Zaułek czarownic

Boliwijskie La Paz leży najbliżej nieba – pewnie dlatego można tu kupić talizman na każdą okazję. Albo u indiańskiej wiedźmy zamówić odpowiedni czar.

Na Mercado de las Brujas można kupić „lekarstwo” na zdradę, ale też amulety na awans, bogactwo, ustanie złośliwych plotek i nowe pozycje seksualne.Z lotu ptaka La Paz wygląda jak olbrzymi kocioł wydarty górom, które pochylają się nad nim niczym kobiety o siwych skroniach. Olbrzymie kobiety, bo Huayna Potosi ma 6088 m n.p.m., mimo to przy 6430 m Illimani wygląda jak dziecko. Dawno temu ona sama kryła się w cieniu Mururali. Aż do chwili, kiedy się pokłóciły.

Pierwsza zaklęcie rzuciła Illimani: Sarja mi! W języku Indian Ajmara znaczy to „przepadnij”. Zaklęcie trafiło Mururali w szyję. Jej głowa potoczyła się jak piłka po płaskowyżu Altiplano i utknęła na wierzchołku Sajamy, która w ten sposób stała się najwyższą górą w Boliwii (6542 m n.p.m.).

Od tamtego czasu nad rozpadliną płaskowyżu pochylały się już tylko dwie olbrzymki. Widziały małą inkaską wioskę Choqueyapu. Widziały przybycie konkwistadorów. Potem misjonarzy od św. Franciszka. Widziały, jak stawiają drewnianą kaplicę, potem klasztor, a wreszcie kościół, który po dziś dzień jest najważniejszym budynkiem w całym mieście.

Widziały, jak Nuestra Señora de La Paz, czyli miasto Matki Boskiej Pokoju, rozlewa się w głębi kotliny. Jak puchnie, buzuje, kłębi się i wreszcie wylewa aż na płaskowyż. 400 metrów powyżej rynku. Dlatego z drogi na Huayna Potosi La Paz wygląda, jakby wykipiało.

Drugiego takiego miejsca nie ma na całym bożym świecie. I to nie tylko dlatego, że La Paz leży bliżej nieba niż stolice Nepalu czy Bhutanu. Nie dlatego też, że tutejsze ulice są bardziej strome niż w San Francisco, a muzyki, jaką gra się w tutejszych klubach, nie usłyszy się nawet w Nowym Jorku.

Tym, czego La Paz zazdrości każde miasto na świecie, jest Mercado de las Brujas. Bazar, gdzie czarownice z plemion Keczua i Ajmara sprzedają amulety, które chronią przed wszystkim. Można tu nawet znaleźć „lekarstwo” na zdradę. Ponoć dzięki niemu porzucone kobiety odzyskują swoich mężczyzn, te zaś, które rzuciły na nich swoje uroki, mają sczeznąć. Jednak jeśli to nie wystarczy, wiedźmy za dodatkową opłatą odprawią specjalne czary.

reklama

Z drogi na górę Huayna Potosi La Paz wygląda tak, jakby wykipiało z kotliny. Na horyzoncie zaśnieżony szczyt Illimani.Magiczny bazar
Kiedyś El Mercado był wstydliwą tajemnicą La Paz. Indiańscy chłopcy wędrowali do las Brujas, kiedy już odmówili różaniec u stóp Madonny w kościele św. Franciszka. Czarownice przepowiadały im przyszłość z liści koki rozrzuconych na kurz pod stopami. Albo warzyły napar z bielunia, nazywany tu Anielską Trąbą, i otwierały przed nimi wrota do świata duchów, gdzie mogli dostać radę. Albo zgubić duszę.

Wszystko się zmieniło, kiedy masową wyobraźnią zawładnął Harry Potter. Czarownice wyszły z cienia, a na Mercado zaroiło się od przybyszów z całego świata. Mimo to wiedźmy nie chcą rozmawiać po angielsku.

Jeśli więc chce się kupić coś więcej niż figurkę trójgłowej Pachamamy – bogini, która w Boliwii była początkiem wszystkiego, zanim dowiedziała się od misjonarzy, że tworzył ją Pan Bóg – trzeba przyjść z kimś, kto zna hiszpański albo jeszcze lepiej – język Aymara.

To nie kiczowaty obrazek, tylko amulet zapewniający bogactwo. Widać nie wszystko złoto, co się świeci…Supermarkety pełne zaklęć
W powietrzu czuć zioła, stęchłe skóry i spaleniznę – zapach magii. Poza tym ulice nie różnią się od innych w La Paz. Stoją przy nich prawdziwe domy. Otwarte drzwi prowadzą do prawdziwych sklepów. Niektóre, choć wydają się z zewnątrz wielkie, wewnątrz są malutkie jak namioty.

Inne, choć kryją się w domkach maleńkich jak te z praskiej Złotej Uliczki, po przekroczeniu progu okazują się rozległe jak supermarkety, w których półki i półeczki uginają się pod butelkami z ciemnego szkła i foliowymi woreczkami pełnymi różnokolorowych proszków, kryształów i Bóg jeden wie, czego jeszcze.

Z Juliem Choquem, przewodnikiem, z którym wcześniej wspiąłem się na Huayna Potosi, oglądamy na straganach kamienne figurki: Pachamamy – na szczęście, Wirakoczy, ajmarskiego Stwórcy z Morskiej Piany – na mądrość i dobrą radę; kochanków – na miłość.

Są też pentagramy z twarzą wojownika jaguara dla obrony przed złymi mocami, skorupy żółwi, z których wiedźma wydłubała życie gołymi rękoma, i jadowite węże, które trzeba ułowić żywcem, bo tylko wtedy po wysuszeniu zachowają całą swoją mądrość. Obok nich święte obrazki – takie, jakie u nas ksiądz zostawia dzieciom po kolędzie: Franciszka z Asyżu albo Świętej Rodziny. Rzadziej Martina de Porres – czarnego świętego, który rozumiał mowę zwierząt – lub św. Rozy z Limy, która daje urodę dziewczętom.

– Ale tylko tym, które potrafią być wierne… – wyjaśnia Julio.

Źródło: Wróżka nr 6/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020