Zmierzch bez domieszki cukru

Butelka leniwie kołysała się na falach wśród reklamówek, plastikowych wodorostów, nadmuchiwanych delfinów i innego śmiecia, którym w sezonie wypełniają nasz ocean pijani turyści z innych planet. Była pękata i solidnie szklana, więc jej niecodzienny wygląd natychmiast zwrócił moją uwagę...

Zmierzch bez domieszki cukruJednak nam, skazańcom, przydzielonym do akcji „Sprzątanie Matki-Ziemi po wakacjach”, brak czasu, aby roztkliwiać się nad każdym znaleziskiem: mamy wysokie dzienne normy.

Machnęłam więc siatką i wyrzuciłam butlę na brzeg, na stertę rupieci, obiecując sobie, że wieczorem zbadam ją dokładnie. I to była słuszna decyzja! Bo w środku, jak się okazało, siedział mały, znudzony człowieczek z wielkim, łysym łbem. Totalna magia...! Gdy otworzyłam korek, homunkulus przekształcił się w mglisty opar, po czym pomału wysnuł na zewnątrz...

– Salam aleikum! – zapiszczał, materializując się na piasku, już w solidnym formacie i tatarskiej czapie lamowanej futrem.
– Aleikum salam – odparłam zgodnie z tradycją. – Jesteś.. dżinnem?!

Dżinn, lustrując od stóp do głów moje więzienne łachmany, pogładził się po wąsikach cienkich niczym sznureczki, zwieszających się karabelnym kształtem aż do jego podbródka. Wreszcie skinął głową, potwierdzając. No i zaryczał: – Mów, jakie są tajemne pragnienia twego serca, o pani?! Rozkazuj swemu słudze! Zadumałam się. Akurat nie miałam żadnych zamówień. Ponadto był nów i nadchodził przypływ; należało się śpieszyć z pakowaniem śmieci do worów, żeby ich znów z plaży nie uniosły fale...

– Właź z powrotem do butelki – nakazałam więc magicznej istocie i krzepko chwyciłam grabie.
Czemuś niezadowolony dżinn potulnie wniknął na powrót do swojej butelki, lecz już będąc w środku, pokazał mi wała – zapewne przekonany, iż moje ślepnące oczy nie dadzą rady przeniknąć jej grubego, zielonkawego szkła. Pogroziłam mu sękatym, artretycznym palcem... Żeby wiedział, kto tu rządzi.

reklama

Kim jestem? Jestem samotnym więźniem z wyspy-izolatki numer 12 952. Od lat, nie wiem już ilu, jestem tym więźniem, po trzydziestce przestałam liczyć. Bo i po co?! Mam dożywotni zakaz stosowania botoksu – czyli zostałam skazana na bieg przemijania bez żadnych sztucznych ingerencji: na naturalną starość. Nie wolno mi nawet smarować twarzy kremem na noc. Zresztą, skąd go niby mam wziąć?!  I dla kogo się starać?! – toż nawet nie mam żadnego lusterka...

Zero seksualnej atrakcyjności to najbardziej dolegliwa kara, jaką zna kosmos. Bardzo wyrafinowana, stosowana wyłącznie wobec najgorszych zbrodniarzy, wobec zdrajców stanu. A mój przypadek jest w pitawalach: to ja jestem ta Iwona K., która z premedytacją i w warunkach recydywy, prywatnie i publicznie, stroiła sobie żarty z aktivii, espumisanu i pozostałych środków na wzdęcie oraz zaparcia, zawzięcie reklamowanych w TV. Ba! Naigrywałam się również z Instytutów Zdrowia i Piękności, które atestowały te specyfiki na urodziwych modelkach!

Stąd zostałam oskarżona o próbę obalenia ustroju jelitowego – a sąd nie znalazł okoliczności łagodzących... Już podczas przerwy na reklamy w trakcie czytania wyroku wsadzili mnie więc do śmigłowca, aby wysadzić pod tamtą palmą. Nie mogę liczyć na przedterminowe zwolnienie ani ułaskawienie. Nie skarżę się też na nic, chociaż mogłabym robić szum: raz na tydzień przymusowo golą mi przecież nogi tępym depilatorem, co jest niezgodne z sentencją wyroku.

Mój adwokat twierdzi, że takie represje często dotykają więźniów politycznych – i że gdybym się spięła, to wywalczyłabym status więźnia sumienia oraz zgrzewkę wody mineralnej raz na tydzień. Ale po co? Kogo ta sprawa obchodzi?! Wszyscy są zbyt zajęci walką z upływem czasu tudzież swoim bezlitosnym zaparciem.

Co ich obchodzi jakaś starucha z bezludnej wyspy, co to przed dziesiątkami lat kpiła ze środków przeczyszczających, które dziś regulują życie całego świata?! Zresztą fryzjer czasami udaje, iż nie widzi, że sobie jeszcze nielegalnie depiluję wąsiki jego pęsetką. No i bywa, że przemyca mi trochę kremu pod oczy...

Całkiem mi tu dobrze, w zmierzchu lata i życia. Starość bez domieszki cukru lub śladowej ilości orzeszków ziemnych wcale nie jest taka straszna, jak ją malują. Oczywiście pod warunkiem, że nikt jej nie ogląda.

– Może jakaś amnestyjka?! – ochoczo zaproponował dżinn. I błyskawicznie zmieszał się z tonikiem, a następnie zakwasił cytrynką. Postukałam się w głowę: nie dążę do apelacji ani uwolnienia. Nie pragnę powrotu pomiędzy ludzi. Nie pasowałabym do nich z tymi swoimi zmarszczkami, żyłkami i szlachetną siwizną. Chcę umrzeć tutaj, na wyspie numer 12 952, na której mogę być sobą – bez implantów, liftingów i korekt. Na której moja starość, niezgrabność i obwisłość nie narusza żadnej etykiety.

– Naprawdę... ty naprawdę nie chcesz odzyskać wolności?! – nawet po kilku drinkach dżinn nie umiał pojąć, że jako skazaniec miałam i mam więcej wolności niż którakolwiek kobieta w wolnym świecie…  Wciąż usiłował wydusić ze mnie jakieś życzenie; a ja nic. Tylko popatrywałam na zegarek, żeby nie przeoczyć momentu, w którym trzeba iść spać, aby nazajutrz mieć siły do pracy.

– Nie ma mowy, dżinie.  Niech już zostanie jak jest! Właź do butelki, mój drogi, czas gasić światło.
Dżinn nerwowo zatupał nóżkami, ubranymi w miękkie tureckie pantofle z zakręconymi czubkami.
– Może ci chociaż wybuduję zamek?!

A na co mi zamek na piasku? – te kłopoty z rynnami i kanalizacją i tysiące bibelotów do odkurzania, kosztem dziewiczej panoramy wyspy numer 12 952?! Nie wystarczy, że ocean jest martwy – i gdyby nie plastikowe wodorosty made in China, gdyby nie nadmuchiwane delfiny i gdyby nie pijani turyści z innych planet, to wszystkie wodne otchłanie – i moje plaże – byłyby całkiem puste?!

– To może... zrewitalizuję ocean, żeby było ładniej?! – dżinn padł na kolana.
Pokręciłam głową. Raz, tuż po osadzeniu na wyspie, miałam do uprzątnięcia padło wieloryba – ledwo dałam radę… Dzisiaj byłaby to praca ponad siły.
– Jak to jest, że nie chcesz niczego?! – wkurzony (a może już podchmielony) dżinn zaczął mnie tykać. – Może chociaż zechciej pospać do południa, ja jutro posprzątam plażę za ciebie!

– Dobra, dobra – ponagliłam go, już z butelką w ręku. – A co ja będę wtedy robić, hę?!
Dżinn zmrużył jedno oko i uśmiechnął się lubieżnie. – Wszystko, czego pragniesz, o pani, będziesz robić! Możemy… ot, choćby uprawiać dziki seks!
– Do łóżeczka, ale już! – wrzasnęłam, wyrywając korek z butelki.

Dżinn, posłusznie zamieniając się w opar, wsysany do butelki, zaczął błagać. – Po tysiącach lat w moim szklanym więzieniu rozpiera mnie wola działania. Daj mi szansę, o łaskawa i potężna pani! Nie masz pojęcia, jaką zmorą jest bezrobocie! Przypadkiem wiem, bo po sezonie turystycznym z nudów dosłownie chodzę po suficie.

Dlatego złamałam swoje postanowienie. I wypowiedziałam życzenie, oczywiście jak najbardziej prorządowe. Odtąd dżinn ma mnóstwo do roboty, a popyt na aktivię i podobne badziewia regularnie wzrasta, bo wszyscy nieustannie mają wzdęcie –  a nad moją samotną wyspę nadciąga jesień. Do grudniowych sztormów jeszcze kwartał. Jutro nadpływa fryzjer z tępą depilarką. Jest okej.

Źródło: Wróżka nr 9/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020