Jestem, żeby pomagać

Nie tylko leczy, ale i potrafi przewidzieć termin porodu, a także doradzić w sprawach biznesowych. I, co może najważniejsze, sprawia, że ludzie odzyskują radość życia. Jak? – Neutralizuję złe emocje – mówi. Romuald Błaszczyk, bioenergoterapeuta i… malarz.

Jestem, żeby pomagaćWieś pod Warszawą. Dom z czerwonych desek, jakby przeniesiony wprost z Bullerbyn. Przyjazny, otoczony potężnymi świerkami. To przed nim parkuje sznur samochodów. Romuald Błaszczyk – bioenergoterapeuta, uzdrowiciel, artysta – miałby wszelkie powody, by skarżyć się na brak prywatności, zarwane przez telefony noce, ogrom ludzkiego nieszczęścia, z jakim musi się mierzyć codziennie. Ale tego nie robi. Wyciszony, spokojny, samym spojrzeniem przywraca wiarę w wyzdrowienie i lepsze życie. Jego telefoniczna skrzynka odbiorcza pęka od wiadomości. Większość zaczyna się od słowa „dziękuję”.

Podobno w życiu nie ma przypadków. Dziś pan już wie, że pomaganie innym i leczenie jest pana przeznaczeniem. Ale kiedyś nie dawał pan temu wiary. Nawet pan myślał, że coś panu jest. Że to może schizofrenia.
Tak myślałem. Bo dlaczego właśnie ja zostałem wybrany do tego, żeby pomagać? Wahałem się, miotałem, zastanawiałem. Wtedy, na początku lat 80., niewiele było wiadomo o bioenergoterapii. Przynajmniej w Polsce.

To jak pan się dowiedział o swoich zdolnościach?
Miałem kłopoty z sercem. To była arytmia. Trafiłem do szpitala. Najpierw w Warszawie, potem w Łodzi. I na korytarzu podszedł do mnie młody mężczyzna. Spojrzał na mnie uważnie i powiedział: „Pan nie powinien tu być. Powinien pan pomagać innym”. Wyjął wahadło, pokazał, jak działa. Przez dwa tygodnie leżeliśmy na jednym oddziale i opowiadał mi o bioenergoterapii, aurze, leczeniu w niekonwencjonalny sposób. Podchodziłem do tego nieufnie, ale wiele rzeczy mnie zadziwiło i zafrapowało. Zacząłem się tym interesować, szukać książek, artykułów. Poszedłem na kurs w stowarzyszeniu psychotronicznym, żeby zdobyć podstawową wiedzę. Ona otworzyła mi oczy, ale jednocześnie zrodziła we mnie wiele pytań.

reklama

I jak pan znalazł na nie odpowiedzi?
Dzięki medytacjom, modlitwom, książkom. Ale jak się czegoś z nich dowiadywałem, zaraz chciałem to wypróbować w praktyce. A medytacje, wchodzenie w głąb siebie, otworzyły przede mną inny świat.

Medytacje, modlitwa, czytanie Biblii, muzyka relaksacyjna – każda metoda jest dobra, jeśli prowadzi nas do spokoju – uważa Romuald. Jaki?
Niematerialny. Duchowy, niezwykły. Najpierw dzięki dłoniom, którymi „skanowałem” ciało, widziałem, gdzie leży problem. Potem, im dłużej praktykowałem, im więcej ludzi do mnie przychodziło, tym dłonie mniej były mi potrzebne. Na początku proponowałem znajomym, którzy mi się skarżyli, że coś ich boli: „Usiądź, pomogę ci”. Patrzyli na mnie dziwnie, niektórzy wprost mi mówili, że jestem wariatem. Ale powoli, małymi krokami zdobywałem wiedzę, doświadczenie i… pacjentów. Kolejny etap był taki, że kiedy wchodził do mnie człowiek, zanim usiadł, wyliczałem, z czym do mnie przyjechał.

Pacjenci byli zaskoczeni, zaszokowani?
Owszem, wielu. Pytali: „Skąd pan wie, co mi jest? Jak pan to widzi?”.

No właśnie, jak?
Całym ciałem, całym sobą. Czasem, w zależności od człowieka i schorzenia, są to ciemne punkty, czasem jasne plamy, kolory. Niekiedy nie widzę niczego, a jedynie czuję. Trudno mi o tym mówić, bo to coś, czego nie da się określić słowami.

Pamiętam, że sama byłam zadziwiona trafnością pana diagnozy. Trzy lata temu trafiłam do pana z córką. To był przypadek, nie przyjechałyśmy się leczyć. A pan od razu, kiedy tylko usiadłyśmy na kanapie, powiedział do niej: „Nie boli cię, córeńko, lewe kolano?”. Ona właśnie miała uraz tej nogi. Tyle co zdjęła bandaże.
Czułem, że ją boli. Ale akurat ból łatwo zdjąć. Dłużej trwa leczenie chorych tkane.

Właśnie wczoraj rozmawiałam z pana pacjentką, panią Joanną. Młoda kobieta, dwójka dzieci. Jest po amputacji piersi. Powiedziała mi, że tydzień temu dostała chemię, najcięższą z możliwych. Dzięki panu w ogóle nie odczuwa jej skutków. I ma tyle siły, że codziennie 20 km odwozi dzieci do szkoły, a potem zajmuje się gospodarstwem, bo mieszka na wsi. Twierdzi, że nie byłoby to możliwe bez pana pomocy.
Mogę się tylko cieszyć, że zdrowieje. Mam wielu takich pacjentów, tylko niechętnie o tym opowiadam. Wolę, żeby zrobili to oni. Jeśli będą chcieli.

Źródło: Wróżka nr 3/2011
Tagi:
Komentarzy: 7
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020