnym zmartwychwstaniem Chrystusa. Dzisiaj na Nordzie już niewielu kultywuje stare zwyczaje.

Wciąż jednak są ludzie, którzy wychowują dzieci zgodnie z tradycją. Znalazłem ich. Pomógł mi marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk.

Dlaczego on? To człowiek, który urodził się i wychował w Jastarni na Półwyspie Helskim. Doskonale zna życie, znoje, zwyczaje i tradycje nordowych Kaszubów. Utożsamia się z nimi do tego stopnia, że kiedy zaczął pracować w zarządzie województwa pomorskiego, nie zmienił, jak inni samorządowcy, miejsca zamieszkania. Codziennie pokonuje ponad 100 kilometrów w jedną stronę. Jedzie z Jastarni do Gdańska.

Dziś spotkamy go w Juracie, miejscowości oddalonej o kilometr od Jastarni. Jaka jest Wielkanoc na Kaszubach? Siedzimy w miękkich fotelach w domu marszałka w Juracie. – Na Kaszubach Wielkanoc nazywa się Jastrë – mówi.  – To po pierwsze. A po drugie, zaczynamy świętować ją tydzień wcześniej, już w Niedzielę Palmową. Rano młodzież szuka w piwnicach swoich domów knaraów i szneraów, czyli drewnianych kołatek. Tak zaopatrzeni idą w zarośla przy torach kolejowych.

reklama

– Po co? – pytam Struka. – Ścinaliśmy gałązki wierzby na palmy – wspomina swoje dzieciństwo pan Mieczysław. – Bazie miały i wciąż jeszcze mają magiczne znaczenie. Może już nie dla tych młodych chłopców i dziewcząt, bo oni zbierają je z obowiązku i dla podtrzymania tradycji, ale dla ich dziadków. Po mszy, po święceniu palmy, każdy obowiązkowo połykał jednego „kotka” – miało to chronić przed chorobami gardła i gorączką. Palma kaszubska musiała mieć też koniecznie coś zielonego: gałązki barwinka, czarnej jagody albo bukszpanu.

Całość związana była czerwoną szlajfką, czyli wstążeczką. U nas nie ma, tak bardzo popularnych w innych regionach Polski, palm uplecionych z suszonych kwiatów, mchów i zbóż. Dzięki palmie z wierzbowych witek demony, purtki i czarownice trzymały się z dala od domu. Palmy służyły też do odpędzania piorunów. Wystarczyło spalić jedną z gałązek – dokąd doleciał dym, taki obszar chroniony był przed diabłami, demonami i błyskawicami.

Niedziela Palmowa to początek magicznej Wielkanocy na Kaszubach. – Jest w Jastarni stara rodzina Kohnke. Kohnków jest kilkudziesięciu, a samych Stefanów kilkunastu – uśmiecha się pan Mieczysław. Pojedziemy do tego Kohnki od bąblowania. Po kilku minutach podróży wchodzimy do piętrowego domu w Jastarni.

Od setek lat mieszka tu rodzina Kohnke. Teraz ich głową jest 65-letni Stefan. To on kultywuje jeden z najstarszych wielkanocnych zwyczajów w Polsce, a na pewno najstarszy na półwyspie – bąblowanie. Ale zanim o nim opowie, mówi o historii rodziny Konka. Tak, Konka, nie Kohnke. – Bo nieme h dodali Niemcy, kiedy chcieli zgermanizować te tereny. A moja rodzina mieszka tu od ponad 400 lat – i nikomu się nie daliśmy!

Na zimno i na gorąco

Po Niedzieli Palmowej nastawał Wielki Tydzień. Kaszubi mówią o nim „Wielgi Tydzeń, czyli Święty Tydzień”. Wtedy gospodynie zaczynały przygotowywać się do świąt. Wielki Czwartek na przykład to najlepszy czas na sianie oraz sadzenie, przesadzanie kwiatów i małych drzewek. Wtedy też nastawał czas na barwienie jaj. – Robiliśmy to na gorąco – wspomina pan Stefan. – Gotowaliśmy jaja w łuskach cebuli, jak czasami robi się to dzisiaj, albo korze dębu, buka czy osiki. Jajka stawały się czarne, brązowe, ciemnoczerwone. Była też metoda na zimno. Dawniej w każdym z domów miało się zapas krepiny, czyli bibuły. Wystarczyło potrzeć nią jajka i gotowe.

Nie wierzę. Pan Stefan woła żonę i po chwili na stole pojawiają się jajka, kilka kawałków kolorowej bibuły i ocet. Dostaję krótką instrukcję obsługi: – Zamoczy pan bibułę w occie, odciśnie, zwinie w stożek i posmaruje jajka.

Faktycznie, po chwili na skorupce pojawiają się barwne linie. – Teraz trzeba nadać pisance gładź – śmieje się pan Stefan, pocierając jajko kawałkiem słoniny. – To rodzaj utrwalacza i glansu, żeby pięknie błyszczały – dodaje.

Tylko pulki i żur

– My Wielki Post traktujemy bardzo poważnie. Moja mama nauczyła mnie, że wszystkie patelnie w domu trzeba wtedy chować na dno szafy – taki zwyczaj – wspomina pan Stefan. – Wtedy to był post ścisły. Teraz tylko w niewielu domach dochowuje się wierności tradycji. Pamiętam, że jadło się tylko żur i pulki, czyli ziemniaki w mundurkach. Jeszcze bardziej surowy post obowiązywał w Wielki Piątek, zwany Płaczebóg – wtedy tylko suchy chleb i gołe pulki.

Rano w Wielki Piątek moja matka brała gałązkę dzikiej róży albo jakąkolwiek z kolcami, agrestu na przykład, jeśli zima była nietęga. Potem, kiedy wszyscy jeszcze spali, biegała od izby do izby i biła nią całą rodzinę. Trochę bolało, ale co tam, my wierni zwyczajom. Mówiła przy tym: „W Płaczëboga Pón Jezës płakał, to i lëdze muszą płakac”.

Ogień i woda walczą w sobotę

– W Wielką Sobotę pobożni Kaszubi szli do kościoła święcić ogień. Dziś to już prawie zapomniany obrzęd. Po prostu pojawiły się zapalniczki i gaz. Dawniej na co dzień ogień w piecu palił się lub tlił przez cały czas, bo nie było łatwo go rozpalić, dbano więc o to, by nie zgasł. Piece wygaszano raz w roku właśnie w Wielką Sobotę. Pamiętam, jak razem z matką sprzątaliśmy palenisko chlebowego pieca – rozmarza się pan Stefan. W nocy z soboty na niedzielę magiczna stawała się woda. Małe Morze, czyli Zatoka Pucka dobrze sprawdzało się w tej roli. Kaszubi szli się kąpać i obmywać – zapewniało to kobietom piękną cerę, chroniło przed chorobami skóry i gardła.

Źródło: Wróżka nr 4/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl