Dobro powraca galopem

Tłoczą się wokół nas. Trącają zamszowymi chrapami, ruchliwymi wargami penetrują kieszenie. Konie, których miało nie być. A są. Dzięki ludziom z Fundacji Centaurus. Także Ilonie i Dominice.

Fundacja Centaurus wykupiła już 200 skazanych na śmierć koni. Ponad połowa ma dziś nowy dom.Kiedy to się zaczęło? Może wtedy, gdy malutka Dominika przy każdej wakacyjnej wizycie na wsi biegła od razu do stajni, by zobaczyć konie. Albo wtedy, gdy całkiem dorosła Ilona płakała co rano przed wyjściem do pracy w wielkiej korporacji. Na pewno wtedy, gdy Ewa Mastyk, założycielka fundacji Centaurus, zdecydowała się poświęcić życie ratowaniu koni zagrożonych wysłaniem do rzeźni. I zarazić swoją pasją jak najwięcej ludzi.

Towarzysz na czterech kopytach Ilonę na końską wiarę nawróciła córka.
– Zainteresowała się jazdą konną. Prosiła i prosiła, aż zamieszkał z nami gniady Jordan.
Zajmowały się Jordanem troskliwie, ale wałach nie był szczęśliwy.
– Konie to zwierzęta stadne – wtrąca Dominika. – Jeśli koń jest sam, to prędzej czy później mu odbije.

Potrzebuje towarzysza na czterech kopytach. To może być inny koń, ale także koza, owca... – tłumaczy.
Ilona poszła na całość, postanowiła znaleźć dla Jordana końskiego przyjaciela.
– Mogłam kupić, było mnie na to stać. Jednak postanowiłam pomóc koniowi w potrzebie. Szukając w internecie, trafiła na fundację Centaurus.
– Koń miał się nadawać do rekreacyjnej jazdy – mówi Ilona.

Siwa Impomea miała za sobą karierę sportową. Solidnie ją odchorowała. Po przyjeździe okazało się, że klacz nigdy już nie będzie chodzić pod siodłem. Leczenie jej płuc pochłaniało 1000 złotych miesięcznie. Sytuacja była dramatyczna. Lekarze weterynarii sugerowali, że najlepsza dla Impomei będzie humanitarna eutanazja...

reklama

Dobro powraca galopemLudzie z Centaurusa nie zostawili ich bez pomocy. Ewa Mastyk i inni przyjeżdżali, pomagali. Załatwili konsultację u doświadczonego specjalisty. Choć nie prosiła, organizowali pomoc finansową.
– Przyglądałam się ich działaniom – wspomina. – To było takie... prawdziwe. Widziałam, że ci ludzie całą swoją energię, całe życie poświęcają koniom...

Siwa klacz do dziś żyje w stajni pod Toruniem. Oprócz Jordana ma jeszcze dwóch końskich towarzyszy. Wszystkich uratowano przed okrutną śmiercią w rzeźni.
– Gdzie jest miejsce dla dwóch koni, znajdzie się i dla trzech – śmieje się Ilona.
– Wcześniej nie sądziłam, że z tak dużym zwierzęciem można nawiązać autentyczny kontakt – mówi. – Teraz nie wyobrażam sobie bez nich życia, choć czasem  potrafią nieźle nabroić...
Kiedyś, będąc w pracy, odebrała telefon.

– Mamo, koni nie ma! Uciekły! – krzyczała w słuchawkę jej córka.
Ilona niewiele myśląc wskoczyła w samochód i popędziła do domu. Kilka godzin biegała po polach w szpilkach, garsonce i pełnym makijażu.
– Gdy je wreszcie znalazłam, wyglądałam jak strach na wróble – wspomina.
– Buty były oczywiście do wyrzucenia.

Źródło: Wróżka nr 3/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020