Dzień bez kłamstwa

Pewnego razu za wysoko grałam w pokera. A gdy skończyła mi się waluta, czyli ciuchy, zaproponowałam grę w ciemno; o niezwyczajne życzenia. Los zrządził, że trafiłam na hazardzistę, który przyjął stawkę, a następnie przegrałam.

Dzień bez kłamstwaW konsekwencji musiałam przeżyć dzień bez jednego zmyślenia, kłamstwa lub fantazji: z mych ust miała się sączyć jedynie czysta i żywa prawda. Byłam moralnie przygotowana na surwiwal. Bo każdy, kto ma szczyptę wyobraźni, dostrzega, iż kłamstwo jest spoiwem życia rodzinnego i społecznego. Oraz że niedobór kłamstwa ma takie same poważne skutki medyczne, jak niedobór witaminy C: w każdym razie choremu tak samo chwieją się zęby.

Dlatego ten dzień zaplanowałam tak, aby jak najmniej mieć do czynienia z ludźmi. Bo nie lubię siać anarchii, no i boję się dentysty. Zatem wstałam dopiero, gdy mój facet poszedł do pracy – i pogrążyłam się w czytaniu. To były czasy, w których przed południem telewizja nadawała „Rolniczy kwadrans”, czasy bez internetu...

Zlekceważyłam serię dzwonków telefonu. Ale rychło uświadomiłam sobie, że przemilczenia oraz udawanie, że nie ma mnie w domu, także stanowią kłamstwo... A ja dałam słowo honoru, że stanę oko w oko z każdym wyzwaniem. Gdy więc rozległo się walenie do drzwi, z trwogą wyjrzałam przez wizjer. Bałam się, że to moja matka, gotowa zapytać, jak długo jeszcze zamierzam być niepoważna... Ale to był tylko listonosz – i wydawał się niegroźny. Jakże byłam w błędzie!

– Mam polecony dla Tomasza S. – oświadczył listonosz. – Z ZAIKS-u...
– Pokwituję... – zaczęłam szukać długopisu. Wyciągnął własny i zapytał: – A kim pani jest dla Tomasza S.? Bo ja tutaj muszę wypełnić rubryczkę.

I już zaczęły się schody. Bo nie mogłam skłamać – więc odpadała wersja „jestem żoną”, która ucinała wątpliwości. W tamtej zaś erze słowo „kohabitant” nie było używane, a konkubentów miały tylko panie z patologicznych kręgów społecznych. Skutkiem czego stwierdzenie „to mój konkubent” równało się niemal samoprzyznaniu do czerpania zysków z nierządu. Wybrałam więc wersję najmniej hardkorową, typową dla kręgów inteligenckich. – To narzeczony...

reklama

Listonosz wrzucił list do konduktorki.
– To awizo wypiszę. Bo kochance poleconego nie dam. A co, może się nie podoba?! – dorzucił agresywnie i bez powodu, co mnie nie zdziwiło. Gdyż było reakcją typową w socjalizmie.
Z drugiej strony – facet zadał mi pytanie, a ja miałam oblig mówienia prawdy. Więc chociaż był na służbie, udzieliłam mu szczerej odpowiedzi.
– A żebyś ty nogi na schodach połamał!

Tak oto, zanim wstał dzień, z umiłowania prawdy wdałam się w pyskówkę z listonoszem. Byłam wówczas tekściarką i perkusistką w zespole punk – co prawda pozbawionym słuchu, za to sprawnie wyłamującym deski ze sceny. Kto pamięta tamte hałaśliwe, amatorskie trupy, które widownia brutalnie zapędzała za kulisy ciosami łańcuchów oraz pasów nabitych ćwiekami, na oczach uszczęśliwionych milicjantów, wyznaczanych do zabezpieczania imprez – ten wie, że w artystycznej etykiecie leżał niegdyś zwyczaj lżenia publiczności. A kto pamięta tamte zadymy, ten i pamięta, że punkrockowe grupy miały prościutkie teksty utworów. Bo i polszczyzna – uboga w przekleństwa.

Summa summarum, przez gardło gładko przechodziły mi wówczas uliczne wyrazy. Które teraz są w użyciu... nawet w parlamencie oraz druku. Ale wtedy nikt się nie spodziewał, iż ze swadą mu wytknie nieprawą genealogię dziewczątko z główką w blond loczkach (nic nie poradzę, że natura mnie obdarzyła wyglądem idiotki).

Listonosz przeżył szok estetyczny. Rozmówki na wycieraczce zabrały więc parę chwilek, podczas których nadeszła akurat Magda. Wpuściłam ją, żeby się oderwać od listonosza, chociaż instynkt bił na alarm, że to niebezpieczne. Bo i Magda wtedy grała w pokera... I również zafasowała dzień bez kłamstwa. A zbliżenie dwóch grudek uranu może się zakończyć wybuchem! Instynkt miał, cholera, rację. Podczas tego spotkania odkryłam prawo towarzyskiej fizyki: prawda ma masę krytyczną. Pewne jej stężenie zabija układy, sterylizując glebę – a śmiercionośne odpady potem przez wieki krążą w atmosferze.

Magda przyszła, żeby zadać pytanie wprost. O to, czy ja oraz jej narzeczony coś ten tego... Nie wnikając w szczegóły, postanowiła wykorzystać fakt, iż danego dnia nie trzeba mnie podłączać do wykrywacza kłamstw. Olśnił mnie jej talent do obracania okoliczności na swoją korzyść, ale cóż... Słowo się rzekło...

Łżę jak najęta, lecz zarazem jestem uczciwa do szpiku: jeżeli dałam słowo honoru, że nie będę wstawiać kitu, to nie było wyjścia. Musiałam się wywiązać, choć w duszy już wątpiłam, czy aby na pewno prawda nas wyzwoli... Łypiąc oczami na boki (bo w małym mieszkaniu trudno uciekać przed zazdrosną kobietą z długimi pazurami) – wyznałam prawdę, że i owszem, weszłam jej raz w szkodę. Oraz szczerze ją przeprosiłam, gdyż czułam rzetelną skruchę.

Zakończywszy przesłuchanie, Magda dopaliła papierosa... Po czym wydała wyrok śmierci. Podniosła słuchawkę, wydzwoniła na mieście mojego narzeczonego... i powiedziała mu prawdę. Co chyba stanowiło zbędne rozszerzenie stawki, albowiem on jej przecież o nic nie pytał. Nie miała też ona obowiązku latać po mieście z informacją, że dzisiaj muszę mówić prawdę: jedyna okazja! Skutkiem jej nadgorliwości nazajutrz nie zamykały się u mnie drzwi. Ludzi zafascynowała absurdalna przegrana – no i spodziewali się dalszych skandali. Ale przyszli po czasie, więc ich nadzieje spełzły na niczym, naturalnie.

Prawda faktycznie wyzwala. Ale nieraz wyzwala tak samo, jak Związek Radziecki wyzwalał Europę Wschodnią od Niemców: z pewnymi prawdami nie można razem żyć. Jeden dzień bez kłamstwa trwale odmienił mi więc życie. Nie ma miejsca na opisanie ciągu dalszego... Na opis rozległych konsekwencji. Ale były, oj, były. Musicie uwierzyć na słowo: jestem, gdzie jestem, dlatego że raz zagrałam z diabłem o to, że przez 24 godziny nie będę lać zbawiennego smaru w tryby swego świata. Że przez 24 godziny będę mówić prawdę. Całą prawdę i tylko prawdę.

Nie żałuję przegranej, ale już nie gram w pokera. A tych, którzy nie wierzą, że prawda to bezimienny koń Apokalipsy – zachęcam do eksperymentu. Najlepiej w prima aprilis, w jedyny dzień legalnego kłamstwa... Bo tylko wtedy można taką próbę przeprowadzić w miarę bezboleśnie. To znaczy: powiedzieć prawdę, a następnie skłamać, że to był tylko żart.

Głupi i nieprzemyślany. Wszystko – pozostając w zgodzie ze swoim sumieniem. Można też w prima aprilis przeczytać felieton Antoniego Słonimskiego z 1926 roku o dniu bez kłamstwa. I zastanowić się, dlaczego ten mędrzec namawiał, aby raz w roku zrobić karnawał prawdy: obnażać bez litości kłamstwa polityków, naukowców, dziennikarzy – a nawet poetów. I dlaczego nawet nie zasugerował, że z rozpędu warto zdemaskować kłamstwa mężów, matek czy przyjaciółek. Widać, prawda ma swoje granice. Im bliżej każdego z nas, tym jest gorsza. Chyba najlepiej ją trzymać z dala od domu. Powiedzmy, na Księżycu. Tam jest słabe przyciąganie i nikogo nie trafi obuchem.


Iwona L. Konieczna

Źródło: Wróżka nr 4/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020