Nowy rok

Szedł do pracy, na ulicy mignęła mu Jarka. Była w dżinsach, jak zwykle, nawet ich kolor był ten sam. Miała bardzo jasne włosy, trochę rudawe, bardzo długie nogi i okrągłą twarz z ogromnymi jak u lalki oczyma. Zaczął za nią iść.

Nowy rokIgnacy zastanawiał się: wstąpić do kościoła czy pójść na pływalnię. Miał pół godziny wolnego czasu przed pracą. Każdego dnia wychodził trochę wcześniej z domu, żeby wybrać jedną z tych opcji. Wszedł do kościoła. Był pusty. Na ołtarzu stały jeszcze od listopada białe chryzantemy. Pobyt w kościele uspokajał go jak wizyta u psychologa.

Stanął, jak zawsze, przed figurą Chrystusa. I nagle zauważył, że Jezus wiszący na krzyżu ma twarz Jarki, jego bliźniaczej siostry. Kłócili się zawsze zawzięcie o gumkę do ścierania, potem o kształt Wielkiej Niedźwiedzicy, ale gdy gdzieś wyjeżdżała, czuł głuchy niepokój i nie mógł sobie znaleźć miejsca. Wybiegł z kościoła.

Pędził jak szalony, roztrącając ludzi na chodnikach. Na jezdni przed domem, w którym mieszkali, zobaczył tłum gapiów. Przecisnął się między ludźmi. Jarka leżała przykryta gazetami. Na jej głowie ktoś położył przeciwdeszczową kurtkę, choć tego dnia nie padał deszcz.„Znów włożyła bez pytania moje dżinsy”, pomyślał bez sensu.

Zrobiło mu się słabo. Usiadł na krawężniku. Przyjechało pogotowie, coś przy Jarce robili i w końcu położyli ją na nosze. Było mu wstyd, że nawet nie sprawdził, czy ona żyje. Podszedł do ludzi z karetki. „Zawsze chciała umrzeć nagle”, powiedział znów bez sensu. „Ale chciała przecież, żebyśmy zrobili to razem! A nie poczekała na mnie. Poszła przodem”.

reklama

Wrócił na krawężnik. Z trudem wykręcił numer matki:
– Jarka nie żyje, miała wypadek – powiedział cicho i obojętnie, jakby informował, że poszła do kina.
– Wygłupiasz się? – spytała matka.
– Dostała kołem w głowę, gdzieś ją powieźli. Nie mogę wstać z tego krawężnika – poskarżył się.

Posłyszał przeciągły krzyk i jakby głuche tąpnięcie. „Upadła”, pomyślał bez emocji. Czuł się zupełnie wewnątrz pusty i bardzo lekki. Zdołał się w końcu podnieść i przypomniał sobie, że musi przecież iść do pracy. Jego bank był niedaleko. Usiadł przed komputerem, sekretarka przyniosła mu na biurko papiery do podpisu.
– Boże, co panu jest? – zapytała.

Po chwili otoczyli go jacyś ludzie, chyba z jego działu. Chciał odpowiedzieć, że nic takiego, tylko Jarka dostała kołem w mózg, ale jego szczęki zacisnęły się i nie mógł ich zmusić do rozwarcia. Zaczęli coś mówić o pogotowiu. Ciągle niemy pokręcił głową, wstał znów lekki i pusty jak piórko i wyszedł na ulicę. Świeciło słońce, ludzie
chodzili, jakby nic się nie stało.

Poszedł do parku i chodził może godzinę, a może trzy. Zadzwonił ojciec.
Powiedział, że matkę zabrano do szpitala. To pewnie zawał. Dlaczego Ignacego nie ma w pracy i gdzie jest Jarka?
– Jarka nie żyje, muszę się ożenić, tato, ktoś, kto ma 31 lat, musi się ożenić.
– Jak to!? Jarka nie żyje? Co ty mówisz? – spytał szeptem ojciec.
– Nie żyje! – krzyknął Ignacy. – Nie rozumiesz? Nie żyje!

Do pracy wrócił w godzinę po pogrzebie. Pracownicy starali się być mili i nie zawracać mu głowy drobiazgami. Jak zwykle dokładny, praktyczny i precyzyjny. Nie chciał tylko pić kawy, którą zawsze przynosiła mu sekretarka. Tylko to – nie chciał pić kawy. A w domu nie mógł spać. Zasypiał na chwilę, ale zaraz się budził i tak w kółko. W połowie grudnia poczuł gwałtowny ból. To uczucie narastało.

Już nie czuł się lekki, lecz napełniony tym bólem po nos, po usta, po końce nóg. Matka była już w domu. To nie był zawał, ale szok.
Leżała na kanapie i tępo patrzyła w sufit. Wynajęta pielęgniarka zmieniała jej pampersy i dawała jakieś proszki. Ojciec wyprowadził się do Amandy.

– Nie będę niczego udawał – powiedział. – Rodziny już i tak nie ma. A ja chcę normalnie żyć. Amanda była jeszcze przed rokiem dziewczyną Ignacego. Ojciec kupił jej mieszkanie. Mieszkał trochę w domu, trochę u niej. Miała duże piersi, takie lubił.

W kilka dni po pojawieniu się bólu, kiedy Ignacy szedł do pracy, na ulicy mignęła mu Jarka. Była w dżinsach, jak zwykle, nawet ich kolor był ten sam. Miała bardzo jasne włosy, trochę rudawe, bardzo długie nogi, i okrągłą twarz z ogromnymi jak u lalki oczyma. Zaczął za nią iść. Mobilizował siły, bo czuł, że słabnie. Ale ból wewnątrz ciała ustał. Weszła do kawiarni, a Ignacy usiadł przy stoliku obok. Nie mógł podejść do niej z pustymi rękami. Niedaleko kawiarni zauważył kwiaciarnię. Wypadł z kawiarni w strachu, że ona wyjdzie. Kupił trzy białe róże. Jarka lubiła tylko białe kwiaty.

Podszedł do stolika dziewczyny i zapytał, czy nie zechciałaby przyjąć róż. Jest bardzo podobna do jego siostry bliźniaczki i nie mógł sobie odmówić radości ofiarowania jej kwiatów. Przedstawił się. Powiedziała, że ma na imię Jaromira. Jej ojciec nazwał jej siostrę Rościsława, a ją Jaromira. Lubił stare, słowiańskie imiona. Ale wszyscy mówią na nią Mirka. Bardzo przeprasza, ale właśnie do kawiarni wchodzi koleżanka, z którą się umówiła.

Przy stoliku napisał do niej kartkę, że od dziś każdego dnia po wyjściu z pracy, o siedemnastej będzie w tej kawiarni czekał z białymi różami. „Proszę zważyć, pisał, ile róż zwiędłoby bez sensu, nie trafiając w pani ręce”. Poprosił kelnera, żeby zaniósł kartkę dziewczynie i wyszedł z kawiarni. Ból znów się nasilił. Pomyślał, że należałoby wziąć jakiś proszek przeciwbólowy, ale uznał po chwili, że żadna chemia mu nie pomoże. Może basen? Sama myśl o pływaniu budziła w nim wstręt. „Wariuję, pomyślał, w banku to zauważą i to będzie koniec mojej zawodowej kariery”.

Pozostawało tylko kilka dni do sylwestra. Pozwolił pracownikom swego działu na towarzyskie wypicie kawy z ciastkami wbrew swoim zasadom. Sam też wyszedł z banku nieco wcześniej. Wstąpił na chwilę do kościoła. Chciał zobaczyć twarz Chrystusa. Miał nadzieję, że ukrzyżowany będzie tym razem miał twarz matki. Nie lubił jej. Od zawsze kochała tylko Jarkę. „Ona, moja córka, jest z moich genów, a ty – masz tylko geny ojca”, mówiła, choć byli przecież bliźniętami i w dzieciństwie z trudem ich rozróżniano.

Ignacy był za to ulubieńcem taty. To on nauczył go grać w tenisa i wprowadził w królestwo matematyki. Spędzali długie godziny na rozmowach, a Ignacy uważał, że taki ojciec jak jego, dopinguje do wielkich wyzwań w życiu. Jego idol, drogowskaz. Ale nie chciał prowadzić firmy po ojcu. Po studiach na prestiżowej uczelni i stażu za granicą wybrał bank. Lubił chłodne tafle na biurkach i uporządkowany świat operacji finansowych. Był ryzykantem, ale nigdy nie posunął się nawet o pół kroku w stronę, która miała być dla niego albo firmy zagrożeniem. Poznali się na nim. Robił karierę.

Amanda była kasjerką. „Gorsza kopia Marilyn Monroe”, śmiał się ojciec. Skończyła liceum ekonomiczne w małym miasteczku. To ona zaprosiła Ignacego do swego mieszkania. Od razu poszli do łóżka. Ona tego chciała. „Jeszcze się przy mnie nauczysz”, powiedziała po wszystkim. Ojciec miał nadzieję, że Ignacy nigdy nie dowie się, kto kupił mieszkanie Amandzie.

Stary wyga nabył je oczywiście na swoje nazwisko. Akt darowizny leżał niepodpisany u notariusza. Amanda miała zostać jego właścicielką dopiero za dwa, trzy lata w nagrodę za dobre sprawowanie. Ale wywieszono listę lokatorów. I tak Ignacy dowiedział się o mieszkaniu. – Tyle lat – powiedział ojcu – mieszkałem ze skurwysynem, w ogóle o tym nie wiedząc, to zdumiewające. Więcej o tym nie rozmawiali.

Źródło: Wróżka nr 1/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020