Tuż przed osiemnastą

Wypucował mi klamkę, po czym, prawie unosząc się nad ziemią, zakręcił się wokół własnej osi. Mnie natomiast wcale nie zachwyciła wizyta człowieka, któremu nawet nazwisko miało przynosić pecha.

Tuż przed osiemnastąBył czwartek, prawie wybijała osiemnasta. Spojrzałam przez okno. Na oprószonym pierwszym śniegiem bruku święty Mikołaj z workiem na plecach i w jaskrawoczerwonych kaloszach odkorkowywał właśnie wino marki wino.
– Przyjaciół mam tak wielu, co krok znajoma twarz! – zaintonował z głębi gardła pieśń Bułata Okudżawy dobrodziej w czerwonej czapce.

Pomyślałam, że tego wieczoru nic już mnie chyba nie zdziwi. A jednak. Nagle kątem oka zobaczyłam, że drzwi od środka mojego biura zamyka (na szczęście nie na klucz!) jakiś szary jegomość w szarej jesionce. I ze zdumieniem zobaczyłam, że czyści chusteczką klamkę, której przed chwilą dotknął, po czym wykonuje figurę w tańcu klasycznym zwaną – o ile mnie pamięć nie myli – piruetem.

Po chwili dotarło do mnie, że doczekałam się pierwszego osobistego klienta-wariata. „Założę się, że za chwilę powie, że nikt go nie lubi” – przeszło mi przez myśl.

– Nikt, ale to zupełnie nikt mnie nie lubi. Zwłaszcza przyjaciele – westchnął pan w jesionce.
– Chyba nie ma pan na myśli świętego Mikołaja? On przecież przyjaciół ma wielu… – próbowałam skusić się na żart, po chwili jednak już dość nerwowo dodałam, że właśnie skończyłam pracę. Pan jednak nie zamierzał się poddawać, o czym najdobitniej świadczyło to, że usiadł jednym pośladkiem na skraju fotela. Krzesło wymownie skrzypnęło.

– Konrad jestem – zagaił jegomość. – Konkretnie Konrad Tsss.
– Tsss?
– Tsss – pan wymownie przystawił palec do ust. – Od pewnego czasu nie wypowiadam publicznie swojego nazwiska. Przynosi mi pecha...
Nagle zamarzyłam o tym, by uciec. Oczami wyobraźni ujrzałam siebie w małym pokoiku w Instytucie Etnografii, w którym poświęcam się badaniom nad wycinanką kurpiowską.
Spokój, cisza, żadnych paranomalnych historii, matek z zaświatów, pijanych mediów i czubków.
– Panie Tsss, co pana do mnie sprowadza? – sama zdziwiłam się, że potrafię zadać pytanie tak stanowczym tonem.

reklama

No i pan Tsss zaczął swoją historię. Kiedyś wiodło mu się całkiem nie najgorzej. Miał piękną dziewczynę, blondynę, Lucynę. Była ideałem… No, może poza jednym drobnym mankamentem: urodziła się z myszką na ramieniu. Tsss, oprócz dziewczyny, miał też lukratywną pracę, sprzedawał bowiem klejnoty. No i nawet znajomych miał. I jeszcze ratlerkę, brązową. Była to co prawda istota zgryźliwa i warcząca, ale za to na imię miała Aurelia. A teraz została mu tylko praca – jest złotnikiem, wciąż tworzy i sprzedaje towary o statusie najwyższego luksusu. Gorzej z resztą.

Dwa lata temu złapał narzeczoną na zdradzie. Zastał ją w ich wspólnym łożu z Tomaszem, wspólnikiem od interesów. Lucyna była w negliżu, nie licząc kolii z drogocennymi kamieniami na szyi. Kolii, której Konrad od pewnego czasu nie mógł doszukać się w sklepie. Szczerze mówiąc, przez jakiś czas myślał nawet, że ją zgubił, przecież zawsze był roztrzepany. Ostatecznie wyszło na jaw, że zdradzająca dziewczyna ze zdradzającym wspólnikiem oszukali Konrada nie tylko na jeden, ale na wiele drogocennych okazów biżuterii. Konrad poskarżył się policji, źli kochankowie trafili do więzienia. Lucyna siedzi w nim do dziś. Tomasz jednak widział zakratowane niebo jedynie przez pół roku, bo dzięki całkiem sporym zaskórniakom zatrudnił prawnika żyletę. Wszystko udało mu się zwalić na biedną Lucynkę.

Po tym wszystkim Konrad Tsss zmarniał ze zgryzot. Tym bardziej że opuściła go również wierniejsza od Lucyny niewiasta – Aurelia. Pewnego dnia zgubił ratlerkę na spacerze. I słuch po niej zaginął. W końcu Tsss dopadła nerwica natręctw. Wszystko czyścił, pucował, przekładał, w dodatku po każdej czynności musiał, po prostu musiał, kręcić się w kółko. Nie potrafił się też relaksować. Książek nie czytał, telewizora nie włączał. Obrzydzeniem napawał go komputer, nie przepadał za… myszką. Już nie zajmował się biżuterią, przerzucił się na złote papierośnice i zegarki. Po pracy zaszywał się w łóżku. Tylko w czwartki, tuż przed osiemnastą, opuszczał dom. Przez chwilę nawet miał po co. A to do fryzjerki pani Barbary zajrzał (ze sporą nadwagą, lekko bezzębnej, ale miłej), a to do kafejki, gdzie podawała mu herbatę, koniecznie gorzką, koniecznie z cytrynką, pani Edytka w różowej (niestety, dość nieświeżej) bluzce.

Od czasu do czasu spotykał się nawet z kolegą z podstawówki, niejakim Franiem Ziębą, z zawodu treserem psów (łysym jak kolano specjalistą, przynajmniej jeśli chodzi o wychowanie czworonogów). I jeszcze co trzeci czwartek odwiedzał panią Anię, psychiatrę, która miała go wyzwolić od pasków, piruetów, jak również tęsknoty za Aurelią (bo Lucynkę, ostatecznie, wybił sobie z głowy). Nie byłoby źle, gdyby nie to, że garstka ludzi, którą, mimo wszystko, obdarzył sympatią, nagle, jednego dnia, przestała być dla niego miła. Wręcz stała się niemiła.
– W pewien czwartek pani Barbara oświadczyła, żebym więcej się u niej nie pokazywał, bo zaszlachtuje mnie brzytwą – załkał mi niespodziewanie Konrad Tsss.
Z panią Edytką było jeszcze gorzej. Gdy jubiler poprosił ją o herbatę z cytrynką, przyniosła mu espresso, po czym wrzuciła do niego sześć kostek cukru! A Franio? Ostentacyjnie na widok kolegi przeszedł na drugą stronę ulicy.

– Ale ci się świrus trafił – rzuciła moja matka, jak zwykle znienacka.
– Może masz ochotę z nami posiedzieć? Będzie nam bardzo miło… –  nieudolnie stłumiłam narastającą we mnie irytację.
Konrad rozejrzał się po pokoju.
– Pani z kimś jeszcze rozmawia? – zapytał.
– Ależ oczywiście, z duchem. Matki – wyjaśniłam, mając nadzieję, że Tsss wpadnie w panikę i wreszcie pójdzie sobie. Przeliczyłam się.
– Moja mamusia zmarła rok temu, ale ani razu mnie nie odwiedziła – westchnął klient ze smutkiem.
I wtedy zrobiło mi się go żal. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie stało się w życiu szarego Konrada w szarej jesionce? Może znajomi przestali go lubić z dość prozaicznego powodu: zachowuje się przecież tak, jakby nie miał wszystkich klepek. Ale dlaczego, jak jeden mąż, znielubili go wszyscy w tym samym czasie? Dość niezwykły zbieg okoliczności.

Westchnęłam. Chcąc, nie chcąc, uznałam, że przynajmniej spróbuję porozmawiać z ludźmi, którzy nagle odsunęli się od Tsss. I tak nic lepszego nie miałam do roboty.
– Ale nie pytaj ich o niego z otwartą przyłbicą – ostrzegła mnie Klotylda, na którą natknęłam się na korytarzu.
– Dlaczego?
– Dlatego.
– Mam nie pytać wprost? To niby jak mam dowiedzieć się czegokolwiek o moim kliencie?
Klotylda nie była w stanie już odpowiedzieć, bo dopadła ją czkawka. Pijacka czkawka.
Do Barbary fryzjerki dotarłam pod prostym pretekstem podcięcia końcówek.
– A pani to musi obsługiwać rozmaite egzemplarze – zagaiłam podstępnie.

– Niewyobrażalne! Jeden taki uznał nawet, że jestem gruba i szczerbata. Cham, nie człowiek – żachnęła się Barbara, przy okazji kosząc mi nożyczkami grzywkę jak zboże. – A ja po prostu mam złą przemianę materii. Na dentystę, no cóż, nie mam pieniędzy. Nie każdy ma złoto i diamenty. Jak on!
Koniec końców, wyszłam z jej salonu pozbawiona końcówek i ulubionej grzywki.

Ze strzępką włosów nad czołem podreptałam do pobliskiej kafejki, by poznać kelnerkę Edytę. Zamówiłam herbatę. Gorzką z cytryną.
– Przychodził tu taki jeden i też to samo pił – Edyta pociągnęła znacząco nosem, zanim o cokolwiek zapytałam. – Uważał, że śmierdzę. A ja przecież używam dezodorantu. I to, za przeproszeniem, w kulce!

Został mi jeszcze treser psów, Franio Zięba. Odnalazłam go w parku w towarzystwie nabzdyczonego dobermana.
– Pani pewnie w sprawie pupila? – Franek nie miał złudzeń, że dosiadam się do niego, bo jest taki ładny albo inteligentny, na przykład.
– O tak, jest tutaj – odchyliłam poły kurtki. Pinezka ostrzegawczo parsknęła.
– Co to, to nie. Koty to nie moja specjalność – pokręcił głową Zięba.
– Jak to? Słyszałam, że pan potrafi wychować wszystko, co ma cztery nogi…
– Ten, co tak powiedział ma zapewne dwie nogi i szarą jesionkę – odburknął ze złością treser. – Pani wie, że ten typ zasugerował, że powinienem sobie zrobić przeszczep włosów! A przecież łysina jest bardzo męska. Nieprawdaż?

Zrobiło mi się jakoś zimno. Pod ławką w parku zauważyłam dwa wielkie jakrawoczerwone kalosze. Domyśliłam się, że święty Mikołaj po spożyciu wina wrócił do nieba zupełnie boso.
Za to zapewne w towarzystwie przyjaciół. Domyśliłam się również, że mój klient Konrad Tss stracił przyjaciół z bardzo prostego powodu: zwyczajnie ich poobrażał. Sprawa wydała mi się całkiem banalna.

– Ale ja złego słowa na nich nie powiedziałem. Słowo! – następnego dnia w moim biurze Konrad Tsss z całej siły uderzył się w pierś.
– Że co? Nigdy pan nie dał do zrozumienia Barbarze, że jest gruba i bezzębna? – zapytałam znudzonym tonem. – Kelnerce, że fatalnie pachnie, a treserowi, że jest łysy jak kolano? To nie są pana słowa?
– Moje – zgodził się grzecznie Konrad. – Ale nigdy niewypowiedziane!
Kompletnie zgłupiałam.
– To skąd mogą o tym wiedzieć?
– Nie wiem – mężczyzna opadł załamany na fotel. – Może potrafią czytać w moim myślach. Uznałam, że to niemożliwe, żadne z całej trójki w żadnym razie nie przypominało mi medium, zwanego Klotyldą.

Postanowiłam odwiedzić byłych znajomych Tsss po raz kolejny. Tym razem, wbrew zaleceniom medium (które już drugi dzień z rzędu borykało się z czkawką) bez większych ceregieli wyjaśniłam fryzjerce, kelnerce i treserowi, że prowadzę śledztwo w sprawie szykan, jakie zafundowali mojemu sfrustrowanemu, niezupełnie normalnemu klientowi.
I nagle okazało się, że cała trójka o swoich, niekoniecznie prawdziwych przywarach dowiedziała się z… bloga prowadzonego przez Konrada Tsss.

– Jakiego bloga? – Konrad musiał zrobić aż trzy piruety pod rząd, zanim odważył się zadać mi to pytanie. – Blogi to przecież paskudztwo, które gnieździ się w komputerze. A ja się komputera nawet nie dotknę. Ile razy mam jeszcze podkreślać, że mam wstręt do myszek!

Usiadłam przed monitorem. Wpisałam adres bloga, który wcześniej podała mi Barbara. Blog miał prowadzić niejaki Konrad Złotousty. Mój klient w szarej jesionce nagle jeszcze bardziej zszarzał.

– To moje prawdziwe nazwisko i mój pamiętnik – powiedział drżącym głosem. – Ostatni zeszyt, który zgubiłem dwa tygodnie temu.

Dwa i pół dnia zajęło mi wyjaśnienie, że Tsss alias Złotousty niczego nie zgubił. Tak jak nie zgubił wcześniej kolii, choć, jak sam wielokrotnie przyznawał, zawsze był roztrzepany. I znów za wszystkim stał Tolek Kokos (w ustaleniu tego, że blog powstaje w jego komputerze, pomogli mi zaprzyjaźnieni programiści o hakerskim zacięciu). To właśnie Kokos, z zemsty za sześć miesięcy spędzone w kiciu, postanowił odegrać się na Tsss. To on wykradł byłemu wspólnikowi jego pamiętnik, po czym z premedytacją umieścił go w sieci. Z wypiekami na twarzy czytali go wszyscy znajomi niczego nieświadomego złotnika. Włącznie z panią Anią, psychiatrą. Ale o niej Konrad akurat napisał, że ma śliczne zęby, piękne włosy i ładnie pachnie.

Złotnik i psychiatra wzięli ślub w czwartek, oczywiście, tuż przed osiemnastą. Na weselu pojawiła się, na prośbę mojej rodzicielki Natalii, także mamusia Konrada. Przybyła również Aurelia, cudem odnaleziona 100 kilometrów od miejsca zamieszkania, w jednej z dolinek tatrzańskich. W sumie nikt nie dociekał, dlaczego ratlerkę tak daleko wywiało i po co. I dlaczego właściwie jest taka gruba. Po kilku miesiącach okazało się, że Złotouści są bogatsi o siedem nowych, zgryźliwych ratlerko-jamników. Konrad Tsss uznał, o dziwo, że to szczęście, nie pech. Ale i tak musiał, po prostu musiał wykonać aż siedem piruetów z rzędu.


Ewa Aleksandra Mleczko, Sonia Jelska
Fot.: Shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 12/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl