Wszystko, co najważniejsze

Mieli szczęście, że się spotkali. Pani Zosia i śnieżnobiały pałac w Łucznicy.

Nie chodzi o to, żeby każdy robił od razu arcydzieła dla galerii. Najważniejsze to się otworzyć, znaleźć radość w tworzeniu… Zofia Bisiak miała być reżyserem. Prawdziwym. W teatrze. Miała brać na warsztat klasyków… Ale kiedyś znalazła pałac na końcu drogi i wszystko potoczyło się na opak. Nie. Nie, żeby gorzej. Bo przecież szczęście artyście daje ta chwila pewności, że odcisnął w świecie swój ślad. Własny. Niepowtarzalny. Nawet jeśli to tylko ślad na śniegu. Albo na piasku. Albo chociaż kręgi na wodzie…

Ludzie z wiekiem głupieją…
Studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i była w samym środku tego niezwykłego tygla, który w latach 60. eksplodował w naszym kraju teatrem, plakatem, muzyką, poezją, kinem. Prowadziła sławny w tamtym czasie Klub Studentów Szkół Artystycznych „Dziekanka”, więc cały artystyczny światek kręcił się u jej stóp. Kiedy zaproponowano jej, żeby pomogła zorganizować Triennale Sztuki Nieprofesjonalnej, pomyślała, że to może być prawdziwa przygoda. Nie przypuszczała, że odmieni ona jej życie na zawsze.

– To była taka eksplozja wyobraźni, jakiej potem odnaleźć nie mogłam bardzo długo – wspomina – chyba po latach, kiedy zaczęłam pracować z dziećmi z wiosek. Dzieci z miasta mają wokół siebie tysiące doznań: telewizję, komputery, całą tę popkulturę stworzoną przez dorosłych. To sprawia, że gubią gdzieś wyobraźnię. Dzieci ze wsi muszą pomagać w domu. Nie mają czasu, który mogłaby im ukraść telewizja. I może to właśnie dlatego wciąż mają wyobraźnię.

reklama

Wszystko, co najważniejszeNa przykład dzieciaki z Osiecka, z którymi pani Zosia prowadziła warsztaty, napisały… krytykę systemu szkolnego. Doszły do wniosku, że to szkoła winna jest temu, że nie potrafimy już projektować dobrych domów. Ani wygodnych miast.
– Widzi pani – mówiły – tam, gdzie powinny jeździć samochody, są trawniki, a tam, gdzie lubią chodzić ludzie, pan urbanista zaplanował parking.
– Dlaczego tak jest? – zapytała.
Naradzały się chwilę.
– Dlatego, że ludzie z wiekiem głupieją.

Dom… Ileż to nocy przegadali o tym z Jankiem Sabiniarzem, architektem i filozofem architektury. Pływali łódką po kaszubskich jeziorach i marzyli o tym, że jest taki dom w lesie, z dala od sąsiadów. Że prowadzi do niego droga, nie całkiem prosta, ale ukosem, żeby człowiek miał czas nacieszyć się, że tam idzie. Że ma piec albo kominek, bo ludzie od zarania dziejów gromadzili się wokół ognia. I że nie jest jakimś nowomodnym dziwadłem, ale częścią tej ziemi, w której przyszło mu wyrosnąć. Sabiniarz wybudował w końcu taki dom na Kaszubach. A Zosia znalazła swój w samym sercu Mazowsza.
­­
W salonie biegają kury
Ale najpierw wyjechała na stypendium do Francji. Tam zobaczyła na własne oczy, jak może działać nowoczesny dom pracy twórczej.

– I nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, żeby rzemiosł artystycznych, nawet sztuki uczyć się na kursach, a nie na Akademii Sztuk Pięknych, przecież wtedy w Polsce artystą był tylko ten, co miał legitymację Związku Artystów – śmieje się. – A okazało się, że nie chodzi o dyplomy, tylko o to, żeby w człowieku uwolnić wyobraźnię.

