Eskimosi spod Olsztyna

Wspólna pasja sprawia, że wspólne życie nigdy nie staje się nudne. Justyna i Darek założyli jedyne w Polsce muzeum kultury Eskimosów, sami szyją buty i kurtki ze skóry renifera, hodują psy zaprzęgowe, swoją pasją zarażają synów, a przede wszystkim... są szczęśliwi!

Eskimosi spod OlsztynaKażdego ranka Justyna zawozi 9-letniego Jasia i 7-letniego Olesia piaszczystą drogą ze Ściborek do szkoły w Baniach Mazurskich. Chłopcy przez okna samochodu wypatrują jeleni i wilków. Wiedzą, że można je spotkać blisko drogi. Jeśli dziś ich nie będzie, mogą być jutro. Chyba że jutro chłopcy do szkoły nie pojadą, bo drogi zasypie śnieg.

– Tutaj jest polski biegun zimna i trzeba być przygotowanym na to, że zimą na kilka dni zostanie się odciętym od świata – mówi Justyna. – Ale to nic takiego. Ważne jest tylko, by mieć przygotowany zapas żywności. Tutaj ludzie od lat żyją tak, by móc przetrwać, gdy kontakt ze światem odetnie śnieg.

Morsztynowie ze śniegiem i mrozem są oswojeni. Od lat fascynują się kulturą ludów Północy. Mają jedyne w Polsce muzeum eskimoskie. Darek organizuje wyprawy na daleką Północ. Zanim jednak do tego doszli, musieli przebyć długą drogę.

Narodziny Wojownika
Darek wilki pamięta z dzieciństwa. Zimą podchodziły pod okna leśniczówki w Puszczy Kurpiowskiej, w której mieszkał wraz z dziadkiem. Prąd dociągnięto tam dopiero wtedy, gdy Darek miał cztery lata. Wcześniej świecono lampą naftową. Wieczorami dorośli rozmawiali o dzikach, o jeleniach, a mały Darek słuchał tych opowieści z zapartym tchem.

Nikt wówczas jednak nie mógł nawet przypuszczać, że te opowieści będą miały wpływ na całe jego życie. Gdy Darek skończył siedem lat, musiał rozstać się z lasem. Rozpoczął się okres miejski. Szkoła podstawowa w Orzyszu, potem liceum. Ale w głębi duszy tęsknił za puszczą i leśną przygodą.

reklama

Dlatego wstąpił do ZHP. I bardzo się rozczarował. Przeszkadzało mu, że niektórzy instruktorzy pili, palili, przeklinali. Zaczął się stawiać. Dochodziło do konfliktów. Coraz lepiej rozumiał, jak ważne jest być wobec siebie szczerym. Dlatego wystąpił z ZHP. Ale wciąż chciał być harcerzem. Założył więc własną organizację harcerską: HROŚ – Harcerski Ruch Ochrony Środowiska im. świętego Franciszka z Asyżu. I chyba wtedy stał się wojownikiem, który bezkompromisowo walczy w sprawie, którą uzna za słuszną.

Jedną z harcerek HROŚ-u była Justyna, która później zostanie Darka żoną. Darek jako drużynowy uczył dzieci ekologii. Sprzątali lasy,  stawali w obronie wycinanych drzew. Jak wtedy, gdy w Orzyszu stawiano bloki i wybuchła afera... Robotnicy wycinali drzewa. A osiedlowe dzieciaki kochały te drzewa. Nadawały im nawet imiona. Tylko jedna grusza imienia nie miała – wszyscy mówili na nią po prostu Nasza Grusza. Grusza miała iść pod piłę. Darek z dzieciakami zorganizowali protest i gruszę otoczyli barykadą. Dzieciaki były rozżalone, bo dzień wcześniej spychacz zniszczył boisko. A dzieciaki jak to dzieciaki: zemściły się na spychaczu, dosypując do baku piachu. Zanim harcerz Darek to zauważył, było za późno. Wylądował na milicji, założono mu teczkę, przypięto gębę chuligana.

Nie spokorniał. Przeciwnie, stał się twardszy. Wyszło to niebawem, gdy był już w wojsku. Odkrył nielegalne wysypisko śmieci na poligonie. Napisał protest – list otwarty i rozesłał do różnych redakcji. List odczytano w radiowej Trójce. Zrobiła się zadyma i spory kłopot: jednostka w Orzyszu nie chciała żołnierza, który stwarza problemy. Wysłano więc Darka do jednostki w Rzeszowie. Ale on już był wojownikiem pełną gębą. W Rzeszowie odkrył, że drzewa z poligonów szły nielegalnie do tartaku. Gdy nagłośnił sprawę, zwrócono go precz do Orzysza!

Po wojsku Darek został belfrem. Uczył dzieci WF. I napisał podręcznik ekologiczny dla nauczycieli. Jednak w szkole między Darkiem a dyrektorem powstał konflikt.
– Rzucali mu kłody pod nogi – wspomina Justyna. – W końcu mąż stracił pracę w szkole. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu dziś robimy to, co naprawdę kochamy!

Darek i Justyna psów zaprzęgowych – siberian husky i malamutów – mają dziś ok. 40. Ale te psy to przyjaciele, nie zawodnicy. Morsztynowie stawiają na rekreację, nie na wyczyn. Biegnący Wilk
Po utracie pracy Darek zastanawiał się, co teraz.

– Czułem, że to powinno być coś, co będzie w zgodzie ze mną – mówi. – Jestem przeciw paleniu papierosów, przeciw piciu alkoholu. Popieram ekologię. Już wówczas interesowałem się kulturami tubylczymi: Indianami, Eskimosami. I psami. Pierwszego alaskana malamuta kupiłem 20 lat temu za 500 dolarów. To była półroczna pensja nauczyciela.

„Może firma specjalizująca się w kulturach tubylczych to dobry sposób na życie?” – zastanawiał się Darek. W końcu założył firmę Biegnący Wilk, która działa do dziś. Organizuje spotkania i imprezy plenerowe dla dzieci i dorosłych, dotyczące kultury Eskimosów, Indian, ekologii.

Po ślubie Darek wraz z Justyną wyprowadzili się do Ublika pod Orzyszem. Wraz z drużyną HROŚ-u chcieli stworzyć Orzyski Park Krajobrazowy. Nie przeszkadzały im spartańskie warunki. Zimny dom – da się wytrzymać. Brak ciepłej wody – nic strasznego. Pranie w miskach – żaden problem. Przez setki lat ludzie tak prali.

– To nas zahartowało – mówi Justyna. W takich warunkach urodziła dwoje dzieci.

Źródło: Wróżka nr 12/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020