Noc kobiet

Nagłe rozstanie z cywilizacją może grozić najdziwniejszymi skutkami. Zwłaszcza jeśli odbywa się w noc świętojańską…

Noc kobietLas się nie kończył, a plecak coraz bardziej ciążył. Żar lał się nieba i wszystko blakło, mdlało i szarzało.Ani śladu życia – nawet pająki zeszły z pajęczyn na sjestę. Zabłądziłam przed godziną lub dwiema. Właściwie dokładnie nie wiem, kiedy, bo komórka straciła zasięg, internet też nie miał zasięgu: rozpakowałam notebooka, próbowałam wejść na mapę GPS, chciałam sprawdzić, gdzie jestem – i ile jeszcze kilometrów mi zostało do Pensjonatu na Uroczysku oraz jego „ekologicznych, prymitywnych, wręcz średniowiecznych atrakcji”, wśród których „kobieta XXI wieku może zastanowić się nad życiem i odkryć głębię swych możliwości”.

Pomyśleć, że wybierałam się tu z sakwojażem; przepakowałam graty do plecaka dopiero o świcie, ryzykując spóźnienie na pociąg, pod wpływem plastycznego snu o końcu świata – i ewakuacji donikąd… I co zrobiłabym z walizką teraz, gdy nikt mnie nie odebrał ze stacji, gdy trzeba było dyrdać pieszo dziesięć kilometrów?! Pewnie wciąż siedziałabym na peronie zarośniętym perzem i czekała na bógwico…

Byłam zgrzana do niemożliwości, spragniona, wściekła na właścicieli pensjonatu. Oraz szczęśliwa. Bo w dzisiejszym świecie trzeba się starać, żeby się tak zwyczajnie zmęczyć i opaść z sił, nie myśląc o niczym – i jeszcze ze zmęczenia zapomnieć o troskach. Jest to świat zbyt zorganizowany, żeby z nagła zostać sam na sam ze sobą i iść przed siebie drogą w całkiem nieznane…

Teraz przecież nawet naukowcy już z grubsza wiedzą, w którą stronę idą i po co. Nie ma improwizacji, wszędzie pogrodzone. Było więc coś cudownie szalonego w wyprawie, a do tego las wyglądał na ekologiczny, czyli dziki: brakowało przecinek, słupów trakcji elektrycznej, karpi… Dróżka zaś była słabo ubita, najwyraźniej nikt jej nie konserwował.

reklama

Próbowałam orientować się w terenie. O tak, mech porasta samotne drzewa od północy, drzewa mają więcej liści i gałęzi od południa, ptaki najchętniej zamieszkują dziuple z wylotem na wschód, a mrowiska od północy są bardziej strome niż od południa. Ale, jak na złość, w zasięgu moich nowych okularów nie było mrowisk, dziupli ni samotnych drzew – a po której stronie wysokie korony są najgęstsze?!… – sami spróbujcie patrzeć w górę pod takie słońce i to ocenić!

Wlokłam się więc drożyną, która dokądś musiała zmierzać. I… tuż za zakrętem stał drewniany budynek, niegdyś pokryty strzechą oraz otoczony płotem. Kurna chata; dosłownie się rozpadała, a pod okapem śmigały jaskółki – aż żal, że jakiś etnograf nie ściągnął tego dziwa do skansenu (obiecałam sobie to załatwić po powrocie do cywilizacji).

Na zaniedbanym podwórku, wybrukowanym kocimi łbami, pod studnią, walało się kilka plecaków. Ale chociaż krzyczałam ile sił: „Jest tam kto?!”, gospodarz się nie zjawił, tylko świerszcze na moment przycichły, a potem podkręciły na full. Nie było kogo zapytać o pozwolenie, więc rozgościłam się prawem zdrożonego wędrowca. Zrzuciłam plecak byle gdzie i poszłam zaczerpnąć wody – nie uwierzycie: żurawiem!

Nigdy nie obsługiwałam żurawia z drewnianym, przeciekającym skopkiem, ale jakoś sobie poradziłam ze średniowieczną atrakcją… Żadna woda, jak żyję, tak nie smakowała! – nażłopałam się aż wstyd. Bo była prawdziwa. Żywa: nie taka jak z kranu czy nawet oligoceńskiego źródła. Taka jak w książkach: płynny lód, że zęby cierpły, tak gęsta, że syciła brzuch, pachnąca miętą i macierzanką; jak nie wiecie, to poczytajcie Turgieniewa. Potem obmyłam się tą żywą wodą nad prawdziwym drewnianym korytem: zlałam głowę, szyję, pachy i piersi.

Zdjęłam buty, by dać odpocząć stopom, rzuciłam je na stos jakichś szmat u studni – i wtedy coś mnie tknęło. Było tak obłędnie pusto, a zarazem obco, ciemnozielono i uroczyście: a tak przecież właśnie wyobrażałam sobie koniec świata. Nie w dęciu trąb, lecz w ciszy, w zonie, po wybuchu w elektrowni atomowej… „Gdzie podziali się ci ludzie?” – nagle zapytałam sama siebie i pokuśtykałam na bosaka do cudzych plecaków. Z bliska zobaczyłam, że były wypłowiałe i pokryte kurzem. Przeraziłam się. O matko, wszystko jak w thrillerach: opuszczony dom, puszcza, ludzie, którzy kiedyś tu byli, a potem wybyli i, naturalnie, maniak z piłą mechaniczną w krzakach.

Nie miałam ze sobą noża. Zresztą, powiedzmy wprost: nie jestem człowiek wojenny. Cechuje mnie nieuleczalny brak złej woli oraz determinacji, a do tego zgoda na to, co przyniesie los. Nie zaczęłam się rozglądać za drągiem do obrony, lecz przeniosłam swój plecak do gromady – żeby moje przybycie mniej rzucało się w oczy. A potem przeprowadziłam rewizję wszystkich bagaży. Przyniosła potworny wniosek: zaginęło tu jedenaście młodych kobiet. Nagle przestały im być potrzebne dokumenty, pieniądze, przybory do makijażu, buty na szpilkach, lekarstwa i podpaski – zapewne więc ich ciała spoczywały opodal pod trawą.

Trzeba było uciekać i to szybko. Wybrałam najbardziej potrzebne rzeczy, zawinęłam w chustkę i przytroczyłam do pleców. Na wszelki wypadek napisałam kilka słów pożegnania, do bliskich – w dwóch egzemplarzach: oba owinęłam w folię, jeden zostawiłam na dnie swojego plecaka, a drugi wsadziłam w biustonosz. Przed odejściem postanowiłam wejść do chaty, chociaż mógł tam czyhać Sinobrody; na podłodze mógł też leżeć zwał trupów porąbanych zardzewiałą siekierą.

Jednak potrzebowałam znaleźć coś do jedzenia – lub choć jakąś butelkę na wodę. Chata była idealnie czysta i puściutka: ani źdźbła słomy, ani pajęczyny. Pośrodku stał gliniany piec, z przypieckiem na górze, z blachą na dole. Na blasze zaś stało małe drewniane puzderko. Przeżegnałam się – i je otwarłam. Ale zamiast ludzkiego oka, które powinno na mnie demonicznie łypnąć, zawierało tylko odrobinę jakiejś seledynowej mazi.

Nieufnie obwąchałam substancję: pachniała ziołowo; bezpiecznie, a nawet smacznie. Wsadziłam w nią palec, powąchałam z bliska. Nic się nie stało, więc roztarłam na palcach i wytarłam o sukienkę. A potem… poszłam w kierunku, z którego nadeszłam. Złapałam jakiś porządny kij, aby sprawdzać teren; potrzebowałam tego, bo wyraźnie pociemniało. Może straciłam w domku przy studni więcej czasu, niż mi się wydawało… A może to dlatego, że w mgnieniu oka zebrało się na burzę?!

Duchota dosłownie zgniotła mi pierś, las przebiegł tajemniczy, grzechotliwy szelest, runął wiatr. Od razu porywisty… Tłuste, gorące krople spadły mi na dłoń unurzaną w zielonej maści, a wtedy akcja jeszcze przyspieszyła. Wskazujący palec przeniknął prąd! – i pobiegł aż do głowy…! – na niebie zaś znikąd pojawiły się czarne, wirujące kłębki… I leciały ku mnie, pohukując złowieszczo, w niesamowitym uderzeniu wichury, która przydusiła drzewa… Leciały z prędkością myśli!…

Gdy były tuż-tuż, już doskonale wiedziałam, co robić: podwinęłam sukienkę, wstrząsnęłam włosami, okraczyłam osęk – i poleciałam, z dzikim krzykiem, tam, gdzie trzeba, po pochodnie, na czele moich jedenastu młodszych sióstr. Toż była Noc Świętojańska; wzywały pilne obowiązki.


Iwona L. Konieczna
fot. Getty Images/ Flash Press Media, Shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 6/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020