Wiara w duchy

Mogą być wszędzie. W ludziach (nawet niejeden!), w zwierzętach, roślinach, kamieniach. Nawet w starych ruderach. Bo cały świat ma duszę. Wierzą w to wyznawcy animizmu, jednej z największych, a najmniej znanych religii.

Wiara w duchyBył styczeń 2008 roku. W Dżakarcie umierał właśnie Hadji Mohamed Suharto, były prezydent Indonezji. Początkowo trafił do szpitala z objawami anemii i nadciśnieniem, potem doszły kłopoty z oddychaniem i niewydolność nerek. Cały kraj z uwagą obserwował rozwój sytuacji, zdając sobie jednak sprawę, że na poprawę nie ma nadziei. Miejscowe gazety zwracały uwagę na pozornie niezwiązane ze sprawą szczegóły: a to lawina błotna zniszczyła drogę na ulubioną górę prezydenta, to znowu wielkie drzewo upadło w miejscu, gdzie miał zwyczaj się kąpać.

– Suharto nie może umrzeć, bo jego duszę przytrzymuje zbyt wiele magicznych amuletów – twierdził w wywiadzie niejaki Permadi, spirytualista oraz członek indonezyjskiego parlamentu. Doradzał, by umierający prezydent przeprosił ducha swojego poprzednika, któremu wiele lat temu odebrał siłą władzę.
– Suharto umrze za rok, no, może trochę wcześniej – dodawał inny znawca sił nadprzyrodzonych, a poza tym wysoki oficer armii. – Najpierw musi się wyczerpać siła amuletów.

Skąd o tym wiedział? Powiedziała mu Królowa Morza Południowego (czczony w Indonezji duch morski). Z kolei znany muzułmański duchowny proponował, aby przy łóżku prezydenta pomodliło się 40 mężczyzn o czystym sercu. Nie wiadomo, czy zastosowano się do którejkolwiek z tych dobrych rad. Podłączony do respiratora prezydent Suharto zmarł, nim skończył się miesiąc.

reklama

Prawdziwa magia czy magiczna prawda?
80 procent ludności Indonezji to muzułmanie, ale wiara w żyjące wokoło duchy, amulety i magię jest równie silna jak wiara w Allaha. Wywodzi się ona z pierwotnych kultów mieszkańców indonezyjskich wysp i z czasem wymieszała się z narzuconym przed wiekami islamem. Sam prezydent Suharto – oczywiście muzułmanin – święcie wierzył we wszelkie omeny i duchy, a przez całe życie zgromadził potężną kolekcję amuletów. Jego poprzednik niczym się w tej kwestii nie różnił – otaczał się karłami i albinosami – w celach magicznych, oczywiście. Gdy po śmierci Suharto zachodnia dziennikarka wypytywała tubylców o te praktyki, jeden z nich odrzekł: „To nie jest żadna magia, to rzeczywistość”.

Taka „magiczna rzeczywistość” leży u podstaw najstarszych religii, których najprostszą formą jest animizm. Termin ukuł angielski antropolog, sir Edward Burnett Tylor, w wydanej w 1871 roku książce „Cywilizacja pierwotna” i zdefiniował ogólnie jako „wiarę w byty duchowe”. Za czasów Tylora panowało dość romantyczne przekonanie, że współczesne religie są zubożałą formą jakiejś wiary idealnej, którą utraciliśmy wieki temu. Anglik postawił tezą przeciwną: rozwojem duchowym rządzą takie same prawa jak ewolucją gatunków. Z form pierwszych i prymitywnych powstały bardziej skomplikowane. Ową pierwociną ludzkiej duchowości miała być po prostu wiara w duszę.

Termin „animizm” Tylor zaczerpnął od Georga Stahla. Ten XVIII-wieczny niemiecki chemik twierdził, że każdy żywy organizm posiada realny, fizyczny element zwany „anima”, który pozwala mu żyć. Według antropologa u ludów pierwotnych koncepcja ta przekłada się po prostu na ducha, który animuje materię. Jak jednak nasi przodkowie wpadli na pomysł, że istnieje jakiś pierwiastek duchowy? To proste – poprzez własne doświadczenie. Naturalne życiowe doznania takie, jak: śmierć, sen, trans czy halucynacje sprawiły, że pojawiła się koncepcja bytu duchowego, niezależnego od fizycznego ciała. Zamieszkujący Birmę i północ Tajlandii Karenowie wierzą na przykład, że to, co nam się śni, robimy naprawdę. Uściślając – robi to nasza dusza, która na czas snu opuszcza ciało. Stąd też nie wolno nikogo budzić gwałtownie, bo duch może nie zdążyć do niego powrócić.

 Szaman religii nie czyni. Jest za to istotnym elementem religii animistycznych. Ma dwa główne zadania: odprowadzać dusze zmarłych w zaświaty i leczyć chorych.Aż duszno od duchów
Od czasów pradawnych idea duszy związana jest z oddechem. Po łacinie oddech to spiritus, po grecku pneuma, po hebrajsku ruach, a w sanskrycie – prana. Wszystkie te określenia mają też znaczenie religijne i duchowe, co dowodzi, że to właśnie oddech był od początku kojarzony z jakimś wyższym, niematerialnym bytem. Drugim metaforycznym odpowiednikiem duszy jest cień, obecny w wielu kulturach, między innymi u północnoamerykańskich Indian Hidatsa (czyli plemion Gros Ventre żyjących nad rzeką Missouri).

Postrzeganie duszy w religiach animistycznych nie jest jednak jednolite. Karenowie uważają, że człowiek ma ni mniej, ni więcej tylko 33 dusze, każdą w innym ważnym organie ciała. Ta najważniejsza umiejscowiona jest tuż za uchem. Aby dusze nie odleciały „w świat”, należy je do ciała przywiązać. Do tego celu służą nitki motane na nadgarstku. Z kolei Indianie ze szczepu Dakota twierdzą, że dusze są cztery. Po śmierci jedna zostaje w ciele, druga – w wiosce, trzecia ulatuje w niebiosa, czwarta trafia zaś we „właściwe” zaświaty.

Sny i halucynacje naszych praprzodków powiodły ich do dalszych rozważań. Skoro, gdy śnię, widzę na przykład zmarłych przodków i przyjaciół albo niespotykane w naturze stwory, to znaczy, że istnieje jakiś świat niematerialny, którego nie widać gołym okiem.

Wedle Tylora doświadczenia tego typu sprawiły, że ludzie pierwotni zaczęli cały swój świat postrzegać jako siedlisko wszelkiej maści duchów. Duszę ma więc nie tylko człowiek, ale i ptak, drzewo czy ryba. Wszystko wkoło żyło, zarówno na poziomie widzialnym, jak i niewidzialnym. I człowiek w swoich działaniach musiał brać pod uwagę istnienie tego pierwiastka duchowego. Pierwotne animistyczne wierzenia nie były zatem nigdy wymyślnym konceptem czy filozoficznym wymysłem. Były sposobem życia czy też – inaczej – kształtowały rzeczywistość.

Mój bóg niedźwiedź
Wpływ świata duchów na codzienność był bardzo rozległy. Indianie Hidatsa dostrzegali dusze w cieniach drzew, krzewów i traw. O ile mniejsze rośliny traktowali jako byty pozbawione znaczenia, to drzewom składali hołd. Największe z nich, bawełnica, wedle ich wierzeń było obdarzone własną inteligencją. Za pomocą ofiar błagalnych można było skłonić ducha bawełnicy do pomocy w ważnych dla plemienia sprawach. Na dalekiej północy Innuici wypracowali z kolei cały kodeks zachowania podczas polowania. Celem było pozbawienie zwierzęcia życia w taki sposób, by jego duch nie mścił się potem na myśliwym.

Krok dalej poszli rdzenni mieszkańcy południowo-wschodniej Kanady z plemienia Odżibwejów. Już w samym ich języku zakodowane są bowiem wierzenia sięgające wiele tysiącleci wstecz. Bo oto człowiek okazuje się w nim być „człowiekiem-osobą”, ptak – „ptakiem-osobą”, a skała „skałą-osobą”. W świecie Odżibwejów duchem obdarzone jest zatem wszystko, nawet najmniejsza grudka ziemi. Oni sami często nie są nawet świadomi sposobu, w jaki język kształtuje ich rzeczywistość. Gdy jeden z antropologów zapytał członka plemienia, czy nadrzeczne skały żyją, ten po długim namyśle odparł: „Część z nich na pewno tak”.

Animistyczny świat zapełniają nie tylko duchy roślin czy zwierząt, ale także wszelkiego rodzaju demony i potwory. U Odżibwejów funkcję najniebezpieczniejszego ducha pełni potwór zwany Wendigo, żywiący się ludzkim mięsem i sprowadzający szaleństwo. W wielu animistycznych religiach pojawia się także motyw niechętnych ludziom duchów przodków, które albo trzeba przebłagać ofiarami, albo po prostu wyczekać, aż przestaną być groźne. Aby duchy nie przeszkadzały w codziennym życiu, bardzo często budowano im we wioskach specjalne domy, gdzie mogły swobodnie przebywać.

Źródło: Wróżka nr 1/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020