Czarodzieje umysłów

Można robić sprawdziany. Realizować program. I już. Ale można też spojrzeć na ucznia jak na człowieka. Partnera. Warunek jest tylko jeden: kochać to, co się robi. To nie bajka. a w polskiej szkole tacy nauczyciele.

Rafał Fanti Joanna Bieniecka. Nauczycielka polskiego w olsztyńskiej podstawówce. Mogłaby być jak setki innych: sprawdzać tylko, czy wypracowania są bez błędów i pytać, co poeta miał na myśli. Ale ona woli wiedzieć, co na myśli mają jej dzieciaki. A wcześniej te umysły poruszyć. Na przykład z pomocą spinaczy biurowych, korków, starych gazet i piłeczek pingpongowych. Dziwne? Wcale nie!

– Gdyby nie Odyseja Umysłu, wiele rzeczy by się nie zdarzyło – zapewnia – i mnie, i moim dzieciom. Ale dzięki temu, że zostałam trenerką tego programu, wygraliśmy wszyscy. I ciągle wygrywamy.

Joanna tłumaczy, że Odyseja to program organizacji pozarządowej, wymyślony 19 lat temu w Stanach Zjednoczonych. Służy rozwijaniu kreatywności. Uczy umiejętności rozwiązywania problemu od ręki. Znalezienia go nie jutro, nie pojutrze, tylko teraz, już!

Absolutnie kosmiczne
– I dzieci to robią – mówi – bo najlepiej działają wtedy, gdy mają na koncentrację kilka minut. Muszą na przykład z pomocą dwóch krzeseł i starych gazet zbudować most. Albo dostają 10 zapałek, 20 spinaczy i 30 korków. I konstruują z tego jak najwyższą budowlę. Taką, żeby utrzymała zeszyt. Wpadają im do głowy fantastyczne pomysły!

reklama

W Odysei Umysłu biorą udział drużyny z całego świata. Jeden problem narzucony odgórnie (ubiegłym roku była to „Sprawa dla Heraklesa”) rozwiązują przez kilka miesięcy. Ale mnóstwo drobnych, tak zwanych spontanów, na okrągło. Dzięki temu mózg nie zasypia. A efekt jego działania może przerosnąć oczekiwania największych malkontentów. I może być absolutnie kosmiczny.

– Wygraliśmy! – śmieje się Joanna. – I jako najlepsza polska drużyna polecieliśmy do Stanów, do Houston. Wcześniej jednak poruszyliśmy niebo i ziemię, żeby zdobyć na tę wyprawę życia aż 70 tysięcy złotych. Udało się! Gdy wysiedliśmy z samolotu, dzieci miały szeroko otwarte oczy. Zobaczyły palmy! A niektóre po raz pierwszy w życiu wyjechały z Olsztyna. Ale gdy w NASA spotkały się z kosmonautami, obejrzały rakiety, a później zdobyły pierwsze miejsce na świecie w „spontanach”, już wiedziały: spełnić można każde marzenie!

Basia Śmieszchalska, nauczycielka historii i WOS-u w gimnazjum na warszawskim Bemowie nie ma dla siebie jednej wolnej przerwy. Jest oblepiona przez uczniów tak szczelnie, jak powierzchnia wody przez plankton. Cieszy się z tego jak dziecko. I szczerze, ze śmiechem wyznaje, że niczym wampir syci się ich energią, młodością. Pije jak z życiodajnego źródła.

– Po dwóch tygodniach wakacji marzę o powrocie do pracy – mówi coś, co większość nauczycieli uznałaby za herezję.

– Tęsknię za nimi. I nosi mnie, by znów coś wspólnie zrobić. Bo Basia nie tylko opowiada klasie ciekawe historyjki o Henryku VIII, ale również pokazuje im, że życie jest pełniejsze i bardziej wartościowe, jeśli bezinteresownie pomożemy innym. Od czterech lat prowadzi w szkole wolontariat. Razem z powiększającą się z roku na rok grupą wolontariuszy współpracuje ściśle z fundacją „Świat na tak”. Regularnie odwiedzają bemowski dom kombatanta.

Zbierają żywność przed świętami, sprzątają opuszczone groby na cmentarzu wolskim, biorą udział w marszach charytatywnych organizowanych wspólnie z firmą Ecco. Zbierają książki i zabawki dla dzieci polonii gruzińskiej. Dwa razy do roku szykują paczki dla jednej z ubogich rodzin w Pionkach. No i masowo biorą udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.

– Przyszły dobre czasy dla wolontariatu – Basia zaprzecza popularnemu przekonaniu, że młodzież jest leniwa i nie chce się jej ruszyć palcem, jeśli w zamian nikt nic nie daje. – Nie mam nigdy problemu ze znalezieniem chętnych do pracy. Zawsze im mówiłam, że są elitą szkoły. A duch wolontariatu rośnie. Na początku miałam tylko kilku chętnych. Teraz jest ich prawie pięćdziesiątka.

Basia mówi, że w życiu wiele dobrego doznała od ludzi. Jak jej zalało mieszkanie, to sąsiedzi zakasali rękawy i sprzątali. Jak zachorowała i trafiła do szpitala, to córką troskliwie zaopiekowały się koleżanki. Żeby ratować jej zakażony palec, chirurg przyjechał po godzinach.

– Dlatego zawsze i ja starałam się pomagać – mówi. – Ale wspólne działanie to jeszcze coś innego. Nie tylko dajemy światu kawałek siebie, ale zaprzyjaźniamy się i uczymy od siebie nawzajem.

– Pani Śmieszchalska to najlepsza nauczycielka, jaką miałem – ocenia Kuba Piątkowski, ubiegłoroczny maturzysta – Mądra życiowo, z poczuciem humoru, a przede wszystkim zawsze stojąca murem za uczniem. Często powtarzała, że każdy zasługuje na drugą szansę, że jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo się mylić. No i ten jej śmiech! Zaraźliwy, zawsze słychać go było w całej szkole!

Nic dziwnego, że Basia ma pełne szuflady dyplomów (regularnie zdobywa tytuł najsympatyczniejszego i najweselszego nauczyciela w szkole), a półki gęsto zastawione ceramicznymi i słomianymi aniołami. Prezenty od wdzięcznych uczniów. No i puchar. Ogromny, błyszczący. Popłakała się, gdy jej wręczyli.

– I puchar, i niezwykłe podziękowanie od rodziców to dla mnie dowód na to, że to, co robię, ma sens – mówi. – Ale nawet gdybym takiego dowodu nigdy nie dostała, wciąż robiłabym to samo.

Nie kuć. Rozumieć!
Wieś nazywa się Gołębie. Pięknie się nazywa, ale trafić tu bez nawigacji to sztuka. Dobrze, że długie lata byłam harcerką. W końcu jest. Biały dom, zarośnięty ogród. Wokół pola i cisza. Tu, od maja, mieszka z rodziną Rafał Fanti. Nauczyciel geografii w warszawskim gimnazjum i liceum przy Raszyńskiej. Dojeżdża. Nie toleruje spóźnień. Jest wtedy, jak sam mówi, nieprzyjemny.

– Spóźnianie się to pokazywanie wszystkim, którzy przyszli punktualnie, że są ciężkimi frajerami – wyjaśnia. – Przecież można było wstać wcześniej i zdążyć. A ja lekcji nie mogę prowadzić, bo takie trzepanie drzwiami przez 15 minut zbija mnie z pantałyku. Ten, kto się spoźnił, niech lepiej posiedzi pod klasą. Mówię głośno, notatki może zrobić.

Rafał słodki nie jest. Na lekcjach z pierwszakami wyraźnie mówi, że litość jest fajna, ale on jej nie stosuje. Twardo ustala zasady. Można do niego mówić po imieniu, można „proszę pana”, można też „ej, ty”. – Mówcie, jak chcecie, ja i tak w klasie utrzymam porządek – widzi, jak pierwszaki ze zdumienia otwierają oczy. – Tanie efekciarstwo – ocenia ze śmiechem swoje coroczne wystąpienie – ale działa. Wiedzą, że jak ustalę progi procentowe na ocenę, to później ich nie negocjuję. A fajną cyferkę wygrają na koniec tylko wtedy, gdy nie łamią zasad. Zasadniczy? Bez sentymentów? To czemu oni go kochają?

– Jest uczciwy, oryginalny i mówi ciekawie – ocenia Klara Lepetow z drugiej gimnazjum. Rafał się zamyśla.

– Staram się ich nie zanudzić. I pokazać, że to, co widzą dookoła, to nie są pojedyncze obrazki oderwane od rzeczywistości. Że świat jest całością. I nie chodzi o to, by wyryli na pamięć stolice wszystkich państw na świecie. Mówię im, że mniej więcej pamiętam, gdzie zostawiłem atlas. Zawsze mogę w nim coś sprawdzić. Wolę jednak rozumieć to, na co patrzę. I tego chciałbym ich nauczyć. Rafał nikogo nie udaje. Jest sobą.

– Dzieci są szczególnie wyczulone na fałsz – mówi. – Jak człowiek jest nieszczery, zaraz to wyłapią. Wyłapują, że Rafałowi zależy. Że jak pyta, czy ktoś coś wie na temat, który omawiają, to nie jest to tylko pytanie retoryczne. Wyłapują, że chce im uświadomić, jak dużo wiedzą, i że dzięki logicznemu myśleniu mogą łączyć fakty, a to pomaga zrozumieć przyczyny i skutki. Zaczynają też pojmować, że na świecie jest wiele równorzędnych hipotez, co sprawia, że porównują, oceniają. Nie kują, myślą.

Spójrz w chmury
– Po tym „amerykańskim sukcesie” moja klasa wygrała wiarę w siebie i poszła jak burza – mówi z radością Joanna Bieniecka, która choć poświęciła na Odyseję mnóstwo prywatnego czasu, nie żałuje jednej minuty. – Międzyszkolny konkurs mitologiczny? Damy radę, akurat to przerabiamy. Mówię im: poczytajcie coś więcej, zajrzyjcie do internetu. Podałam lektury, zrobiłam pokaz multimedialny. Dzieci ze sprawdzianu dostały szóstki. Nie uczyły się dodatkowo, na konkurs poszły z marszu.

I znów wygraliśmy! Odysejowy program tak bardzo ich nakręcił, że nawet słabsi uczniowie zaczęli wierzyć w swoje powodzenie. Choćby Przemek. Niewiele czytał, nie lubił się uczyć i wcale tego nie krył. Nikt na niego nie stawiał. Zauważyłam jednak, że jest bardzo pomysłowy. Zdecydowałam: „Przemek, widzę cię w drużynie”. I chociaż w tym roku do Stanów nie pojechaliśmy, to zdobyliśmy mistrzostwo regionu.

On dostał takich skrzydeł, że na koniec roku miał świadectwo z paskiem. Powiedziałam mu: „Przemek, to, czego dokonałeś, było naprawdę wielkie”. Wszyscy byliśmy wzruszeni. Joanna wie, że dzieciom często trzeba tylko wskazać drogę i powiedzieć: „Wierzę w ciebie”. Wtedy dzieją się cuda. Cuda dzieją się także, gdy nie tylko przedstawimy suche fakty, ale zachęcimy je do tego, by poczuły. Włączyły do rozumu emocje.

– Mówię im: zastanówcie się, co mogli sobie powiedzieć Karol Wielki i Otton III? Albo choćby bitwa pod Grunwaldem. Ilu rycerzy, tyle samo koni. Czy ktoś ich pytał, czy mają ochotę ginąć? – Basia Śmieszchalska często mówi swoim uczniom, by postarali się poczuć, odnaleźć w podobnej sytuacji, jak bohaterowie, o których się uczą. – Na WOS-ie podchodzimy do zadań praktycznie. Jak jest mowa o Sejmie, to tworzymy ustawy, głosujemy. Odgrywamy scenki. Jest wtedy dużo śmiechu, ale wiedza sama wchodzi do głowy.

– Zdarza się, że tacham na lekcję torbę z kamieniami – Rafał Fanti nie jest najszczęśliwszy, że jego zbiór minerałów zwykle gdzieś się upłynnia, ale czego się nie robi dla barwnych lekcji.

– Mówię że taki marmur mogą zobaczyć na stacji metra, a bazalt leży często między torami tramwajowymi. A kiedy spojrzą w górę i ujrzą na widnokręgu chmurę w kształcie kowadła, wtedy jak nic będzie burza. Ci nauczyciele ubolewają, że szkolna wiedza jest taka daleka od życia. Że uczeń bywa tylko numerem w dzienniku. Oni tak nie chcą.

– Marzyłem, żeby uczyć – mówi Rafał – a wszyscy nauczyciele, jakich spotkałem albo w Stanach, albo na Zachodzie, też kochali to robić. Szkoda, że w Polsce często pracują w szkołach ci, którym gdzie indziej nie wyszło.

– I szkoda, że się tak kurczowo trzeba trzymać programu i metod uczenia – Joanna zwierza się, że jako ostatnia na roku zdała metodykę. – To nie rozwija, nie wyzwala indywidualności. Basia skraca dystans i choć wymaga od uczniów wiedzy, rozumie, że można do historii nie mieć serca. Najważniejsze, żeby je w ogóle mieć.


Sonia Ross

Źródło: Wróżka nr 9/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020