Potem było kolejne stypendium. Na Węgrzech. Tam pomyślała, że chce taki ośrodek uruchomić w Polsce. Pracowała wówczas z artystami nieprofesjonalnymi. Znała ich chyba wszystkich. Byli samotni. Zamarzyło jej się takie miejsce, które pozwoliłoby wszystkim spotykać się na plenerach i warsztatach.

Przez lata próbowała zarazić swoim pomysłem kolejnych ministrów kultury. I wreszcie, na początku lat 90., kiedy nawet w ministerstwach pracowali ludzie zdolni do zrozumienia pomysłów niestandardowych, nadarzyła się okazja. Można było wtedy kupić w Polsce zabytek za przysłowiową złotówkę.
– No dobrze – minister machnął ręką – niechże pani już jedzie i coś znajdzie.

Obejrzała kilkanaście miejsc. Zjeździła samochodem całe województwo siedleckie. I nic. Jeden w ruinie, w drugim mieszka dziesięć rodzin, trzeci nie wiadomo, do kogo należy… ale na mapie był jeszcze dwór myśliwski Potockich w Łucznicy. Okolice Pilawy.
– Ale jak tam trafić? – pytała po drodze.
– A wedle tych zabitych figurek na lewo. „Zabite figurki” okazały się grobem powstańczym z 1863.

W salonie biegają kuryDo dworu wiodła przez las droga. Ale nie wprost, tylko trochę na ukos. Biały był. Jak z bajki. W parku olbrzymie zabytkowe drzewa. Pośrodku monstrualny dąb wyraźnie starszy niż zabudowania.
– Ktoś chciał zbudować dwór koło tego dębu – pomyślała sobie.
Dwór był biały. Ale odrapany. Weszła. W środku pusto. Tylko kury biegają w salonie… Nagle ruch. Bardziej to poczuła, niż usłyszała. Obejrzała się. Spoza drzwi łypało na nią sześć oczu.
– Duchy! – krzyknęła.
– E! Zaraz tam duchy – odparły dzieci.
– A rodzice są? – odetchnęła.
– Nie ma.
– O Boże, sieroty!
– Nie żadne sieroty, tylko Gżegżółkowie – wyjaśnili spokojnie.

I tak się zaczęło. Pałac, choć zaniedbany, był w niezłym stanie. Ocalał, bo po wojnie była tutaj szkoła. Na początku XIX wieku ziemia należała do Józefa Poniatowskiego, tego samego, który ma pomnik w Warszawie przed pałacem prezydenckim. Sprzedał lasy Potockim. Oni wybudowali pałac myśliwski. Wokół wyrosło kilka domków dla pracowników folwarku. Tuż przed wojną Alfred Potocki, który nie miał dzieci, przekazał majątek na cele społeczne.

– I takim celom służy – uśmiecha się Zofia Bisiak. Dom pracy twórczej działał przy wsparciu Centrum Animacji Kultury aż do chwili, kiedy było to możliwe. Działy się tu przeróżne rzeczy.

Od pierwszego w Polsce studium fotografii artystycznej, przez studium teatralne, warsztaty terapii zajęciowej, pracownie dla dzieci, poprzez kursy rzemiosł artystycznych: Ania Bałdyga uczy krosien, Ewa Latkowska i Agata Krajska tkaniny artystycznej, Justyna Skowyrska ceramiki, Ola Herisz witrażu, Mateusz Niwiński stolarstwa i rzeźby ludowej, Agnieszka Niwińska tkactwa, Adam Bieńkowski wikliny. Można też nauczyć się tajników sztuki filmowej, malarstwa, batiku. Niełatwo było odnaleźć i zaprosić do współpracy tych wszystkich ludzi.

– Na przykład batik. Na wystawie światowej w 1925 roku polski batik zdobył siedem złotych medali, zajmowały się nim Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec, ale kiedy chciałam ściągnąć batik do Łucznicy, okazało się, że nikt tego nie robi, że trzeba z… Jawy – opowiada. – W końcu odkryłam, że Agnieszka Rajkowska nauczyła się tej sztuki w Dżakarcie, w czasie, kiedy jej mąż pracował w ambasadzie.

Źródło: Wróżka nr 3/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl