Dlaczego nie umiemy się bawić

Zabawa ma sens. Nawet wtedy, gdy już nie jesteśmy dziećmi. Dzięki niej nabieramy dystansu. Odpoczywamy. Świat nie wydaje się taki straszny. Śmiać się z siebie to pozbyć się swoich kompleksów. Przestańmy być największymi smutasami Europy!

Dlaczego nie umiemy się bawićSierpniowe popołudnie. Deptak w Kołobrzegu. Przy deptaku scena. Przyjechały zespoły folklorystyczne z całego świata. Gęsto od ludzi, w końcu wakacje. A kiedy zagrały dudy razem ze skrzypcami, nie mogłam się powstrzymać! Jak nie skoczę, jak nie ruszę w tany, aż mi sukienka fruwa! Za chwilę wraz ze mną wywija moja córka. Ale… tylko my dwie tańczymy pod sceną. Reszta stoi, jakby kije połknęła. Patrzą tylko, nieśmiało przytupują nogami. Nie mają odwagi. W tłumie zgorszony głos: „Niech one już nie tańczą, robią konkurencję tym na scenie!”.

No, bo jak to? Tak po prostu tańczyć? wygłupiać się?! Myślimy: jesteśmy dorośli, zachowajmy powagę. A przecież człowiek jest istotą skłonną do zabawy. Holenderski badacz kultury, Johan Huizinga, ukuł określenie homo ludens (człowiek bawiący się) i postawił tezę, że to właśnie zabawa jest źródłem kultury. Można się z tym zgadzać lub nie, ale pewne jest, że to dzięki nieskrępowanej radości zabawy pozbywamy się stresów, oczyszczamy psychikę, ciało. A następnego dnia ze „świeżą głową” wracamy do codziennych obowiązków.

Dzieci bawią się instynktownie. I wcale nie potrzebują do tego drogich gadżetów. Taniec, ruch, przepychanki sprawiają, że czują się szczęśliwe. Nasze wewnętrzne dziecko też do tego tęskni. Zadbajmy o nie. I nie przejmujmy się, że inni uznają nas za niepoważnych dziwaków.

Pamiętacie film „Buena Vista Social Club”? I jedną z jego pierwszych scen, w której na chodniku ktoś ustawia magnetofon? Rytm salsy porywa każdego, kto akurat przechodzi. Tańczą młodzi, i starzy – jak kto umie. Nikt się nie wstydzi, nikt nie rozgląda na boki z zażenowaniem. Dlaczego my tak nie umiemy?

reklama

Jak tu tańczyć, gdy ojczyzna umiera?
W Kołobrzegu, pod sceną ustawioną przy plaży, śmieję się w duchu. Bo to nie koncert rocznicowy z okazji wyzwolenia, ale impreza wakacyjna. Wstyd przed ośmieszeniem, strach, przed oceną, a także brak tradycji zabaw ulicznych wiąże nam ręce i nogi. No i przede wszystkim głowę, bo to w niej rodzi się przyzwolenie na spontaniczną radość.

– Nie ma się temu co dziwić. Klimat i ciężka historia nie dały nam szansy na hulanki – ocenia dr antropologii Zuzanna Grębecka. – Bo jak można puszczać się w tany, kiedy ojczyzna pod zaborami, rozbiorami, okupacją… To przecież niestosowne i niemoralne. Ci, którzy się wtedy bawili, byli osądzani jak zdrajcy... Jak sięgniemy pamięcią wstecz, do tradycji szlacheckiej, to przed oczami stanie dwóch szlachciców: ten poważny, co to myśli wyłącznie o ojczyźnie, i drugi, w typie Kmicica, hulaka i lekkoduch. W przełomowym momencie życia ten drugi też otrzeźwieje i biesiady zejdą na dalszy plan.

Trzeba będzie ratować przede wszystkim ojczyznę. Szlachcianka? Tylko poważna, skupiona na rodzinie i ojczyźnie. Matka Polka zatańczy najwyżej na własnym ślubie. A kiedy już Polska odzyskała niepodległość i znów można się było bawić, okazało się, że nie mamy takiego obyczaju. I że nie jest wcale łatwo nauczyć się tego na powrót, że lęk przed tym, jak zostaniemy ocenieni, skutecznie paraliżuje takie zrywy, nawet kiedy nogi same rwą się do tańca.

– Polacy to naród dość nieufny – ocenia dr psychologii Tomasz Srebnicki. – Tę cechę można łatwo wytłumaczyć: często musieliśmy trzymać język za zębami, bo zdrada mogła kosztować nas życie. Historia nauczyła społeczeństwo nieufnej ostrożności, a to się przełożyło na dystans do zabawy. Zwłaszcza do takiej szalonej, typu brazylijskiego, na ulicy, z masą obcych ludzi.

– I choć w okresie międzywojennym umacniała się tradycja podmiejskich zabaw robotniczych, to nie miejmy złudzeń: tam się bawił półświatek – mówi Zuzanna Grębecka. – Setka i śledź na zagryzkę. Jednak zabawy były też rodzinne. W Warszawie, na bielańskich karuzelach kręciły się dzieciaki klasy robotniczej. Kawalerowie trenowali oko, strącając pannom, strzałem z kabekaesu, sztuczne kwiaty, a może nawet i misia. Polska, mimo że robotnicza, obfitowała w festyny, jarmarki. Ale inteligencja miała do tego stosunek pogardliwy: tak się bawi tylko plebs.

Dolce vita na Mariensztacie i bal na Gnojnej
Po wojnie huczne zabawy też nie były dobrze widziane. Kojarzyły się z próżniactwem arystokracji i zgniłym amerykańskim imperializmem. A nowy system cenił głównie przodownictwo pracy w stylu „300 procent normy”. A  po wykonaniu takiej normy ktoś mógłby mieć siłę na zabawę? Co prawda, od czasu do czasu, ponadludzkim wysilkiem dzielna przodownica w postaci Lidii Korsakównej w ramionach Tadeusza Szmidta wirowała beztrosko po Mariensztacie. Zegar wybijał północ, bzy pachniały. „Przygodę na Mariensztacie” obejrzały z zapartym tchem miliony osób. Takie polskie „Dolce Vita”. Bo nawet fontanna w tle była, a gdyby nie obyczajowy, komunistyczny ostracyzm, Korsakówna pewnie by i buty zdjęła, stopy zamoczyła.

Może to właśnie wtedy zaczęto ustawiać drewniane podesty na rynkach, żeby sobie ludzie pracy, po robocie, mogli potańczyć walczyka? Byle nie jakiś imperialistyczny jazz – to było zabronione, a nawet karane więzieniem!!!

Zdarzały się i potańcówki na podwórkach, w bramach. A gdy  impreza się ciężko rozkręcała, Gienek skakał za róg, do Ambroziakowej, która niby to usługi krawieckie miała, ale tak naprawdę to melinę tam prowadziła. Po wódce trochę się rozluźniamy, ale nadal wolimy najprostsze rytmy. W zakopiańskiej restauracji „Europejska” do dziś grasuje legendarny pan Rysio. Publiczność wariuje, kiedy on śpiewa „Parostatek” albo „My Cyganie”.

– Zwykle jak puszczą gdzieś muzykę taneczną, Abbę, Boney M albo nawet disco polo, to zawsze znajdą się malkontenci, którzy powiedzą, że to takie plebejskie i obciachowe – zauważa Zuzanna Grębecka – bo my przecież mamy aspiracje do kultury wyższej. Prawdziwa rozrywka to opera. Ewentualnie jazz. Tańczyć? Nie wypada! A gdyby miejsce, gdzie teraz siedzimy (Ceprówka na warszawskim Krakowskim Przedmieściu), przenieść choćby do Kijowa i ktoś by zagrał parę taktów na harmonii, to zaraz by się znalazły ze dwie, trzy pary, które by sobie potańczyły. U nas? Niemożliwe.

Źródło: Wróżka nr 7/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl