Kobiety, które robią, co chcą

Odrzuciły tak zwana dobrą pracę, karierę, pieniądze. Idą pod prąd. Warto było – zapewniają. I udowadniają, że prawdziwy sukces to przede wszystkim wierność sobie.

Życie Łucji kręci się wokół… koni.Z okien kamiennej pracowni w Langwedocji jeszcze osiem lat temu Łucja mogła podziwiać zamek katarów i wzgórza pełne winnic, pamiętających czasy Rzymian. Właściwie powinna być szczęśliwa: dla niejednej polskiej architektki projektowanie domów dla Francuzów jest przecież szczytem zawodowych marzeń. Ale Łucję praca przy biurku męczyła. Kupiła więc w końcu winnicę, zbierała winogrona, toczyła długie dysputy z tubylcami o zaletach wina.

O tym, dlaczego właściwie kilkucentymetrową warstwę śniegu w Langwedocji uważa się za klęskę żywiołową. I coraz bardziej tęskniła za prawdziwą, polską zimą. A jeszcze bardziej za tym, by przez ośnieżone, osnute mgłą polskie pastwiska pogalopować na koniu. Na oklep. Pewnego dnia, siedem lat temu, we Francji, Łucja zrozumiała na dobre, że konie są jej największą pasją i największym przekleństwem.

Z górki na biegunach
– Im bardziej od nich uciekałam, z tym większym hukiem wracałam po napięciu niewidzialnego łańcucha, którym na wieki jestem do nich przykuta – śmieje się dziś była już projektantka. Kiedy po raz pierwszy pomyślała o koniach? Do dziś w jej rodzinie krąży anegdota o tym, jak to mama Łucji wracała z pracy do domu w Krakowie i zobaczyła, że wśród gromadki dzieci zjeżdżających grzecznie na sankach z małej górki jedno ciągnie na sznurku konia na biegunach. I dosiada go, by zjechać w dół.

reklama

Kozy i owce pod jednym dachem to nie sielanka. Ostatnio Łucja przyłapała kozy, jak… grały owcą w ping-ponga.– Jak to dobrze, że nie tylko moje dziecko jest dziwne – odetchnęła mama z ulgą, by po chwili ze zdumieniem stwierdzić, że mały „jeździec” podejrzanie przypomina jej własną Łucyjkę. Z którą przecież ciągle były kłopoty. O czym na własnej skórze przekonał się także dziadek dziewczynki, gdy pojechał z nią na wakacje. I już pierwszego dnia z nerwów dostał półpaśca, jak dziś opowiada Łucja. Gdy bowiem rano starszy pan otworzył oczy, zobaczył w oknie na piętrze wiszące głową w dół dziecko. Tkwiąc stopami w rynnie, kiwało się zachwycone, pojawiając się raz w lewej, raz w prawej kwaterze okna.

Więc mama, ostatecznie, postanowiła Łucję okiełznać. I wybrała się z córką do klubu jeździeckiego. By dowiedzieć się, że tak małych dzieci nikt nie uczy jeździć konno. A Łucja była bardzo mała – kasjerka z trudem dostrzegła ją pod półką do wydawania reszty. W końcu jednak klub przyjął dziewczynkę… jako ciekawostkę. Po latach wyrosła z niej utalentowana instruktorka jeździectwa. Co miało oznaczać jedynie hobbystyczny dodatek do poważnej pracy architekta. Taką przyszłość córki wymarzyli sobie jej rodzice.

– Ja naprawdę bardzo się starałam ich nie zawieść – kiwa głową Łucja. Po „ucieczce” z Francji, po przejechaniu 36 godzin bez przerwy w samochodzie bez hamulców (bo po prostu wysiadły) siedem lat temu wróciła do rodzinnego Krakowa z zamiarem znalezienia posady w jednej z licznych podwawelskich pracowni. I pewnie by ją znalazła, gdyby los nie zaprowadził jej na pastwiska do podkrakowskich Nielepic. Gdyby nie zobaczyła na nich koni, nie wsłuchała się w ich znajome rżenie, gdyby nie przypomniała sobie, że to konie właśnie są jej przekleństwem, ale i właściwym planem na życie…

Justyna w swojej fundacji EkoMost walczy o EkoŚwiat. Z powodzeniem. Mosty, które połączą ludzi
Planem Justyny najpierw była praca w strukturach Unii Europejskiej. Jeszcze gdy była w szkole podstawowej, gdy o wejściu Polski do unii nikt nawet nie śmiał pomarzyć, Justyna napisała wypracowanie o kontynencie pozbawionym granic, na którym ludzie nie budują już między sobą murów i zasieków, ale łączące ich ze sobą mosty.

Mosty między tymi, którzy żyją zamożnie, a tymi, którzy z trudem łączą koniec z końcem, tymi, którzy mają władzę i mogą ją wykorzystać w szlachetnych celach i tymi, którzy czują się bezradni i bezwolni. Tymi, którzy mają wpływ na jakość życia kolejnych pokoleń Europejczyków, na przykład na to, co znajdzie się na ich talerzach, czy nie utoną w tonach śmieci i oparach spalin i tymi, którzy mają poczucie, że przyszłość ich dzieci nikogo nie obchodzi.

