Supermeni w fartuszkach

 Prawdziwy mężczyzna nie musi udowadniać swojej męskości. Jeśli nie ma z nią problemu, będzie oficjalnie zmieniał pieluchy albo zrobi manikiur. Bo im bardziej kobiece jest zajęcie, tym większe wyzwanie.

Marcin Gabryś DąbrowskiMężczyźni już nie wstydzą się pracować w zawodach uznawanych do tej pory za typowo kobiece. Przedszkolanek? Nianiek? Tak! Nareszcie. To dowód na to, że świat, który znaliśmy, w końcu się zmienia. I sztywne podziały już za chwilę nie będą obowiązywać.

Marsz imperialny przedszkolaków
Marcin Gabryś Dąbrowski, lat 31, warszawiak. Dyplom z socjologii. Selekcjoner w warszawskich klubach. Po ulicach jeździ jak kurierzy rowerem na tzw. ostrym kole (czyli bez wolnobiegu – nawet jadąc z górki, trzeba pedałować). Dzięki temu, że mieści się między dwoma samochodami, nie zaczepiając o lusterka, nie spóźnia się do pracy. Jest... przedszkolanką w żydowskim przedszkolu na Woli. Wygląda na alternatywnego muzyka. Awangardowego malarza. Ostatecznie faceta, który prowadzi sklep z akcesoriami do wspinaczki wysokogórskiej. Ale nie na kogoś, kto wyciera dzieciom nosy, wiąże im buty i przygrywa na tamburynie.

– A dlaczego nie? – mruży oczy i podwija rękawy koszuli. Nie ukrywa tatuaży, z dziećmi pracuje w koszulce z krótkimi rękawami. – A kto wie, jak trzeba wyglądać?
On się nad tym nie zastanawia. Po prostu z nimi jest. Lubi to. Codziennie słyszy od dzieci rzeczy zaskakujące. Oryginalne. Niezwykłe. Ich świat go zadziwił, urzekł.
– Zanim zacząłem tę pracę, może ze dwa razy w życiu miałem małe dziecko na rękach. Do przedszkola nie chodziłem, ani też nigdy tam nikogo nie odprowadzałem – mówi o powodach swojej decyzji – a jednak od niemal dwóch lat jestem tam wychowawcą. A od października studiuję pedagogikę. Bo praktykę już mam, ale z teorią kłopot. Chcę wiedzieć więcej. I Rafał, który mnie wciągnął, i Radek, który też pracuje ze mną, są ode mnie znacznie lepsi merytorycznie. Chciałbym im dorównać.

reklama

Gabryś pewnie by się tam nie znalazł, gdyby nie Rafał. Poznali się w warszawskim klubie „Mandala”. Rafał pracował w przedszkolu od dawna. Znajomi niezłośliwie żartowali z tego, co robi, ale gdy Gabryś zawiesił się na kilka miesięcy w zawodowej próżni, on spytał: „A nie chciałbyś do przedszkola?”.

Pani dyrektor zaprosiła go na dni próbne. Pierwszego dnia był w szoku. Wszedł do przedszkola, kiedy wszystkie grupy wychodziły na dwór. Falujący tłum dzieciaków nie sięgających mu nawet do pasa. I kilku wychowawców, którzy usiłowali ich okiełznać. Po paru dniach już wiedział. „Jara mnie to” – oznajmił dyrekcji. A dyrekcja na to: „Jak ciebie jara, to i nas jara”. Zaczął od połowy semestru. Przez tydzień miał zajęcia ze swoją zmienniczką, potem już samodzielnie. Trema szybko minęła. Złapał z dziećmi bliski kontakt. Mimo braku przygotowania pedagogicznego, radzi sobie całkiem nieźle, a one go kochają.

– Pytasz, skąd wiem, jak reagować prawidłowo w sytuacjach kryzysowych, nie będąc wykwalifikowanym pedagogiem?
– Gabryś nie kombinuje, nie wymyśla, mówi z serca i to się czuje. – Bo wystarczy mieć trochę empatii i rozsądku, żeby wiedzieć, że jak się kłócą lub pobiły o zabawkę, to jest problem, który trzeba rozwiązać. Biorę ich wtedy na bok. I mówię: „Opowiedz, co się stało. A teraz ty”. Słucham uważnie, podejmuję decyzję. Nie krzyczę, ale jestem stanowczy.
Gabryś jest uczciwy, sprawiedliwy i dzieci to czują. Nie dziamdzia, nie spieszcza, ale i nie musztruje.

– One potrzebują też męskiego pierwiastka – zauważa. – Przedszkole to taki substytut życia domowego. Poza tym kilku kupiłem sobie dzięki swojej wiedzy na temat „Gwiezdnych wojen” – śmieje się. – Największe zadziory w grupie były pod wrażeniem, że znam wszystkie postacie z filmu. Kiedyś im obiecałem, że jak będą grzeczni, to im coś włączę. I zrobiłem to. Puściłem z You Tube'a „Marsz Imperialny”. A kiedy po podwieczorku schodziliśmy po schodach, zacząłem go nucić. Cała grupa podchwyciła. Śpiewały też dziewczynki, nawet największe fanki „Hannah Montany” i kolekcjonerki lalek Barbie. Od tamtej pory zawsze tak robiliśmy. Inni wychowawcy śmiali się: „Pięciolatki jak karna kompania”.

Dziś Gabryś już wie. Przedszkole to miejsce, w którym chce być. Dzieci to ludzie, których szanuje i ceni. I jest im wdzięczny za to, że pokazały mu świat, o którym zdążył już zapomnieć.

Supermeni w fartuszkachPan niania
Mikołaj Pogroszewski, lat 21, łomżanin. Od kilku miesięcy w Warszawie. Mądry, ciepły, dobrze wychowany. Gdy ktoś go pyta, co robi, uśmiecha się i mówi krótko: „Siedzę z dziećmi”. Cudzymi dziećmi, dodajmy. Mikołaj mógłby się starać o pracę w lecznicy dla zwierząt. W końcu jest technikiem weterynarii. Mógłby też próbować sił jako model. Wysoki, przystojny i ma to „coś”. Ostatecznie pewnie mógłby się też zatrudnić w pizzerii. Ale on wybrał co innego. Jest nianią. I codziennie o 7.20 wsiada w tramwaj, żeby na Bemowie przez ponad osiem godzin opiekować się siedmiomiesięcznym Jurkiem i czteroletnią Małgosią.

– Jak to tak? – większość ludzi na wieść o tym, co robi, otwiera szeroko oczy. – Dwoje małych dzieci i cały dom na głowie młodego mężczyzny bez doświadczenia? Takiego, co to nigdy pieluch nie zmieniał i pewnie ledwo chleb umie ukroić i posmarować dżemem?
– Kanapkę z dżemem? – Mikołaj się nie obraża, tylko wylicza: – Kotlet mielony, ziemniaki i fasolka. Taki obiad wczoraj zrobiłem Małgosi. Smakowało jej. Gotuję całkiem nieźle. Potrafię zrobić wszystko, bo w dzieciństwie dostałem niezłą szkołę. Pomagałem rodzicom, którzy w naszym domu prowadzili Pogotowie Opiekuńcze.

Trafiały do nas dzieci zupełnie maleńkie, prosto ze szpitala. I prawie dorośli nastolatkowie. Dzieci były różne, również bardzo skrzywdzone. Szczególnie pamiętam jedno rodzeństwo. Jak dostawali jedzenie, natychmiast się z nim chowali, bo bali się, że ktoś im je zabierze. Przez ten cały czas trzeba było się starać, żeby nie przywiązywać się do dzieci, nie pokochać ich. Przecież one czekały na adopcję, uregulowanie rodzinnych spraw. Byłoby im wtedy trudniej się z nami rozstać.

Mikołaj zajmował się maluchami, gdy rodzice musieli załatwić coś w urzędzie, zrobić zakupy. Wiedzieli, że jest odpowiedzialny, że mogą mu ufać.
– Zmieniałem pieluchy, bawiłem się i odrabiałem z dzieciakami lekcje. Dopust boży? Nie, skąd! Czułem się potrzebny, sprawiało mi to radość. I to taką, że teraz, kiedy jest dorosły i już nie musi czytać „Koziołka Matołka”, budować babek z piasku i myć lepkich dziecięcych rąk, robi to z wyboru.

– Rodzice Małgosi  i Jurka na początku byli przerażeni, że ich dziećmi chce opiekować się mężczyzna – Mikołaj walczy ze stereotypem, że facet nie umie być opiekuńczy, czuły, a nawet może, z powodu swojej gruboskórności, wyrządzić dziecku krzywdę – i sprawdzili mnie dokładnie. Dzwonili na policję, czy nie byłem notowany. Do moich rodziców. Do różnych placówek w Łomży z pytaniem, czy mnie znają i co o mnie myślą.

Uspokoili się, bo opinia była pozytywna – uśmiecha się. – A na decyzję, że mnie zatrudnią, na pewno wpłynęło zdanie ich starszych synów, 12-letniego Piotra i 13-letniego Wojtka. To oni, już po naszej pierwszej rozmowie, naciskali na rodziców: „Nie zatrudniajcie starszej pani, tylko Mikołaja! Małgosia i Jurek będą mieli opiekuna, a my kumpla!”.
I tak jest. Bo chłopcy i Mikołaj mają wspólne zainteresowania: piłka nożna, komputer. Kiedy więc przychodzą ze szkoły około 15., mogą z nim jeszcze chwilę pogadać. Pod warunkiem, że zdążył się uporać z obowiązkami.

– Tak naprawdę mam się tylko opiekować dziećmi, ale wiadomo, że jak trzeba w domu coś sprzątnąć, zmyć po obiedzie, to robię i to, bo jest to logiczne – tłumaczy pogodnie. – Muszę je ubrać i nakarmić. Kiedy trzeba, gotuję. Małego kładę wtedy do leżaczka, Małgosię sadzam obok, żeby pomagała – uśmiecha się tak, jakby dzieci nigdy nie marudziły, mieszkanie sprzątało się samo, a obiad zjawiał na pstryknięcie palcami – i gotujemy. Potem idziemy na spacer, a jak jest brzydka pogoda, to bawimy się w domu. Wczoraj Małgosia wyciągnęła lalki i kucyki, dzisiaj bawiliśmy się w piratów. Zbudowaliśmy superdomek na wyspie! Trochę się martwiłem, czy mnie zaakceptuje, bo rodzice uprzedzali, że jak kogoś polubi, to na zabój. I odwrotnie. Ale odetchnąłem z ulgą, bo Małgosia przytuliła się do mnie już pierwszego dnia, na pożegnanie.

– Czuję się spełniony – Mikołaj nie boi się głosić sądów niepopularnych w męskim świecie – i jak nawet któryś z kolegów dziwił się lub próbował wyśmiewać, wzruszałem ramionami. To jego problem. Poza tym zarabiam znacznie więcej niż moi znajomi z Łomży – robi taką minę, jakby chciał lekko przytrzeć im uszu. – To zamyka im usta.

Za rok Mikołaj będzie studiował pedagogikę. Na razie cieszy się, że jego narzeczona, Monika, która jest na drugim roku położnictwa, podsunęła mu pomysł na tę pracę.
– Jesteśmy pewnie obydwoje równie dojrzali – ocenia Mikołaj – bo może inna wolałaby mieć chłopaka komandosa? Na szczęście Monika rozumie moją pasję. I wie, że męskość to nie tylko siła. Prawdziwa męskość to mądrość i odwaga słuchania wewnętrznego głosu, czyż nie? Mikołaj patrzy na mnie ciepło, a ja czuję żal. Bo gdyby było więcej takich mężczyzn, świat wyglądałby inaczej.

Źródło: Wróżka nr 11/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020