Do Brukseli trafiła w połowie ubiegłej dekady, w trakcie studiów politologicznych we Wrocławiu, by kilka miesięcy przepracować w biurze jednego z parlamentarzystów. By organizować mu spotkania i konferencje, by przypominać mu o lunchach i o bankietach, by w końcu rozczarować się wielką administracyjną machiną, która miała zmieniać Europę w spójny i trwały organizm przyjazny jej obywatelom. A toczyła się powolnym, biurokratycznym kołem, w dodatku w nie do końca jasnym dla Justyny kierunku.

– A ja nie chciałam być trybem w maszynie, mimo upływu lat nie przestałam marzyć o mostach między ludźmi, a wciąż mi ich brakowało, brak granic wcale nie sprawił, że nagle się pojawiły – zapewnia Justyna. Tymczasem jej marzeń, o mały włos, nie pokrzyżowała choroba, powszechnie uznawana za śmiertelną.

– Kiedy się z niej wykaraskałam, zyskałam jeszcze większy apetyt na życie, stałam się na nie zachłanna, chciałam z niego czerpać garściami – wspomina Justyna. – Nie, nie chodziło mi o to, by otaczać się zbytkiem, by zarabiać zawrotne pieniądze, robić oszałamiającą karierę. Coraz mocniej czułam, że będę sobie wierna tylko wówczas, jeśli będę pomagać innym.

Dlatego właśnie kolejnym jej kierunkiem stała się Francja, w której skończyła drugie studia, tym razem z zarządzania, w której także włączyła się w prace europejskiego wolontariatu. Wiedziała, że to chwilowe, że tak naprawdę chce wrócić do Polski. Bo przecież tyle jest w niej jeszcze do zrobienia, tylu w niej mostów jeszcze brakuje. Wróciła trzy lata temu.

I… poczuła się trochę jak dziecko we mgle. Chciała pomagać ludziom, ale też musiała z czegoś żyć. Zdecydowała się więc na dobrze płatną pracę w firmie konsultingowej w Warszawie, w której prowadziła warsztaty dla kadr małych i dużych koncernów. Nie narzekała, choć…
– Choć coraz częściej przez myśl przechodziło mi, że to przecież nie to, co chciałam robić, że moim celem nie było poprawianie wyników sprzedaży międzynarodowych korporacji – dodaje Justyna.

Po kolejnej bezsensownej naradzie w pracy Justyna powiedziała: ani sekundy dłużej!Znajomi pukali się w głowę, a ona z dnia na dzień stworzyła fundację. Dziś mówi o niej: najlepszy z możliwych wyborów. Dużo czytała. Coraz bardziej fascynowała ją ekologia i zdrowe odżywianie, z wypiekami na twarzy śledziła kolejne niepokojące doniesienia o tym, że Polskę może wkrótce zalać żywność modyfikowana genetycznie (GMO). A przecież wcale tak być nie musi, we Francji na własne oczy widziała, jak liczne obywatelskie protesty doprowadziły do tego, że francuski rząd sprzeciwił się Unii Europejskiej i wprowadził zakaz uprawy i sprzedaży GMO.

Ostatecznie Justyna postawiła na zmianę pracy na taką, która – z założenia – będzie służyć dobru publicznemu. Kolejną posadę znalazła w Krakowie, właśnie w publicznym urzędzie, w którym miała włączyć się w opracowywanie strategii rozwoju jednego z polskich regionów. Była pełna zapału i pomysłów.

– I szybko zderzyłam się z całkowitą obojętnością wobec moich projektów, przemyśleń, ale też wiedzy. Znalazłam się w miejscu, w którym nikomu na niczym nie zależało poza utrzymaniem pewnej i prestiżowej posady – wyjaśnia.
A jej akurat zależało na zupełnie czymś innym.
– Chciałam działać! W zgodzie z sobą, ze swoim sumieniem i wyznawanym przeze mnie systemem wartości – mówi. I w końcu postanowiła. Po kilku miesiącach miotania się, po kolejnej zupełnie bezsensownej naradzie w pracy powiedziała sobie głośno, że nie przepracuje w urzędzie ani sekundy więcej. Jej koledzy z pracy, ale też znajomi ze zdumienia przecierali oczy.

A Justyna? Zaprosiła znajomych do założonej przez siebie fundacji. Nazwała ją EkoMost. Wystarczyło zaledwie kilka miesięcy, by zamieniła fundację w prężną organizację, w którą zaangażowało się dziesiątki ludzi, firm i instytucji, w której wraz z innymi, znanymi organizacjami, takimi jak Polska Zielona Sieć, zaczęła realizować poważne projekty dotyczące edukacji globalnej i społeczności lokalnych, sprzeciwu wobec GMO, współpracy na rzecz biznesu odpowiedzialnego społecznie i ekologicznie, wreszcie promocji zasad zrównoważonego rozwoju wśród firm i organizacji.

– Udało mi się połączyć ze sobą ludzi, którzy często dotąd się nie znali, a teraz wspólnie wykorzystują swój potencjał w szlachetnych celach – Justyna nie kryje dumy. –  Udało mi się, taką mam przynajmniej nadzieję, zbudować między nimi prawdziwe i trwałe mosty. Dziś z ludźmi zaangażowanymi w działalność fundacji Justyna organizuje comiesięczne otwarte spotkania dla tych, którym zależy na zmianie świata. A swoją fundację nazywa najlepszym z życiowych wyborów.

Źródło: Wróżka nr 2/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl